Tematykę nowego koronawirusa wywołującego chorobę COVID-19 podjęłam już dawno, stopniowo układając własne myśli, analizując dane z wielu źródeł, przeglądając statystyki, poddając ocenie wskaźniki prawdopodobieństwa i porównując je między sobą. Planowałam zwięzły i wyselekcjonowany tekst, co do joty określony, wyważony i spójny. Wyznaczyłam też w swojej głowie obiecujące daty, plan publikacji i wstępną listę koniecznej wiedzy jaką posiądę, żeby “być gotową do zabrania głosu na ten temat”. Jednak jak widać, nie mam absolutnej władzy nad realizacją swoich zamierzeń.

Przygniotła mnie tak “mała” rzecz, jak dynamika rozprzestrzeniania się czegoś, czego nawet nie widzę.

Z wybuchami epidemii zazwyczaj jest tak, że nikt się ich nie spodziewa. To truizm, ale dosyć istotny. Można w jakimś stopniu stwierdzić, że społeczeństwo raptownie zostało zmuszone przez jakąś mikroskopijną wiązankę kwasu nukleinowego i kapsydu do przyjęcia zupełnie innej rzeczywistości. Nie jest to rzeczywistość ani wesoła, ani beztroska. Choroba to nic przyjemnego. Ludzie na całym świecie cierpią, służba zdrowia w wielu krajach znajduje się już w sytuacji podbramkowej, w innych – być może niedługo się znajdzie. Groźba (mniej lub bardziej prawdopodobnej) śmierci, czy nam się to podoba czy nie, wisi w powietrzu. Walka trwa nie tylko z wirusem, ale również z dezinformacją, fake newsami, paniką społeczną, zasadnością procedur i ich egzekwowaniem oraz ze zbliżającym się kryzysem gospodarczym. Osobny, aczkolwiek współistniejący z tym, front stanowią nasze osobiste emocje i reakcje – batalie pomiędzy zaufaniem a lękiem; akceptacją zaistniałego stanu rzeczy a pretensjami; podejmowaniem słusznego ryzyka a jego minimalizacją.

W skrócie – Ktoś po raz kolejny pokazał nam, że nie potrafimy i nie możemy być tak bardzo niezależni jak byśmy chcieli. I może, w tym wymiarze… Jest to jak najbardziej słuszna lekcja?

Witamy w świecie, w którym mamy okazję, do doświadczenia Jakuba 4:13-15

“Chodźcie teraz wy, którzy mówicie: Dziś lub jutro pójdziemy do tego oto miasta, będziemy tam działać przez rok, będziemy handlować i zarabiać – wy, którzy nie wiecie, co będzie jutro. Czym jest wasze życie? Bo mgłą jesteście, która ukazuje się na krótko, a potem znika. Zamiast tego, powinniście mówić: Jeśli Pan zechce, to będziemy żyli i zrobimy to lub owo.” Jakuba 4:13-15

Ilu z nas, niekiedy mechanicznie racjonalizowało sobie rzeczywistość myśląc “nie, to się nie wydarzy”? Przecież żyjemy w XXI wieku. Mamy za sobą już dwie wojny światowe i nie chcemy powtórki z rozrywki. Przyglądamy się ludzkiemu nieszczęściu z bezpiecznej odległości i patrzymy na to, co brudne, nie chcąc tego dotknąć. Awaria elektrowni atomowej w Czarnobylu? Przecież to było już dawno. Na tyle dawno, że nakręcili o tym dobry serial.

Społeczne skutki epidemii scharakteryzować potrafiliśmy tylko w ramach rozprawki na lekcję języka polskiego przy okazji omawiania “Dżumy” Alberta Camus. Dobrze, że teraz nic nam nie grozi, prawda? Te choroby o których słyszeliśmy, czarna śmierć czy inna hiszpanka, to w zupełności dlatego, że przecież wcześniej nikt nie mył rąk, czyż nie?

Nie. Nie tylko. I o ile ze smutkiem i współczuciem obserwuję sytuację na świecie, to wydaje mi się, że można powiedzieć, iż doprowadziła ona do jednej, słusznej rzeczy – wyrwała niektórych z marazmu złudnego życia w “krainie wiecznej szczęśliwości na miarę nowoczesności”. A także z drugiej jego uduchowionej odmiany, gdzie wiemy, że zapowiadano nam, iż “w życiu, zwłaszcza chrześcijańskim, ciężko bywa”, ale być może kusiło nas niekiedy, by myśleć, że… Może nas to aż tak bardzo nie dotyczy?

