Wydawać by się mogło, że o Internecie, jego zagrożeniach, uzależnieniach, magazynowaniu danych, netykiecie czy cyberprzemocy spisano już wszystko, co tylko spisać można. Nawet nie tylko spisano, ale i nakręcono wiele filmów czy seriali mrożących niekiedy krew w żyłach swoją dystopijną wizją przyszłości skrytej w hologramach czy w świecie przebiegłych ponad miarę ludzką sztucznych inteligencji. Wydawać by się mogło, że bez tych “smaczków” post-apo, mówienie o internecie jest zbyt trywialne i prozaiczne by poświęcać mu całą serię postów. Jednak czy za tymi wielkimi pojęciami i światem science-fiction, nie kryją się subtelniejsze problemy, o których na co dzień nie myślimy bądź staramy się nie myśleć? I nie mówię tutaj jedynie o kwestii sięgania rano wpierw po smartfon niż po Biblię.

Cel, czyli o tym jak i dlaczego warto spojrzeć na internet

Nie będzie to seria postów o tym jak bardzo portale społecznościowe niszczą nasze relacje i zaczynają przenikać większość dziedzin życia, stając się swoistym złem wcielonym. Nie jest to także manifest mający zażegnać raz na zawsze potrzebę bycia aktywnym w sieci, śledzenia czy reagowania na zamieszczone w niej treści. Nie mam zamiaru skupiać się na tym po co Markowi Zuckerbergowi nasze dane, wnikać w politykę Google’a czy badać ile tak naprawdę może usłyszeć Siri i nie podam dziesięciu sposobów na to, jak rano sięgać do Biblii, a nie do Facebooka – takich tekstów w internecie jest multum. Zresztą, nie sądzę by w “kilku sposobach na” był ratunek, który wymaga długotrwałej przemiany serca i odpowiedniej dyscypliny. Dlatego też, nie jest to poradnik, ani wielka krytyka Internetu samego w sobie.

Skoncentrujemy na jednej, zasadniczej kwestii. To, w jaki sposób wykorzystujemy internet, ma znaczenie. I znaczenie ma także to, kim w tym internecie jesteśmy. Zdania te nie brzmią niezwykle odkrywczo, a wręcz przeciwnie – są niewzruszonymi truizmami, z którym zapewne większość ludzi, z chrześcijanami włącznie (jak nie przede wszystkim) byłaby w stanie się zgodzić. Możliwe nawet, że część poruszonych w tym tekście kwestii niekiedy zastanowiła niektórych z nas. Możliwe także, że zdajemy sobie sprawę z sedna problemu – z tkwiącej w nas wrodzonej predyspozycji do grzechu.

Jednak to, co widzę jako swoisty mankament funkcjonowania chrześcijan w sieci to pewnego rodzaju problemogenne postawy, z którymi mniej lub bardziej – w zależności od poziomu ślepego i niewzruszonego zaangażowania bądź jego braku – powiązany jest w różnym stopniu, aczkolwiek nader często – egocentryzm, swoisty populizm, brak łagodności i miłości.

Każda z tych cech, będzie stanowiła oś przewodnią poszczególnych postów. Zacznijmy jednak od skonkretyzowania z czym tak właściwie mamy do czynienia.

O tym jak łopatą nie umyjemy okien, ale przy dobrych chęciach wykopiemy dół

Zapomnijmy na moment o fabule “Black Mirror” oraz o poradnikach jak ograniczyć czas spędzony na Facebooku i przyjrzyjmy się, co mamy do dyspozycji tu i teraz. A mamy nas samych, którzy przejawiamy niekiedy wielką potrzebę bycia zauważonym oraz idealną sieć, w której przy pełnej dowolności środków możemy sobie to łatwo zapewnić.

Można stwierdzić, że portale społecznościowe to po prostu nowa forma komunikacji, nowa przestrzeń, ale de facto jest to po prostu dane nam narzędzie i trzeba wiedzieć czemu to narzędzie ma służyć.

W obecnych realiach, tak jak telefon za nas sam nie rozmawia, tylko za jego pośrednictwem podejmujemy decyzję wybrania numeru i korzystamy z niego, tak też portale społecznościowe służą nam do realizacji naszych celów i decyzji. Tak jak łopata sama nie wykopie dołu w ziemi, tak też Instagram sam nie zacznie dodawać zdjęć. Jest to proste, ale też o tyle ważne rozróżnienie, ponieważ to my mamy wpływ na to, w jaki sposób i do czego użyjemy narzędzia, nie odwrotnie, oczywiście z pewnymi ograniczeniami (łopatą nie umyjemy okien, a Snapchatem nie damy rady wysłać maila do dziekanatu).

