W tym roku Wielkanoc będzie taka sama jak wszystkie poprzednie

I nie jest to wyraz mojej ignorancji dla zaistniałej rzeczywistości. To prosta dygresja.

Nie chcę powielać po raz kolejny narracji, że nasza rzeczywistość przez ostatnie tygodnie diametralnie się zmieniła. Wydaje mi się, że każdy z nas dostrzega chociaż fragmentarycznie fakt, że poza bezpośrednimi, dotyczącymi nas wszystkich ograniczeniami, nastrojom w kraju towarzyszy zagubienie z dużą dozą niepokoju. Na Internet ostatnimi czasy spadła istna lawina artykułów o tym, że Wielkanoc w 2020 roku będzie Wielkanocą, jakiej do tej pory nie znaliśmy. Że będzie odmienna, inna, odstająca od normy – lecz czym tak naprawdę jest ta “norma”?

Nikt nie neguje nadzwyczajności zaistniałej sytuacji pandemicznej – nie o to chodzi w tym tekście. Wspomniane przeze mnie artykuły – choć przede wszystkim odnoszące się do zarządzeń Kościoła Katolickiego – przepełnione są dość uniwersalnymi narracjami ludzkimi sugerującymi, że zachwiały się pewne stabilne ramy i tradycje – stanowiące oś, według której Wielkanoc odbywa się rokrocznie. Przywykliśmy do tego, że w materialnych przestrzeniach kościelnych odbywają się konkretne wydarzenia podczas których gromadzimy się w konkretnych celach. Przyzwyczailiśmy się także, że podczas świąt odwiedza się rodzinę, spożywa się razem tradycyjny zestaw potraw i idzie się na wiosenny spacer. To wszystko jest dla nas tradycją, bezpieczną normą, którą podsycamy zewsząd “wesołym Alleluja”.

Żeby to nie zostało źle odebrane – czas z bliskimi i gromadzenie się razem to piękne rzeczy, zwłaszcza jeśli Bóg jest w ich centrum. Uczestniczenie w uroczystych wydarzeniach też jest ważne. I ograniczenia przemieszczania się – nie ukrywajmy tego – trochę przeszkadzają w ich realizacji. Bardzo bym chciała być osobiście – fizycznie – na nabożeństwach, brać udział w rozmowach i w modlitwach. I naprawdę tęsknię za ludźmi, za społecznością i stawaniem (dosłownie) ramię w ramię, by oddać cześć Panu.

Nie pozwólmy jednak na to, by okresowa zmiana formy uczestnictwa we wspominaniu tak niezwykłego wydarzenia w historii jak śmierć i zmartwychwstanie Chrystusa, przesądziła o naszym osobistym zaangażowaniu w społeczność z Tym, który powinien się w tych dniach (i zawsze zresztą) liczyć dla nas najbardziej. W tym roku Wielkanoc pod tym względem będzie taka sama jak wszystkie poprzednie, ponieważ – po pierwsze – rolą tego święta jest przypomnieć nam Ewangelię, która jest wieczna, niezmienna i tak samo aktualna w szary dzień jak i w świąteczną niedzielę. Po drugie zaś – niezależnie od koronawirusa i obecnej pandemii, mamy dokładnie taki sam, grzeszny potencjał, by ten czas zaniedbać.

Zmieniają się okoliczności i przestrzeń, w których dane jest nam przebywać, ale Jezus Chrystus jest ten sam – wczoraj, dzisiaj i na wieki (Hebrajczyków 13:8).

Odmienne stają się praktyki dnia codziennego, bliscy wokół nas ograniczają się do tych, z którymi mieszkamy na co dzień – ale tak jak co roku, mamy wybór. Możemy ulec niezadowoleniu i stresowi związanemu z obecną sytuacją, denerwować się i narzekać – dokładnie tak samo jak podczas corocznych przygotowań. Dość łatwo jest także popaść w apatię, ze względu na kolejny, nudny dzień we własnym domu, bez możliwości wzbogacenia go jakimiś “atrakcjami” z zewnątrz. Możemy spędzić tegoroczną Wielkanoc w ogóle nie skupiając się na przesłaniu, jakie idzie za tym świętem, bądź traktując je pobieżnie, nie mogąc uwolnić się od trosk dnia codziennego. Czy na pewno zdążę wykonać całą pracę zdalną, jaką mi przysłano? Chyba mam prawo do odpoczynku i nierobienia absolutnie niczego? Kiedy to wszystko się skończy? Zresztą, w tym roku święta to nie to samo, prawda?

Nie. Jakoś tak mamy, że zawsze znajdziemy powód, żeby nie robić tego, co powinniśmy. A głęboko wierzę, że nadrzędnym priorytetem w tym czasie (oczywiście nie bagatelizując innych ważnych spraw) powinna być wdzięczność za łaskę Bożą i przeżywanie tego, co miało miejsce na krzyżu, nie tego, że zewsząd apeluje się o pozostanie w domach i wiąże się to z ograniczeniem naszej mobilności.

Zamiast więc spoglądać beznamiętnie w ekran scrollując po raz kolejny Facebooka czy usiłując nadrobić jak najwięcej materiału, który i tak przeglądamy z Netflixem w tle – skupmy się raczej na tym, jaka treść stoi za obchodami święta Wielkiej Nocy, a nie na obecnej formie egzystencji jaka została nam narzucona.

Za tym wszystkim kryje się konkretna historia i to ona jest tutaj najważniejsza – historia, stanowiąca o naszej pozycji przed Bogiem, bez której zasługiwalibyśmy na niechybną, duchową śmierć.

I nie martwmy się – Ten, którego obecność jest tutaj kluczowa, obiecał, że będzie przy nas zawsze, gdziekolwiek będziemy.

„A oto Ja jestem z wami po wszystkie dni aż do skończenia świata.” Mateusza 28:20b

Skoro tak się sprawy mają, nie poprzestawajmy na cichym i wymuszonym “wesołym Alleluja” wpatrując się z żałością za okno. Rozważajmy ogrom tego wydarzenia w sercach i niech nasze uwielbienie Boga będzie nie tyle “wesołe”, co przepełnione radością, zachwytem i wdzięcznością – prawdziwą i autentyczną. To, czego Jezus dokonał na krzyżu ma wieczne, konsekwentne skutki.

Wielkanoc w tym roku nie będzie przytłaczająco inna, jeżeli za jej centralny punkt uznamy wspominanie, wdzięczność i radość z okazanej nam łaski, która nie zmieni się za tydzień, miesiąc czy rok – ponieważ obietnice i prawdy Boże są wieczne.

“Gdyż zapłatą za grzech jest śmierć, lecz darem łaski Bożej jest życie wieczne w Chrystusie Jezusie, naszym Panu” Rzymian 6:23

Nie marnujmy więc czasu, w którym rozważamy i przypominamy sobie szczególnie o tym, co fundamentalne dla nas, jako chrześcijan. Dziękujmy Panu za to, czego dokonał na krzyżu – w sposób prawdziwy i szczery.