Witamy w świecie, w którym ludzie zaczynają dostrzegać problemy dzięki spektakularnym symptomom

Doprecyzujmy – ani trochę nie cieszy mnie fakt, że koronawirus zbiera swoje żniwo. Jest to trudne dla wielu zarówno fizycznie jak i psychicznie, co jako osoba z zapędami hipochondrycznymi, znająca z autopsji uczucia towarzyszące obserwacji ostrych, zagrażających życiu, ataków astmy oskrzelowej moich najbliższych – wydaje mi się – dość dobrze rozumiem.

Jako chrześcijanie, jesteśmy powołani do miłości i troski naszych bliźnich, w tym do współczucia w niedoli. Bóg nie każe nam również bagatelizować sytuacji kryzysowych w imię brawury. Idąc za myślą ujętą w artykule Jona Blooma (“Can We Really Be Free from Excessive Fears?”), strach przed zagrożeniem jest też naturalnie zaprojektowaną przez Boga reakcją, która chociażby chroni nas przed nierozsądnym wychylaniem się za balustradę na balkonie, czy uczestnictwem w tzw. koronaparty. Jest dobry, o ile nie staje się paraliżującym nas tyranem i nie zaczynamy bać się czegoś bardziej niż samego Boga.

Jednak patrząc szerzej, dla mnie osobiście – osoby młodej, która nie doświadczyła emocji towarzyszących chociażby wprowadzeniu stanu wojennego w Polsce, a także nie miała świadomej styczności z tak dynamicznym problemem na skalę globalną wcześniej – werset z Jakuba 4:13-15 nigdy nie był tak realny, jak dziś. Wchodząc w rok 2020 miałam zupełnie inne plany i nie spodziewałam się, że będę ze ściśniętym gardłem patrzeć na liczbę zgonów czy też odliczać trzydzieści sekund myjąc ręce, trzymając rękę na pulsie.

Wierzyć w treść wersetu to jedno. Przeprocesować go w praktyce to drugie.

Witamy w świecie, gdzie nie wiedząc “dlaczego”, możemy próbować zrozumieć “po co”

Mając do dyspozycji wiele kanałów komunikacji, bardzo łatwo jest utonąć w doniesieniach, statystykach i przesłaniach “jak bardzo jest źle”, bo niewątpliwie jakoś za specjalnie dobrze nie jest. Nie chodzi mi o podsycanie paniki, ale o przyznanie faktu, że prędzej mamy do czynienia ze sztormem, niż z lekką mżawką. Brzmi depresyjnie? Nie musi tak brzmieć.

Przełamując przepełniony trwogą pandemiczny ton, pragnę podkreślić i przypomnieć sobie i nam wszystkim, że ten sam Bóg, który określa życie ludzkie jako “mgła, która ukazuje się na krótko, a potem znika” to po pierwsze – Bóg, któremu nic nie wymyka się spod kontroli, po drugie – Bóg, który wykazuje się troską.

Łatwo jest dziękować za codzienność, kiedy przebiega ona dokładnie po naszej myśli. Łatwo jest też uczyć się na pamięć wersetów o prześladowaniach, zarazach czy cierpieniu, które wydają nam się odległe. Niektórym też, bez większego problemu, przychodzi hipotetyzowanie na temat zamierzeń Bożych. Nie wiemy bezpośrednio dlaczego pandemia koronawirusa wybuchła. Czy to forma sądu? Jeśli tak, to nad czym konkretnie?

W chwili obecnej możemy mieć pewność co do jednego – niemożliwością jest by Władcy tego świata omsknął się palec. Za pomocą pandemii, w jakiś sposób, realizuje swój plan. Jednak próba znalezienia jednoznacznej przyczyny, autorytatywne orzekanie sądu Bożego nad danym grzechem i bazująca na tym odpowiedź na pytanie “dlaczego” pozostaje jedynie spekulacją opartą na przekonaniu o suwerenności Bożej i Jego prawie do tego, by realizować swoją wolę w stworzeniu.

Dlaczego więc? Bo Bóg coś przez to robi. Czy grozi nam totalna dystopia?

Jako wierzący mamy to szczęście, że Bóg, choćby pełnoprawnie mógł, nie jest despotą.

“Wiemy też, że kochającym Boga wszystko współdziała ku dobremu – tym którzy są powołani zgodnie z [Jego] postanowieniem.” Rzymian 8:28

Skoro więc tak się sprawy mają – co mamy robić? Jak w tym wszystkim swoim życiem i służbą przynosić Bogu chwałę?

Witamy w świecie, w którym mamy wybór, czy zmarnujemy czas epidemii

“Ja bowiem nauczyłem się być zadowolony z tego, w czym jestem. Umiem się ograniczyć, umiem też żyć w obfitości; wszędzie i we wszystko jestem wtajemniczony; umiem być syty, umiem też głodować, obfitować i być w niedostatku. Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia, w Chrystusie” Filipian 4:11b-13

W jednym z artykułów (“Instead of asking “why God?”, how about “what are you doing God?”) natknęłam się na następujące zdanie: “Kryzys wydobywa z ludzi to, co najlepsze i najgorsze – i jest to dla nas zarówno wyzwanie, jak i szansa”.