Znaczy to, że jesteśmy odpowiedzialni za to, do czego używamy narzędzia. I to nasza postawa wobec social mediów powinna wpływać na to, co na nich będziemy publikować, albo co będziemy na nich śledzić. Postawa zaś wynika z tego, co jest naszym priorytetem w życiu i co nim kieruje. To, kim chcemy być wynika z serca. Korzystanie z social mediów więc, powinno służyć celom, które stawiamy na piedestale w naszym życiu duchowym. Przecież jesteśmy chrześcijanami, prawda?

Wykorzystanie przeznaczonego nam narzędzia

Wszystko to sprowadza się do jednego z najogólniejszych pytań jakie musimy zadać sobie w praktycznym życiu chrześcijańskim – czemu ma służyć to, co robimy? To, w jaki sposób wykorzystujemy Internet ma znaczenie nie dlatego, że powinniśmy się lękać magazynowania naszych danych, czyhających wyskakujących okien czy dostępności hazardu online. Są to ważne rzeczy i ani trochę nie mam zamiaru bagatelizować ich rangi. Jednak najogólniej rzecz biorąc sposób, w jaki korzystamy z Internetu w ogóle, czy szczególnie z social mediów (bo tam jednak kreujemy nasz wizerunek) ma znaczenie, ponieważ jako wierzący jesteśmy wezwani do tego, by wszystko, co czynimy, czynić na chwałę Bożą i głosić Ewangelię (1 Kor 10:31).

Nasze życie ma być świadectwem i to, co do nas należy bądź jest przez nas kreowane również powinno nim być.

I tutaj, mając już bazę, możemy skupić się na tym, co prawdziwie chrześcijańską postawę w mediach społecznościowych nam utrudnia – mianowicie, na naszym egocentryzmie i pragnieniu bycia zauważonym i docenionym, niekiedy za wszelką cenę.

Egocentryzm jest powiązany z potrzebą akceptacji, której szukamy w złym miejscu.

Mój profil to moje egocentryczne królestwo, czyli pokusa bycia “polubionym”

Ile razy zdarzało Ci się wielokrotnie odświeżać powiadomienia na Facebooku, by zobaczyć ilu znajomych zareagowało na Twój nowy post? Czy oglądałeś kiedyś poradniki jak dzięki algorytmom mieć więcej polubień na Instagramie? Gdzie szukasz potwierdzenia tego, że publikowany przez Ciebie kontent jest wartościowy?

Jako ludzie mamy tendencję do poszukiwania akceptacji wśród innych ludzi zamiast u Boga. Generuje to kilka niebezpieczeństw.

Po pierwsze, możemy bać się zamieszczać treści o naszym Stwórcy bądź reagować na treści, które Go ośmieszają. Po drugie, możemy wręcz zasypywać naszą tablicę zdjęciami, relacjami z życia, wersetami, kazaniami i linkami do muzyki chrześcijańskiej, by stawać się z dnia na dzień większym chrześcijańskim celebrytą – niekiedy w ogólnym rozrachunku ważniejszym dla nas od Chrystusa. Po trzecie, możemy przyjąć nieco bardziej subtelną postawę użytkownika “krypto-ewangelizującego”, dodawać hashtagi i wersety z Biblii pod własnymi zdjęciami w bikini na plaży, jednak wizja, że ktoś się przez nie nawróci jest czasem dla nas dosyć utopijna i drugorzędna – idea szczytna, wykonanie słabe. No bo jak to, seria zdjęć własnej twarzy przecież nie buduje naszego ego, jeśli tylko jest podpisana wersetem, prawda? Niestety często nie.

Tak samo rzecz ma się z Twitterem, zdjęciami książek teologicznych czy aktywnością na grupach apologetycznych. Jeżeli potrzebujesz lajków innych ludzi, by dopieścili Twoje ego i poczucie wartości, prawdopodobnie jesteś w niebezpieczeństwie. Tylko Ty i Bóg tak naprawdę wiecie z jaką motywacją serca publikujesz swoje posty. Po to, by podzielić się radością z czegoś, co Bóg Ci dał? Czy po to, by szukać pocieszenia w liczbach polubień? Mark Ballenger napisał kiedyś :

“Jednym z powodów, przez które szukanie aprobaty u “znajomych”, “followersów” lub “subskrybentów” jest tak niebezpieczne, jest to, że czemukolwiek dasz moc, aby czuć się kochanym, dajesz temu także moc, która sprawia, że czujesz się niekochany. Kiedy Twój post nie zawiera tak wielu interakcji, jakich się spodziewałeś, albo nagle wywołuje burzę, której nie planowałeś, twoja samoocena spada (…)”.