Witamy w świecie dotkniętym zarazą, czyli kilka myśli o koronawirusie

Tematykę nowego koronawirusa wywołującego chorobę COVID-19 podjęłam już dawno, stopniowo układając własne myśli, analizując dane z wielu źródeł, przeglądając statystyki, poddając ocenie wskaźniki prawdopodobieństwa i porównując je między sobą. Planowałam zwięzły i wyselekcjonowany tekst, co do joty określony, wyważony i spójny. Wyznaczyłam też w swojej głowie obiecujące daty, plan publikacji i wstępną listę koniecznej wiedzy jaką posiądę, żeby “być gotową do zabrania głosu na ten temat”. Jednak jak widać, nie mam absolutnej władzy nad realizacją swoich zamierzeń.

Przygniotła mnie tak “mała” rzecz, jak dynamika rozprzestrzeniania się czegoś, czego nawet nie widzę.

Z wybuchami epidemii zazwyczaj jest tak, że nikt się ich nie spodziewa. To truizm, ale dosyć istotny. Można w jakimś stopniu stwierdzić, że społeczeństwo raptownie zostało zmuszone przez jakąś mikroskopijną wiązankę kwasu nukleinowego i kapsydu do przyjęcia zupełnie innej rzeczywistości. Nie jest to rzeczywistość ani wesoła, ani beztroska. Choroba to nic przyjemnego. Ludzie na całym świecie cierpią, służba zdrowia w wielu krajach znajduje się już w sytuacji podbramkowej, w innych – być może niedługo się znajdzie. Groźba (mniej lub bardziej prawdopodobnej) śmierci, czy nam się to podoba czy nie, wisi w powietrzu. Walka trwa nie tylko z wirusem, ale również z dezinformacją, fake newsami, paniką społeczną, zasadnością procedur i ich egzekwowaniem oraz ze zbliżającym się kryzysem gospodarczym. Osobny, aczkolwiek współistniejący z tym, front stanowią nasze osobiste emocje i reakcje – batalie pomiędzy zaufaniem a lękiem; akceptacją zaistniałego stanu rzeczy a pretensjami; podejmowaniem słusznego ryzyka a jego minimalizacją.

W skrócie – Ktoś po raz kolejny pokazał nam, że nie potrafimy i nie możemy być tak bardzo niezależni jak byśmy chcieli. I może, w tym wymiarze… Jest to jak najbardziej słuszna lekcja?

Witamy w świecie, w którym mamy okazję, do doświadczenia Jakuba 4:13-15

“Chodźcie teraz wy, którzy mówicie: Dziś lub jutro pójdziemy do tego oto miasta, będziemy tam działać przez rok, będziemy handlować i zarabiać – wy, którzy nie wiecie, co będzie jutro. Czym jest wasze życie? Bo mgłą jesteście, która ukazuje się na krótko, a potem znika. Zamiast tego, powinniście mówić: Jeśli Pan zechce, to będziemy żyli i zrobimy to lub owo.” Jakuba 4:13-15

Ilu z nas, niekiedy mechanicznie racjonalizowało sobie rzeczywistość myśląc “nie, to się nie wydarzy”? Przecież żyjemy w XXI wieku. Mamy za sobą już dwie wojny światowe i nie chcemy powtórki z rozrywki. Przyglądamy się ludzkiemu nieszczęściu z bezpiecznej odległości i patrzymy na to, co brudne, nie chcąc tego dotknąć. Awaria elektrowni atomowej w Czarnobylu? Przecież to było już dawno. Na tyle dawno, że nakręcili o tym dobry serial.

Społeczne skutki epidemii scharakteryzować potrafiliśmy tylko w ramach rozprawki na lekcję języka polskiego przy okazji omawiania “Dżumy” Alberta Camus. Dobrze, że teraz nic nam nie grozi, prawda? Te choroby o których słyszeliśmy, czarna śmierć czy inna hiszpanka, to w zupełności dlatego, że przecież wcześniej nikt nie mył rąk, czyż nie?

Nie. Nie tylko. I o ile ze smutkiem i współczuciem obserwuję sytuację na świecie, to wydaje mi się, że można powiedzieć, iż doprowadziła ona do jednej, słusznej rzeczy – wyrwała niektórych z marazmu złudnego życia w “krainie wiecznej szczęśliwości na miarę nowoczesności”. A także z drugiej jego uduchowionej odmiany, gdzie wiemy, że zapowiadano nam, iż “w życiu, zwłaszcza chrześcijańskim, ciężko bywa”, ale być może kusiło nas niekiedy, by myśleć, że… Może nas to aż tak bardzo nie dotyczy?

Witamy w świecie, w którym ludzie zaczynają dostrzegać problemy dzięki spektakularnym symptomom

Doprecyzujmy – ani trochę nie cieszy mnie fakt, że koronawirus zbiera swoje żniwo. Jest to trudne dla wielu zarówno fizycznie jak i psychicznie, co jako osoba z zapędami hipochondrycznymi, znająca z autopsji uczucia towarzyszące obserwacji ostrych, zagrażających życiu, ataków astmy oskrzelowej moich najbliższych – wydaje mi się – dość dobrze rozumiem.

Jako chrześcijanie, jesteśmy powołani do miłości i troski naszych bliźnich, w tym do współczucia w niedoli. Bóg nie każe nam również bagatelizować sytuacji kryzysowych w imię brawury. Idąc za myślą ujętą w artykule Jona Blooma (“Can We Really Be Free from Excessive Fears?”), strach przed zagrożeniem jest też naturalnie zaprojektowaną przez Boga reakcją, która chociażby chroni nas przed nierozsądnym wychylaniem się za balustradę na balkonie, czy uczestnictwem w tzw. koronaparty. Jest dobry, o ile nie staje się paraliżującym nas tyranem i nie zaczynamy bać się czegoś bardziej niż samego Boga.

Jednak patrząc szerzej, dla mnie osobiście – osoby młodej, która nie doświadczyła emocji towarzyszących chociażby wprowadzeniu stanu wojennego w Polsce, a także nie miała świadomej styczności z tak dynamicznym problemem na skalę globalną wcześniej – werset z Jakuba 4:13-15 nigdy nie był tak realny, jak dziś. Wchodząc w rok 2020 miałam zupełnie inne plany i nie spodziewałam się, że będę ze ściśniętym gardłem patrzeć na liczbę zgonów czy też odliczać trzydzieści sekund myjąc ręce, trzymając rękę na pulsie.

Wierzyć w treść wersetu to jedno. Przeprocesować go w praktyce to drugie.

Witamy w świecie, gdzie nie wiedząc “dlaczego”, możemy próbować zrozumieć “po co”

Mając do dyspozycji wiele kanałów komunikacji, bardzo łatwo jest utonąć w doniesieniach, statystykach i przesłaniach “jak bardzo jest źle”, bo niewątpliwie jakoś za specjalnie dobrze nie jest. Nie chodzi mi o podsycanie paniki, ale o przyznanie faktu, że prędzej mamy do czynienia ze sztormem, niż z lekką mżawką. Brzmi depresyjnie? Nie musi tak brzmieć.