Wiemy, że nie kontrolujemy ostatecznie rzeczywistości. Nie wyklucza to jednak odpowiedzialności za nasze reakcje.

Możemy poddać się panice społecznej, spędzać długie godziny przed telewizorem i bez przerwy odświeżać interaktywne mapy czerwonych kropek zakażeń nowym koronawirusem. Możemy także obejrzeć wszystkie seriale na Netflixie, albo najzwyczajniej przespać czas epidemii. Mogą pochłonąć nas dyskusje internetowe, kłótnie i niekończące się interakcje w mediach społecznościowych. Możemy odsuwać od siebie myśl o śmierci, ale też dać nakręcać się grobową atmosferą i zamartwiać się, sukcesywnie pogrążając w depresji bez spojrzenia na śmierć cielesną z perspektywy Bożej. Jako mistrzowie w odkładaniu rzeczy na później, możemy nie wykorzystać tego czasu na skupienie się na Słowie Bożym, gubiąc się gdzieś w czasie i przestrzeni i nie będąc dobrym świadectwem.

Nie marnujmy tego czasu. A pytając siebie samych jak mamy żyć w dobie epidemii, powoli kończąc ten wpis, spójrzmy na fragment eseju C.S. Lewisa, w którym za sprawą Matta Smethursta, zamieniono słowa “bomba atomowa” na “koronawirus”.

“W pewnym sensie myślimy zbyt wiele o [koronawirusie]. „Jak mamy żyć w erze [koronawirusa]?” Kusi mnie, aby odpowiedzieć: „Skąd to pytanie? Tak jak żylibyśmy w XVI wieku, kiedy zaraza nawiedzała Londyn niemalże co roku lub tak jak żylibyśmy w erze Wikingów, kiedy najeźdźcy ze Skandynawii mogli nas najechać i poderżnąć nasze gardła którejkolwiek nocy; lub, doprawdy, tak jak żyjemy w erze raka, erze syfilisu, erze paraliżu, erze nalotów lotniczych, erze wypadków kolejowych [lub] erze wypadków drogowych.”

Innymi słowy, nie zaczynajmy od przejaskrawiania nowości naszej sytuacji. Proszę mi wierzyć, Drogi Panie i Droga Pani, Ty i wszyscy, których kochasz byli skazani na śmierć zanim odkryto [koronawirusa] i całkiem duży odsetek z nas miał umrzeć w nieprzyjemny sposób. My mamy, doprawdy, jedną wielką przewagę nad naszymi przodkami – anestezjologię. (…)

Taka jest pierwsza propozycja: i pierwsza czynność, którą należy wykonać, to pozbierać się do kupy. Jeśli mamy być zniszczeni przez [koronawirusa], to niech [ten wirus] zastanie nas wykonujących rozsądne i ludzkie czynności – modlących się, pracujących, uczących, czytających, słuchających muzyki, kąpiących dzieci (…) – a nie stłoczonych jak przestraszone owce i myślących o [wirusach]. Mogą one zniszczyć nasze ciała (mikroby też mogą to zrobić), ale nie muszą one zdominować naszych umysłów.”

Tłum. Mateusz Dudek, fragment eseju “On Living in an Atomic Age” („Żyjąc w erze atomowej”) C. S. Lewisa z tomu pt. “Present Concerns: Journalistic Essays” (“Aktualne sprawy: eseje dziennikarskie”)

Drobna, końcowa uwaga.

W sferze przydzielonych do nas zadań – tak naprawdę nic się nie zmieniło.

Nadal Bóg sprawuje naszą drogę uświęcenia, a my mamy głosić Ewangelię, nieść pomoc słabym i schorowanym.

Czy jemy, czy pijemy, czy cokolwiek czynimy – wszystko czyńmy na chwałę Bożą (1 Kor 10:31).

Po prostu dostajemy ku temu dość spektakularną sposobność. Więc nie pozwólmy sobie na jej przeoczenie.

Koronawirus : informacje i zalecenia Ministerstwa Zdrowia

Aktualności Głównego Inspektoratu Sanitarnego

“Nie zmarnuj epidemii koronawirusa” Samuel Skrzypkowski

“Pandemia w świetle Bożej Opatrzności” Filip Sylwestrowicz

View all posts by Marta Sobiech

Typ człowieka z naleciałościami świata studenckiego objawiającymi się wyczuleniem na konsekwentne precyzowanie używanych pojęć. Trochę śpiewa, trochę gra na instrumentach, czasem rysuje i zdarza się, że wnikliwie śledzi obecne realia.