I nie jest to wyraz mojej ignorancji dla zaistniałej rzeczywistości. To prosta dygresja.

Nie chcę powielać po raz kolejny narracji, że nasza rzeczywistość przez ostatnie tygodnie diametralnie się zmieniła. Wydaje mi się, że każdy z nas dostrzega chociaż fragmentarycznie fakt, że poza bezpośrednimi, dotyczącymi nas wszystkich ograniczeniami, nastrojom w kraju towarzyszy zagubienie z dużą dozą niepokoju. Na Internet ostatnimi czasy spadła istna lawina artykułów o tym, że Wielkanoc w 2020 roku będzie Wielkanocą, jakiej do tej pory nie znaliśmy. Że będzie odmienna, inna, odstająca od normy – lecz czym tak naprawdę jest ta “norma”?

Nikt nie neguje nadzwyczajności zaistniałej sytuacji pandemicznej – nie o to chodzi w tym tekście. Wspomniane przeze mnie artykuły – choć przede wszystkim odnoszące się do zarządzeń Kościoła Katolickiego – przepełnione są dość uniwersalnymi narracjami ludzkimi sugerującymi, że zachwiały się pewne stabilne ramy i tradycje – stanowiące oś, według której Wielkanoc odbywa się rokrocznie. Przywykliśmy do tego, że w materialnych przestrzeniach kościelnych odbywają się konkretne wydarzenia podczas których gromadzimy się w konkretnych celach. Przyzwyczailiśmy się także, że podczas świąt odwiedza się rodzinę, spożywa się razem tradycyjny zestaw potraw i idzie się na wiosenny spacer. To wszystko jest dla nas tradycją, bezpieczną normą, którą podsycamy zewsząd “wesołym Alleluja”.

Żeby to nie zostało źle odebrane – czas z bliskimi i gromadzenie się razem to piękne rzeczy, zwłaszcza jeśli Bóg jest w ich centrum. Uczestniczenie w uroczystych wydarzeniach też jest ważne. I ograniczenia przemieszczania się – nie ukrywajmy tego – trochę przeszkadzają w ich realizacji. Bardzo bym chciała być osobiście – fizycznie – na nabożeństwach, brać udział w rozmowach i w modlitwach. I naprawdę tęsknię za ludźmi, za społecznością i stawaniem (dosłownie) ramię w ramię, by oddać cześć Panu.

Nie pozwólmy jednak na to, by okresowa zmiana formy uczestnictwa we wspominaniu tak niezwykłego wydarzenia w historii jak śmierć i zmartwychwstanie Chrystusa, przesądziła o naszym osobistym zaangażowaniu w społeczność z Tym, który powinien się w tych dniach (i zawsze zresztą) liczyć dla nas najbardziej. W tym roku Wielkanoc pod tym względem będzie taka sama jak wszystkie poprzednie, ponieważ – po pierwsze – rolą tego święta jest przypomnieć nam Ewangelię, która jest wieczna, niezmienna i tak samo aktualna w szary dzień jak i w świąteczną niedzielę. Po drugie zaś – niezależnie od koronawirusa i obecnej pandemii, mamy dokładnie taki sam, grzeszny potencjał, by ten czas zaniedbać.

Zmieniają się okoliczności i przestrzeń, w których dane jest nam przebywać, ale Jezus Chrystus jest ten sam – wczoraj, dzisiaj i na wieki (Hebrajczyków 13:8).

Odmienne stają się praktyki dnia codziennego, bliscy wokół nas ograniczają się do tych, z którymi mieszkamy na co dzień – ale tak jak co roku, mamy wybór. Możemy ulec niezadowoleniu i stresowi związanemu z obecną sytuacją, denerwować się i narzekać – dokładnie tak samo jak podczas corocznych przygotowań. Dość łatwo jest także popaść w apatię, ze względu na kolejny, nudny dzień we własnym domu, bez możliwości wzbogacenia go jakimiś “atrakcjami” z zewnątrz. Możemy spędzić tegoroczną Wielkanoc w ogóle nie skupiając się na przesłaniu, jakie idzie za tym świętem, bądź traktując je pobieżnie, nie mogąc uwolnić się od trosk dnia codziennego. Czy na pewno zdążę wykonać całą pracę zdalną, jaką mi przysłano? Chyba mam prawo do odpoczynku i nierobienia absolutnie niczego? Kiedy to wszystko się skończy? Zresztą, w tym roku święta to nie to samo, prawda?

Nie. Jakoś tak mamy, że zawsze znajdziemy powód, żeby nie robić tego, co powinniśmy. A głęboko wierzę, że nadrzędnym priorytetem w tym czasie (oczywiście nie bagatelizując innych ważnych spraw) powinna być wdzięczność za łaskę Bożą i przeżywanie tego, co miało miejsce na krzyżu, nie tego, że zewsząd apeluje się o pozostanie w domach i wiąże się to z ograniczeniem naszej mobilności.

Zamiast więc spoglądać beznamiętnie w ekran scrollując po raz kolejny Facebooka czy usiłując nadrobić jak najwięcej materiału, który i tak przeglądamy z Netflixem w tle – skupmy się raczej na tym, jaka treść stoi za obchodami święta Wielkiej Nocy, a nie na obecnej formie egzystencji jaka została nam narzucona.

Za tym wszystkim kryje się konkretna historia i to ona jest tutaj najważniejsza – historia, stanowiąca o naszej pozycji przed Bogiem, bez której zasługiwalibyśmy na niechybną, duchową śmierć.

I nie martwmy się – Ten, którego obecność jest tutaj kluczowa, obiecał, że będzie przy nas zawsze, gdziekolwiek będziemy.

„A oto Ja jestem z wami po wszystkie dni aż do skończenia świata.” Mateusza 28:20b

Skoro tak się sprawy mają, nie poprzestawajmy na cichym i wymuszonym “wesołym Alleluja” wpatrując się z żałością za okno. Rozważajmy ogrom tego wydarzenia w sercach i niech nasze uwielbienie Boga będzie nie tyle “wesołe”, co przepełnione radością, zachwytem i wdzięcznością – prawdziwą i autentyczną. To, czego Jezus dokonał na krzyżu ma wieczne, konsekwentne skutki.

Wielkanoc w tym roku nie będzie przytłaczająco inna, jeżeli za jej centralny punkt uznamy wspominanie, wdzięczność i radość z okazanej nam łaski, która nie zmieni się za tydzień, miesiąc czy rok – ponieważ obietnice i prawdy Boże są wieczne.

“Gdyż zapłatą za grzech jest śmierć, lecz darem łaski Bożej jest życie wieczne w Chrystusie Jezusie, naszym Panu” Rzymian 6:23

Nie marnujmy więc czasu, w którym rozważamy i przypominamy sobie szczególnie o tym, co fundamentalne dla nas, jako chrześcijan. Dziękujmy Panu za to, czego dokonał na krzyżu – w sposób prawdziwy i szczery.

View all posts by Marta Sobiech

Typ człowieka z naleciałościami świata studenckiego objawiającymi się wyczuleniem na konsekwentne precyzowanie używanych pojęć. Trochę śpiewa, trochę gra na instrumentach, czasem rysuje i zdarza się, że wnikliwie śledzi obecne realia.