Przełamując przepełniony trwogą pandemiczny ton, pragnę podkreślić i przypomnieć sobie i nam wszystkim, że ten sam Bóg, który określa życie ludzkie jako “mgła, która ukazuje się na krótko, a potem znika” to po pierwsze – Bóg, któremu nic nie wymyka się spod kontroli, po drugie – Bóg, który wykazuje się troską.

Łatwo jest dziękować za codzienność, kiedy przebiega ona dokładnie po naszej myśli. Łatwo jest też uczyć się na pamięć wersetów o prześladowaniach, zarazach czy cierpieniu, które wydają nam się odległe. Niektórym też, bez większego problemu, przychodzi hipotetyzowanie na temat zamierzeń Bożych. Nie wiemy bezpośrednio dlaczego pandemia koronawirusa wybuchła. Czy to forma sądu? Jeśli tak, to nad czym konkretnie?

W chwili obecnej możemy mieć pewność co do jednego – niemożliwością jest by Władcy tego świata omsknął się palec. Za pomocą pandemii, w jakiś sposób, realizuje swój plan. Jednak próba znalezienia jednoznacznej przyczyny, autorytatywne orzekanie sądu Bożego nad danym grzechem i bazująca na tym odpowiedź na pytanie “dlaczego” pozostaje jedynie spekulacją opartą na przekonaniu o suwerenności Bożej i Jego prawie do tego, by realizować swoją wolę w stworzeniu.

Dlaczego więc? Bo Bóg coś przez to robi. Czy grozi nam totalna dystopia?

Jako wierzący mamy to szczęście, że Bóg, choćby pełnoprawnie mógł, nie jest despotą.

“Wiemy też, że kochającym Boga wszystko współdziała ku dobremu – tym którzy są powołani zgodnie z [Jego] postanowieniem.” Rzymian 8:28

Skoro więc tak się sprawy mają – co mamy robić? Jak w tym wszystkim swoim życiem i służbą przynosić Bogu chwałę?

Witamy w świecie, w którym mamy wybór, czy zmarnujemy czas epidemii

“Ja bowiem nauczyłem się być zadowolony z tego, w czym jestem. Umiem się ograniczyć, umiem też żyć w obfitości; wszędzie i we wszystko jestem wtajemniczony; umiem być syty, umiem też głodować, obfitować i być w niedostatku. Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia, w Chrystusie” Filipian 4:11b-13

W jednym z artykułów (“Instead of asking “why God?”, how about “what are you doing God?”) natknęłam się na następujące zdanie: “Kryzys wydobywa z ludzi to, co najlepsze i najgorsze – i jest to dla nas zarówno wyzwanie, jak i szansa”.

Wiemy, że nie kontrolujemy ostatecznie rzeczywistości. Nie wyklucza to jednak odpowiedzialności za nasze reakcje.

Możemy poddać się panice społecznej, spędzać długie godziny przed telewizorem i bez przerwy odświeżać interaktywne mapy czerwonych kropek zakażeń nowym koronawirusem. Możemy także obejrzeć wszystkie seriale na Netflixie, albo najzwyczajniej przespać czas epidemii. Mogą pochłonąć nas dyskusje internetowe, kłótnie i niekończące się interakcje w mediach społecznościowych. Możemy odsuwać od siebie myśl o śmierci, ale też dać nakręcać się grobową atmosferą i zamartwiać się, sukcesywnie pogrążając w depresji bez spojrzenia na śmierć cielesną z perspektywy Bożej. Jako mistrzowie w odkładaniu rzeczy na później, możemy nie wykorzystać tego czasu na skupienie się na Słowie Bożym, gubiąc się gdzieś w czasie i przestrzeni i nie będąc dobrym świadectwem.

Nie marnujmy tego czasu. A pytając siebie samych jak mamy żyć w dobie epidemii, powoli kończąc ten wpis, spójrzmy na fragment eseju C.S. Lewisa, w którym za sprawą Matta Smethursta, zamieniono słowa “bomba atomowa” na “koronawirus”.

“W pewnym sensie myślimy zbyt wiele o [koronawirusie]. „Jak mamy żyć w erze [koronawirusa]?” Kusi mnie, aby odpowiedzieć: „Skąd to pytanie? Tak jak żylibyśmy w XVI wieku, kiedy zaraza nawiedzała Londyn niemalże co roku lub tak jak żylibyśmy w erze Wikingów, kiedy najeźdźcy ze Skandynawii mogli nas najechać i poderżnąć nasze gardła którejkolwiek nocy; lub, doprawdy, tak jak żyjemy w erze raka, erze syfilisu, erze paraliżu, erze nalotów lotniczych, erze wypadków kolejowych [lub] erze wypadków drogowych.”

Innymi słowy, nie zaczynajmy od przejaskrawiania nowości naszej sytuacji. Proszę mi wierzyć, Drogi Panie i Droga Pani, Ty i wszyscy, których kochasz byli skazani na śmierć zanim odkryto [koronawirusa] i całkiem duży odsetek z nas miał umrzeć w nieprzyjemny sposób. My mamy, doprawdy, jedną wielką przewagę nad naszymi przodkami – anestezjologię. (…)

Taka jest pierwsza propozycja: i pierwsza czynność, którą należy wykonać, to pozbierać się do kupy. Jeśli mamy być zniszczeni przez [koronawirusa], to niech [ten wirus] zastanie nas wykonujących rozsądne i ludzkie czynności – modlących się, pracujących, uczących, czytających, słuchających muzyki, kąpiących dzieci (…) – a nie stłoczonych jak przestraszone owce i myślących o [wirusach]. Mogą one zniszczyć nasze ciała (mikroby też mogą to zrobić), ale nie muszą one zdominować naszych umysłów.”

Tłum. Mateusz Dudek, fragment eseju “On Living in an Atomic Age” („Żyjąc w erze atomowej”) C. S. Lewisa z tomu pt. “Present Concerns: Journalistic Essays” (“Aktualne sprawy: eseje dziennikarskie”)

Drobna, końcowa uwaga.

W sferze przydzielonych do nas zadań – tak naprawdę nic się nie zmieniło.

Nadal Bóg sprawuje naszą drogę uświęcenia, a my mamy głosić Ewangelię, nieść pomoc słabym i schorowanym.

Czy jemy, czy pijemy, czy cokolwiek czynimy – wszystko czyńmy na chwałę Bożą (1 Kor 10:31).

Po prostu dostajemy ku temu dość spektakularną sposobność. Więc nie pozwólmy sobie na jej przeoczenie.

Koronawirus : informacje i zalecenia Ministerstwa Zdrowia

Aktualności Głównego Inspektoratu Sanitarnego

“Nie zmarnuj epidemii koronawirusa” Samuel Skrzypkowski

“Pandemia w świetle Bożej Opatrzności” Filip Sylwestrowicz


To, kim jesteś w mediach społecznościowych ma znaczenie (cz.I)

Wydawać by się mogło, że o Internecie, jego zagrożeniach, uzależnieniach, magazynowaniu danych, netykiecie czy cyberprzemocy spisano już wszystko, co tylko spisać można. Nawet nie tylko spisano, ale i nakręcono wiele filmów czy seriali mrożących niekiedy krew w żyłach swoją dystopijną wizją przyszłości skrytej w hologramach czy w świecie przebiegłych ponad miarę ludzką sztucznych inteligencji. Wydawać by się mogło, że bez tych “smaczków” post-apo, mówienie o internecie jest zbyt trywialne i prozaiczne by poświęcać mu całą serię postów. Jednak czy za tymi wielkimi pojęciami i światem science-fiction, nie kryją się subtelniejsze problemy, o których na co dzień nie myślimy bądź staramy się nie myśleć? I nie mówię tutaj jedynie o kwestii sięgania rano wpierw po smartfon niż po Biblię.

Cel, czyli o tym jak i dlaczego warto spojrzeć na internet

Nie będzie to seria postów o tym jak bardzo portale społecznościowe niszczą nasze relacje i zaczynają przenikać większość dziedzin życia, stając się swoistym złem wcielonym. Nie jest to także manifest mający zażegnać raz na zawsze potrzebę bycia aktywnym w sieci, śledzenia czy reagowania na zamieszczone w niej treści. Nie mam zamiaru skupiać się na tym po co Markowi Zuckerbergowi nasze dane, wnikać w politykę Google’a czy badać ile tak naprawdę może usłyszeć Siri i nie podam dziesięciu sposobów na to, jak rano sięgać do Biblii, a nie do Facebooka – takich tekstów w internecie jest multum. Zresztą, nie sądzę by w “kilku sposobach na” był ratunek, który wymaga długotrwałej przemiany serca i odpowiedniej dyscypliny. Dlatego też, nie jest to poradnik, ani wielka krytyka Internetu samego w sobie.

Skoncentrujemy na jednej, zasadniczej kwestii. To, w jaki sposób wykorzystujemy internet, ma znaczenie. I znaczenie ma także to, kim w tym internecie jesteśmy. Zdania te nie brzmią niezwykle odkrywczo, a wręcz przeciwnie – są niewzruszonymi truizmami, z którym zapewne większość ludzi, z chrześcijanami włącznie (jak nie przede wszystkim) byłaby w stanie się zgodzić. Możliwe nawet, że część poruszonych w tym tekście kwestii niekiedy zastanowiła niektórych z nas. Możliwe także, że zdajemy sobie sprawę z sedna problemu – z tkwiącej w nas wrodzonej predyspozycji do grzechu.

Jednak to, co widzę jako swoisty mankament funkcjonowania chrześcijan w sieci to pewnego rodzaju problemogenne postawy, z którymi mniej lub bardziej – w zależności od poziomu ślepego i niewzruszonego zaangażowania bądź jego braku – powiązany jest w różnym stopniu, aczkolwiek nader często – egocentryzm, swoisty populizm, brak łagodności i miłości.

Każda z tych cech, będzie stanowiła oś przewodnią poszczególnych postów. Zacznijmy jednak od skonkretyzowania z czym tak właściwie mamy do czynienia.

O tym jak łopatą nie umyjemy okien, ale przy dobrych chęciach wykopiemy dół

Zapomnijmy na moment o fabule “Black Mirror” oraz o poradnikach jak ograniczyć czas spędzony na Facebooku i przyjrzyjmy się, co mamy do dyspozycji tu i teraz. A mamy nas samych, którzy przejawiamy niekiedy wielką potrzebę bycia zauważonym oraz idealną sieć, w której przy pełnej dowolności środków możemy sobie to łatwo zapewnić.

Można stwierdzić, że portale społecznościowe to po prostu nowa forma komunikacji, nowa przestrzeń, ale de facto jest to po prostu dane nam narzędzie i trzeba wiedzieć czemu to narzędzie ma służyć.

W obecnych realiach, tak jak telefon za nas sam nie rozmawia, tylko za jego pośrednictwem podejmujemy decyzję wybrania numeru i korzystamy z niego, tak też portale społecznościowe służą nam do realizacji naszych celów i decyzji. Tak jak łopata sama nie wykopie dołu w ziemi, tak też Instagram sam nie zacznie dodawać zdjęć. Jest to proste, ale też o tyle ważne rozróżnienie, ponieważ to my mamy wpływ na to, w jaki sposób i do czego użyjemy narzędzia, nie odwrotnie, oczywiście z pewnymi ograniczeniami (łopatą nie umyjemy okien, a Snapchatem nie damy rady wysłać maila do dziekanatu).

Znaczy to, że jesteśmy odpowiedzialni za to, do czego używamy narzędzia. I to nasza postawa wobec social mediów powinna wpływać na to, co na nich będziemy publikować, albo co będziemy na nich śledzić. Postawa zaś wynika z tego, co jest naszym priorytetem w życiu i co nim kieruje. To, kim chcemy być wynika z serca. Korzystanie z social mediów więc, powinno służyć celom, które stawiamy na piedestale w naszym życiu duchowym. Przecież jesteśmy chrześcijanami, prawda?

Wykorzystanie przeznaczonego nam narzędzia

Wszystko to sprowadza się do jednego z najogólniejszych pytań jakie musimy zadać sobie w praktycznym życiu chrześcijańskim – czemu ma służyć to, co robimy? To, w jaki sposób wykorzystujemy Internet ma znaczenie nie dlatego, że powinniśmy się lękać magazynowania naszych danych, czyhających wyskakujących okien czy dostępności hazardu online. Są to ważne rzeczy i ani trochę nie mam zamiaru bagatelizować ich rangi. Jednak najogólniej rzecz biorąc sposób, w jaki korzystamy z Internetu w ogóle, czy szczególnie z social mediów (bo tam jednak kreujemy nasz wizerunek) ma znaczenie, ponieważ jako wierzący jesteśmy wezwani do tego, by wszystko, co czynimy, czynić na chwałę Bożą i głosić Ewangelię (1 Kor 10:31).

Nasze życie ma być świadectwem i to, co do nas należy bądź jest przez nas kreowane również powinno nim być.

I tutaj, mając już bazę, możemy skupić się na tym, co prawdziwie chrześcijańską postawę w mediach społecznościowych nam utrudnia – mianowicie, na naszym egocentryzmie i pragnieniu bycia zauważonym i docenionym, niekiedy za wszelką cenę.

Egocentryzm jest powiązany z potrzebą akceptacji, której szukamy w złym miejscu.

Mój profil to moje egocentryczne królestwo, czyli pokusa bycia “polubionym”

Ile razy zdarzało Ci się wielokrotnie odświeżać powiadomienia na Facebooku, by zobaczyć ilu znajomych zareagowało na Twój nowy post? Czy oglądałeś kiedyś poradniki jak dzięki algorytmom mieć więcej polubień na Instagramie? Gdzie szukasz potwierdzenia tego, że publikowany przez Ciebie kontent jest wartościowy?

Jako ludzie mamy tendencję do poszukiwania akceptacji wśród innych ludzi zamiast u Boga. Generuje to kilka niebezpieczeństw.

Po pierwsze, możemy bać się zamieszczać treści o naszym Stwórcy bądź reagować na treści, które Go ośmieszają. Po drugie, możemy wręcz zasypywać naszą tablicę zdjęciami, relacjami z życia, wersetami, kazaniami i linkami do muzyki chrześcijańskiej, by stawać się z dnia na dzień większym chrześcijańskim celebrytą – niekiedy w ogólnym rozrachunku ważniejszym dla nas od Chrystusa. Po trzecie, możemy przyjąć nieco bardziej subtelną postawę użytkownika “krypto-ewangelizującego”, dodawać hashtagi i wersety z Biblii pod własnymi zdjęciami w bikini na plaży, jednak wizja, że ktoś się przez nie nawróci jest czasem dla nas dosyć utopijna i drugorzędna – idea szczytna, wykonanie słabe. No bo jak to, seria zdjęć własnej twarzy przecież nie buduje naszego ego, jeśli tylko jest podpisana wersetem, prawda? Niestety często nie.

Tak samo rzecz ma się z Twitterem, zdjęciami książek teologicznych czy aktywnością na grupach apologetycznych. Jeżeli potrzebujesz lajków innych ludzi, by dopieścili Twoje ego i poczucie wartości, prawdopodobnie jesteś w niebezpieczeństwie. Tylko Ty i Bóg tak naprawdę wiecie z jaką motywacją serca publikujesz swoje posty. Po to, by podzielić się radością z czegoś, co Bóg Ci dał? Czy po to, by szukać pocieszenia w liczbach polubień? Mark Ballenger napisał kiedyś :

“Jednym z powodów, przez które szukanie aprobaty u “znajomych”, “followersów” lub “subskrybentów” jest tak niebezpieczne, jest to, że czemukolwiek dasz moc, aby czuć się kochanym, dajesz temu także moc, która sprawia, że czujesz się niekochany. Kiedy Twój post nie zawiera tak wielu interakcji, jakich się spodziewałeś, albo nagle wywołuje burzę, której nie planowałeś, twoja samoocena spada (…)”.

Nie chodzi o brak radości z pięknego dnia, z wygranej w konkursie czy o brak wdzięczności za to, że Bóg stworzył nas ludźmi i jako ludzie jesteśmy piękni. Jednak nam social media nie są potrzebne do tego, by szukać na nich akceptacji i miłości. Zostaliśmy pokochani przez Boga, który wybrał nas pomimo tego, że nigdy byśmy na to nie zasłużyli i to Jemu mają się podobać publikowane przez nas treści. To On i Jego chwała, a nie my i nasze zasługi, mają stać w ich centrum.

Nasze profile na social-mediach nie powinny służyć naszej autopromocji, a naszemu Zbawicielowi.

Mój profil to ja i moje zasady, czyli moja własna wizja dobra i zła

Innym ekstremum jest uznanie, że to, co publikujesz w social mediach ma się podobać przede wszystkim Tobie. Jeżeli czujemy pokój w sercu publikując treści zahaczające o kulturę grzechu, bo uważamy, że przecież sami jesteśmy wystarczająco do nich zdystansowani, ponieważ wpisują się one w naszą osobistą definicję wolności chrześcijańskiej, istnieją spore szanse, że mamy poważny problem. 

O problemie subiektywnych odczuć dyktujących nam prawdy życiowe pisałyśmy już w poście “O Bożej woli i pułapce obiektywnych emocji (link).Musimy pamiętać, że to nie my sami jesteśmy naszymi własnymi wyznacznikami dobra i zła. Gdybyśmy byli zdolni do tego, by samodzielnie analizując “za” i “przeciw” w naszej głowie decydować co jest właściwe, a co nie, nie potrzebowalibyśmy spisanego słowa Bożego, ani – prawdopodobnie – takiego tworu jak Kościół, w którym jedną z roli jest napominanie siebie nawzajem. Kiedy ktoś z Kościoła zwraca nam uwagę, docelowo robi to dlatego, że martwi się o nas i nasze życie duchowe. Nasze sumienia są darem od Boga, jednak w gonitwie myśli nie znajdziemy jedynie przekonań o tym, co święte, dobre i piękne, a wręcz mnóstwo egoistycznych i niewrażliwych pobudek.

Słowo Boże nie podlega kompromisom.

Fakt, że teraz inna panuje konkretna moda, czy popularność zyskują dane hashtagi, nie oznacza, że można odseparować publikowany przez nas kontent od jego analizy w kontekście użyteczności dla budowania Bożego Królestwa. 

Jeżeli jesteśmy chrześcijanami, ale na Facebooku, Twitterze czy Instagramie pokazujemy światu, że jesteśmy dokładnie tacy jak on, nie świadczy to o nas dobrze. To, czy jesteśmy przesiąknięci osobą Chrystusa nie objawia się w tym, że od czasu do czasu podpiszemy pojedyncze zdjęcie wersetem.

To całokształt naszego zachowania w sieci powinien emanować tym, że naszym głównym celem jest uwielbienie Boga – niezależnie czy wrzucamy memy, zdjęcia, linkujemy muzykę czy wstawiamy odnośniki do kazania.

Samokreacja i wizualizacja życia

Kilka tygodni temu opublikowałyśmy tutaj post o tym, że chrześcijaństwu daleko do wizji amerykańskiego snu (link). Podtrzymując ton, którym przesiąknięty był cały ten tekst nie dajmy się zwieść pokusie estetycznych instagramów i idealnych profili naszych znajomych.

Jednym z najbardziej podstępnych mechanizmów, które mają miejsce w internecie jest ten, który przekonuje nas, że to w sieci możemy w końcu być tacy, jacy chcemy. Możemy się dowolnie wykreować. I przy okazji pozbyć się Kreatora.

Wydaje nam się, że przestrzeń internetu i nasze profile to coś nad czym mamy całkowitą kontrolę. Jeżeli chcemy wpasować się w konkretny styl, dobieramy odpowiednią paletę barw. Czytamy konkretne blogi. Śledzimy konkretne strony z memami. Nasze profile stają się tak bardzo nasze, że nie są już nami, a jakąś postacią, która będąc sztucznie wyreżyserowaną jest coraz mniej szczera, a coraz bardziej cyniczna. Robimy idealne zdjęcia kawy i Biblii z rana, zapewniając swoich obserwatorów o cudowności naszych żyć, a godzinę później zalewamy się łzami. Nie róbmy tego, nie twórzmy z siebie na siłę kogoś, kim nie jesteśmy. Nie stylizujmy się na medialną personę, która może i zyska powierzchowną aprobatę w oczach innych, ale sama będzie się dusić w świecie półprawd i własnego ego, a już na pewno – nie będzie tym oddawała chwały Stwórcy.

Ten, który nas stworzył, sam najlepiej wie co powinniśmy przeżyć i czego doświadczyć. On nas odpowiednio wykreuje, do nas należy trwanie w Słowie i modlitwie, a nie próba wmówienia sobie i innym za pośrednictwem portali społecznościowych, że potrafimy wykreować siebie sami.

Tym samym, nie traktujmy internetu jako naszego powiernika. Nie ulży nam na sercu, jeżeli będziemy wylewać swoją frustrację czy smutek w sieci – to pomaga na chwilę i nie rozwiązuje problemu, a wręcz tworzy kolejne. Nie obnażajmy się ze wszystkich sekretów, nie twórzmy z tablicy na Facebooku swojego mini-konfesjonału.

Pierwszą osobą, do której powinniśmy się zwracać z wdzięcznością, radością, smutkiem, histerią, dezorientacją czy grzeszną frustracją w celu upamiętania powinien być Bóg, a nie Facebook.

Nie bójmy się internetu i doceńmy możliwości, jakie dzięki niemu mamy. Bądźmy jednak ostrożni, pamiętając o istniejącej w nas predyspozycji do grzechu. Kiedy korzystamy z social mediów, róbmy to świadomi, że fakt dysponowania wielością opcji promocji naszych profili nie jest niewinną rozrywką, ale raczej narzędziem, które ma wielki potencjał, jeżeli stawiamy w tym Boga na pierwszym miejscu. Nie popadajmy w autopromocję, balansowanie na granicy grzechu czy w subtelne kłamstewka na temat rzeczywistości, której dodajemy koloru na Facebooku, by poprawić sobie humor, zamiast zwrócić się o pomoc do Pana w modlitwie. Tym samym pamiętajmy, że naszej wartości nie stanowi liczba polubień, a fakt bycia wszczepionym w Chrystusa. My mamy być coraz mniejsi, On zaś ma wzrastać.

“Przeto czy jecie, czy pijecie, czy cokolwiek innego czynicie, wszystko na chwałę Bożą czyńcie” (1 Kor 10:31)


Chrześcijańskie marzycielstwo, czyli o tym dlaczego wiara w Boga to nie american dream

Podobno w życiu ważna jest rutyna, prawda? Budzisz się o 5:00 rano pełen ducha, przed odgłosem budzika. Na szafce nocnej leży Twoje ulubione wydanie Słowa Bożego. Strony, gdzieniegdzie subtelnie pozaginane od częstego przewracania, komponują się kolorystycznie z kartkami skrzętnie zapełnionymi notatkami z wczorajszego kazania. Wstajesz ochoczo z łóżka, przechodzisz pełen życia przez swoją idealnie wysprzątaną sypialnię, pościel pachnie świeżością, a w powietrzu unosi się zapach świeżo zmielonej kawy, której gorący kubek podaje Ci podśpiewując Psalm 23 Twoja piękna żona. Dzieci, wesoła gromadka pociech, śpią smacznie w swoich łóżeczkach, kiedy oboje rozpoczynacie dzień wspólnym studiowaniem Słowa i uwielbieniem Boga. Jesteście autentycznie wdzięczni za kolejny piękny dzień, za Twoją wspaniałą pracę, za wasz wspaniały dom z basenem i wspaniałość tej całej wspaniałości. Jednak ten scenariusz, przyznajmy szczerze, jest dość nieprawdopodobny.

Możemy, na potrzeby tego tekstu, dowolnie sobie zmodyfikować ten wstęp. Bardziej odpowiada Ci scenariusz osiągnięcia krańcowych wyżyn intelektualnych, filozoficznej stabilności i posiadania wszelkich książek teologicznych by zdobywać uznanie wśród apologetów? Proszę bardzo. Bycie niezależnym i nieustraszonym misjonarzem, który niczego nigdy się nie lęka, nie ma momentów załamania i jest podziwiany za odwagę? Nie ma sprawy. Stanie się idealnie beztroskim i rozpoznawalnym influencerem chrześcijańskim na Instagramie czy Twitterze? Również dozwolone.

Sęk tkwi w tym, że każdy z nas ma jakąś wizję dla swojego życia i niekiedy wielu z nas myli się co do tego, jaką wizję dla naszych żyć ma nasz Stwórca. A wbrew pozorom, to co Bóg dla nas zaplanował to nie jeden wielki american dream tu, na ziemi i musimy przestać sobie to wmawiać.

Dorobić się, czyli amerykański sen w sensie kulturowym

Pojęcie amerykańskiego snu rozumiane w sposób kulturowy można ująć w skrócie jako marzenie o wolności, osobistym szczęściu, zapewnieniu sobie życiowych perspektyw, materialnego komfortu i trwałego, nierozrywalnego spełnienia zamkniętego na własnym życiowym podwórku. W tym sensie, pomijając aspekt historyczny i skupiając się na ogólnie rozumianym pojęciu, jest to pewien sposób patrzenia na rzeczywistość, który ukierunkowuje to spojrzenie w określonej formie i determinuje kierunek wyznaczanych celów i marzeń. Marzenia te mają być wynikiem ciężkiej pracy i długich godzin poświęconych na ich realizację, mają być (najczęściej) kwintesencją materialnych błogosławieństw możliwych na ziemi, a także skierowane są na łaknienie i  zdobywanie tych błogosławieństw.

Problem w tym, że takie podejście generuje ryzyko wiary w Ewangelię sukcesu – Ewangelię, w której Bóg przypomina bardziej Świętego Mikołaja, który grzecznym i bardziej aktywnym dzieciom daje lepsze prezenty –  bardziej niż w Ewangelię objawioną nam w Słowie Bożym.

Tak samo, moim zdaniem, możemy podejść do marzeń duchowo-intelektualnych, już częściowo zaakcentowanych powyżej – marzeń o tym, by w toku “samodoskonalania się” nieustannie tryskać zaraźliwym optymizmem, osiągnąć wyżyny intelektualne, rozwinąć w sobie imponujący poziom empatii, czy umiejętności retorycznych – ot tak, niby dla Boga, ale bardziej dla siebie.

Lament niespełnionej nadziei i ryzyko samouwielbienia za zasługi

Kiedy amerykański sen przyjmiemy jako nasze oczekiwanie wobec życia chrześcijańskiego szybko się zawiedziemy. Po pierwsze dlatego, że granica między konsekwentnym stawianiem sobie celów, a legalizmem “w imię marzenia” jest dość cienka. Po drugie, zawiedziemy się, bo szybko zobaczymy, że narzuciliśmy sobie standard, którego sami z siebie nie możemy spełnić i część z nas zacznie ukrywać ze wstydu niedociągnięcia, wprowadzając w ten schemat innych wierzących – co doprowadzi nas do błędnego koła. Po trzecie, możliwe że będziemy wierzyć w jedyny możliwy scenariusz (przypominający checklistę typu “zbudować dom, spłodzić syna, zasadzić drzewo”) życia chrześcijańskiego, czyniąc z niego bardziej jałową kulturę niż wiarę. I wreszcie – po czwarte i najważniejsze – zaczniemy żyć nadzieją na spełnienie naszych ziemskich marzeń bardziej niż nadzieją, którą mamy w Chrystusie.

Aktywne sięganie po marzenia, a wiara we własną uczynkowość

Przecież logicznym, jest, że jeżeli rozumiemy właściwą teologię oraz pełnimy jakąś służbę w kościele, to nasze życie powinno pokrywać się z naszym zamierzonym wzorem życia, wzorem męża i wzorem narzuty na kanapę, prawda? Niekoniecznie.

Podkreślmy to wyraźnie – nikt nie mówi, że dbałość o własną dyscyplinę duchową i dążenie do aktywnej realizacji tego, do czego Bóg nas powołuje, jest złe, a na pewno nie mówi tego Pismo Święte. Jednak Słowo Boże nigdzie nie każe nam dywagować i rozliczać się z tego jakie pięć kroków podjąć, by osiągnąć sukces w życiu na dowolnym polu, jakby to tylko od nas zależało.

Tu nie chodzi o to, by wykonywać zalecenia i być uprawnionym do stawiania roszczeń. Nie chodzi nawet o to jak “silną” wiarą dysponujemy, jak gdyby mogła naszemu Stwórcy jakkolwiek zaimponować. Mamy wykonywać zalecenia i ufać, mając na uwadze, że ostateczne słowo należy do Boga.

Pismo mówi o tym, jakie zachowanie i podejście jest właściwie, a nawet, że Bóg spełni nasze prośby – “Jeżeli we Mnie trwać będziecie, a słowa moje w was, poproście, o cokolwiek chcecie, a to wam się spełni” (J 15:7). Kluczowe tutaj jest to, że fraza “jeżeli będziemy trwać w Nim” nie oznacza emocjonalnych uniesień i przyzwoitego czasu słuchania kazań na YouTube w tygodniu. Nie deklaruje nam również, że jest jakiś określony pułap czasu, w którym Bóg powinien zareagować na naszą prośbę i to jeszcze dokładnie tak, jakbyśmy tego chcieli.

Trwanie w Nim nie jest nieustanną, estetyczną i pozbawioną jakichkolwiek zmartwień celebracją, którą wypracowaliśmy sobie sami. 

To nie dążenie po trupach do celu, kierowanie się jakimś rekomendowanym planem, ani odhaczanie kolejnych punktów z listy, finalnie czyni nasze marzenia możliwymi, a działanie i wola Boża, której część przedstawiono nam w Jego Słowie. Trwanie w Nim więc, to poznawanie Go coraz lepiej poprzez Jego Słowo, a nie doklejanie wizerunku Boga do osobistych marzeń o sukcesie zawodowym czy rodzinnym.

Musimy przyjąć do wiadomości i uświadamiać siebie nawzajem, że kiedy jesteś człowiekiem zbawionym, nie oznacza to, że nagle uzyskałeś dostęp do tygodniowego planu jak żyć życiem chrześcijańskim by nie podwinęła Ci się noga i Twoje kroki nigdy się nie zachwiały.

Nie pokładajmy ufności we własnych czynach i nie myślmy też, że nigdy nie upadniemy, bo jesteśmy oświeceni wiedzą i zawsze robimy z niej należyty użytek. Wiedza czy dobra rutyna jest istotna i wskazana, jednak to, co otrzymaliśmy to możliwość bycia dyscyplinowanymi i korygowanymi między innymi przez cierpienia. Konfrontowanymi z własną pychą. Bycia pewnymi, że żadnym czynem nie jesteśmy ani trochę lepsi, bo Bóg patrzy na nas przez pryzmat Chrystusa.

I tak, jeżeli marzysz chociażby o tym, by skończyć studia, to nie możesz być wobec tego celu pasywny – podejmujesz pewne działania, by to zrealizować. Tak samo, kiedy chcesz wstąpić w związek małżeński – magiczna pewność, że ktoś ma być Twoim współmałżonkiem nie pojawia się znikąd, tylko Bóg daje Ci ją w toku działań, które podejmujesz stawiając w relacji z drugą osobą na pierwszym miejscu przyniesienie chwały Panu – aktywne, wyrażające się w Twoich działaniach, a nie w idei niemającej pokrycia z rzeczywistością.

Jednak pamiętajmy, że finalnie to nie nasze uczynki kształtują rzeczywistość przed nami, a Bóg. I jeżeli istnieje jakiś efektywny chrześcijański coaching, to nie w 5 sposobach na udane życie chrześcijańskie, a w aktywnym trwaniu w Jego Słowie i czekaniu na Jego przyjście.

Standard “nieosiągalny” czyli nieprawdopodobne nie znaczy, że niemożliwe

Scenariusz przedstawiony we wstępie nazwałam nieprawdopodobnym, jednak nie oznacza to, że jest on niemożliwy. Nie wykluczam, że są osoby, chociażby doświadczone w wierze, którym udaje się przez pewien czas utrzymać swoją rutynę dnia na takim standardzie i którym Bóg pobłogosławił także materialnie.

Uważam, że piękne jest to, jak Chrystus zmienia życia każdego z nas i wielu z nas daje takie, których byśmy sobie nie wyśnili. Dobrze jest być wdzięcznym za  piękno codzienności, dobrze jest o tym mówić, wychwalać Pana i dzielić się tym. Ale nie twórzmy iluzji, że zawsze udaje nam się nam być tak idealnymi jak byśmy tego chcieli. Nieumiejętność przyznania się do błędu jest pychą.

Jednym z najniebezpieczniejszych kłamstw, jakie możemy sobie wmówić w reakcji na widok perfekcyjnych chrześcijańskich żyć jest to, że posiadając jakieś zmagania, nie pasujemy do tego środowiska.

I nie chodzi tylko o to, że nie wszyscy z nas na ten moment potrafimy zarządzać rozsądnie swoim czasem, albo że nie każdego stać na to, by jego dziecko chodziło od zawsze do szkoły muzycznej i znało biegle kilka języków. Możliwe, że w przeszłości, przed nawróceniem, robiłeś naprawdę spektakularnie krzywdzące rzeczy, których Twoi znajomi wychowani w domach chrześcijańskich nie mieli okazji poznać i fakt tego “splamienia przeszłości” niesamowicie Cię przytłacza, bo odstajesz od domniemanej kultury.

Najbardziej podstępne kłamstwo mówi nam, że jesteśmy jedyni, którzy zmagamy się z wątpliwościami, grzechem, lękiem czy strachem, czy też ograniczeniem własnego umysłu. Jednak gdyby tak było, podejrzewam, że Biblia nie byłaby przesiąknięta wersetami dotyczącymi walki duchowej, a na pewno Bóg nie umieściłby w niej Psalmów Dawidowych – w których niejednokrotnie widzimy psalmistę we łzach, niekiedy negującego to, czy Bóg w ogóle go słyszy.

Nie brzmi to jak american dream, prawda? Hiob także nie miał zbyt wielu ziemskich powodów do radości, kiedy stracił wszystkie swoje dzieci, a ciało miał pokryte trądem. Nie chodził z przyklejonym uśmiechem do twarzy. Paul Washer napisał kiedyś :
“Czasem wstajesz rano i nie chcesz czytać Słowa Bożego, podobnie jak czasem moje serce jesteś ospały, lecz gdy idziemy przez dzień czujemy się tak przekonani o tym, co zrobiliśmy i zdaję sobie sprawę, że muszę zwrócić się do Słowa Bożego. Potrzebuję modlitwy. Potrzebuję pomocy. Potrzebuję wzrastać. To jest znak chrześcijaństwa.”

Miejmy świadomość, że potrzebujemy pomocy. Chrześcijaństwo nie polega na tym, że od momentu nawrócenia wstępujemy na świetlaną ścieżkę amerykańskiego snu i od tej pory prowadzimy idealne życia, przestajemy grzeszyć i w końcu mamy kontakt z Bogiem, który z pewnością pobłogosławi nam dobrym zdrowiem, nieustającą euforią i pomyślnością.

Stając się uczniem Chrystusa dostajemy nowe serce i rozpoczynamy walkę, w której po raz pierwszy mamy realną siłę przeciwstawić się grzechowi. Siła ta pochodzi od Boga i stopniowo zmienia nasze pragnienia. Najwięcej o swoim Stwórcy uczymy się, kiedy upadamy i widzimy jak bardzo słabi jesteśmy sami, więc nie bądźmy zaskoczeni, że nie prowadzimy idealnego życia jak z filmu.

Nie wmawiajmy sobie, że w chrześcijańskim życiu, na poziomie ziemskim, nie ma zmartwień. Fakt, że nie powinniśmy się na nich skupiać, tylko wierzyć w to, że wszechmogący Bóg się o nas zatroszczy i ufać Mu nie wyklucza tego, że będziemy upadać, doprowadzać się do intelektualnego masochizmu i przez jakiś czas powielać błędy. Pytanie jak będziemy na to reagować.

Nie chcemy popaść w żadne ekstremum – nie skupiajmy się na cierpieniach, powtarzając jacy to jesteśmy źli, bo staniemy się chrześcijańskimi nihilistami. Ale też nie ukrywajmy tego, że chrześcijaństwo nie jest cukierkowym wesołym miasteczkiem, a przyjmijmy, że bardziej można je porównać do realnego pola bitwy – ze sobą, z grzechem, z wartościami tego świata. Do bitwy, która jest trudna, ale finalnie zakończy się triumfem i w której nie jesteśmy sami.

Niebezpieczeństwo “chrześcijańskiej checklisty”

Umówmy się – nie wiemy jaki scenariusz zaplanował dla nas Pan Bóg jeśli chodzi o Jego wolę suwerenną. Nie wiemy jeszcze gdzie będziemy mieszkać za pięć lat, być może nie wiemy jeszcze co będziemy studiować. Więc nie ulegajmy pokusie ujednolicania tych scenariuszy, przeglądania zdjęć znajomych i ciągłego porównywania siebie do innych. Nie zakładajmy, że jest jeden określony model życia w sferze fizycznej (bo duchowo oczywiście dążymy do jednego celu) w który należy się wpasować. Wystarczy spojrzeć na to jak bardzo różne życia i różne statusy mieli apostołowie. Wystarczy spojrzeć na to, kim był Mojżesz, a kim Rut. 

Bóg jest tym, który daje chcenie i wykonanie, wiec jeżeli stawiamy Go na pierwszym miejscu, On da nam przekonanie poparte Swoim Słowem co do tego, gdzie powinniśmy się znajdować.

Wcale nie musi to być najpopularniejsza wizja chrześcijańskiego amerykańskiego snu. Nie każdy z nas musi być niesamowicie wykształcony. Nie każdy musi mieć wielki dom. Nie wszyscy wstępujemy w związki małżeńskie. Nasze życia są scenariuszami pisanym przez naszego Stwórcę, więc skupiajmy się na poznawaniu Jego woli znajdującej się w Słowie Bożym. Stawiajmy Go na pierwszym miejscu i nie próbujmy odtwarzać chrześcijaństwa kulturowo. Nasze pragnienia będą właściwe, kiedy w pierwszej kolejności będziemy pragnąć głębszego poznania Chrystusa.

Chrześcijaństwo nie jest kulturowo ustanowioną checklistą, na której możemy sobie odhaczyć dorobek. Nie jesteśmy bardziej chrześcijanami kiedy osiągamy i odhaczamy punkty z listy “studia teologiczne”, “małżeństwo”, “dom”, “dziecko”, “misja”, no bo wszyscy to mają. Każda z tych rzeczy jest dobra i każde marzenie o niej jest dobre tylko w przypadku, jeżeli pierwszym z marzeń jest oddanie Bogu należytej chwały będąc tu i teraz, z przyjęciem faktu, że to Bóg ostatecznie zdecyduje o naszej przyszłości.

Prawdziwa nadzieja

Gwoli zakończenia, w kulturze widoczna jest pewna fascynacja nadzieją. Mamy nadzieję na lepsze jutro, na lepsze warunki pracy, na awans, na stypendium naukowe, na posiadanie czegoś, spotkanie kogoś, na spełnienie marzeń. Mamy w te marzenia wierzyć i najlepiej jeszcze wprowadzać się w błogi, marzycielski stan, kiedy to leżąc w łóżku wieczorem snujemy opowieści, tworząc wizualizację tego, czego byśmy chcieli.

Kiedy Biblia mówi o nadziei jest to nadzieja oparta na dobrej nowinie. Jest to nadzieja, która objawia się tym, jak radzimy sobie, kiedy pojawiają się trudności. Nadzieja, która pokazuje tak naprawdę naszą wiarę i ufność. Nie jest to jedynie frazes powtarzany w niepewnych sytuacjach, by podtrzymać iskierkę optymizmu, a realna ufność w to, że Bóg dotrzymuje swojego słowa.


Biblia nie mówi o nadziei jako o oczekiwaniu na coś niepewnego. Mówi o nadziei nadrzędnej, która powinna dawać nam spełnienie i radość z życia – o nadziei, jaką mamy w Chrystusie, o pewności na Jego ponowne przyjście. Jest czymś, co ma nas podnosić z trudności przypominając nam o tym, co ma nadejść. I nie opiera się na snuciu scenariuszy bez pokrycia, na kreowaniu sobie w głowie wersji wydarzeń, których nie jesteśmy pewni, czy kiedykolwiek nadejdą. Polega na radości z ufności, jaką możemy położyć w naszym Zbawicielu. Najpiękniejszą z nadziei jest ta, której jesteśmy pewni, że będzie spełniona. Nie dzięki nam, nie dzięki naszym czynom, a dzięki Bogu.

Wiara w Boga, która jest wiarą zbawczą nie jest jednoznacznym wkroczeniem w koncepcję amerykańskiego snu, ze względu na to, że to nie ziemskie spełnienie powinno być naszym marzeniem i celem.

Żyjmy więc uchwyceni nie nadziei opartej na estetycznie wykreowanych przez nas najbardziej pożądanych wizjach rzeczywistości, a nadzieją Chrystusową.