Nie chodzi o brak radości z pięknego dnia, z wygranej w konkursie czy o brak wdzięczności za to, że Bóg stworzył nas ludźmi i jako ludzie jesteśmy piękni. Jednak nam social media nie są potrzebne do tego, by szukać na nich akceptacji i miłości. Zostaliśmy pokochani przez Boga, który wybrał nas pomimo tego, że nigdy byśmy na to nie zasłużyli i to Jemu mają się podobać publikowane przez nas treści. To On i Jego chwała, a nie my i nasze zasługi, mają stać w ich centrum.

Nasze profile na social-mediach nie powinny służyć naszej autopromocji, a naszemu Zbawicielowi.

Mój profil to ja i moje zasady, czyli moja własna wizja dobra i zła

Innym ekstremum jest uznanie, że to, co publikujesz w social mediach ma się podobać przede wszystkim Tobie. Jeżeli czujemy pokój w sercu publikując treści zahaczające o kulturę grzechu, bo uważamy, że przecież sami jesteśmy wystarczająco do nich zdystansowani, ponieważ wpisują się one w naszą osobistą definicję wolności chrześcijańskiej, istnieją spore szanse, że mamy poważny problem. 

O problemie subiektywnych odczuć dyktujących nam prawdy życiowe pisałyśmy już w poście “O Bożej woli i pułapce obiektywnych emocji (link).Musimy pamiętać, że to nie my sami jesteśmy naszymi własnymi wyznacznikami dobra i zła. Gdybyśmy byli zdolni do tego, by samodzielnie analizując “za” i “przeciw” w naszej głowie decydować co jest właściwe, a co nie, nie potrzebowalibyśmy spisanego słowa Bożego, ani – prawdopodobnie – takiego tworu jak Kościół, w którym jedną z roli jest napominanie siebie nawzajem. Kiedy ktoś z Kościoła zwraca nam uwagę, docelowo robi to dlatego, że martwi się o nas i nasze życie duchowe. Nasze sumienia są darem od Boga, jednak w gonitwie myśli nie znajdziemy jedynie przekonań o tym, co święte, dobre i piękne, a wręcz mnóstwo egoistycznych i niewrażliwych pobudek.

Słowo Boże nie podlega kompromisom.

Fakt, że teraz inna panuje konkretna moda, czy popularność zyskują dane hashtagi, nie oznacza, że można odseparować publikowany przez nas kontent od jego analizy w kontekście użyteczności dla budowania Bożego Królestwa. 

Jeżeli jesteśmy chrześcijanami, ale na Facebooku, Twitterze czy Instagramie pokazujemy światu, że jesteśmy dokładnie tacy jak on, nie świadczy to o nas dobrze. To, czy jesteśmy przesiąknięci osobą Chrystusa nie objawia się w tym, że od czasu do czasu podpiszemy pojedyncze zdjęcie wersetem.

To całokształt naszego zachowania w sieci powinien emanować tym, że naszym głównym celem jest uwielbienie Boga – niezależnie czy wrzucamy memy, zdjęcia, linkujemy muzykę czy wstawiamy odnośniki do kazania.

Samokreacja i wizualizacja życia

Kilka tygodni temu opublikowałyśmy tutaj post o tym, że chrześcijaństwu daleko do wizji amerykańskiego snu (link). Podtrzymując ton, którym przesiąknięty był cały ten tekst nie dajmy się zwieść pokusie estetycznych instagramów i idealnych profili naszych znajomych.

Jednym z najbardziej podstępnych mechanizmów, które mają miejsce w internecie jest ten, który przekonuje nas, że to w sieci możemy w końcu być tacy, jacy chcemy. Możemy się dowolnie wykreować. I przy okazji pozbyć się Kreatora.

Wydaje nam się, że przestrzeń internetu i nasze profile to coś nad czym mamy całkowitą kontrolę. Jeżeli chcemy wpasować się w konkretny styl, dobieramy odpowiednią paletę barw. Czytamy konkretne blogi. Śledzimy konkretne strony z memami. Nasze profile stają się tak bardzo nasze, że nie są już nami, a jakąś postacią, która będąc sztucznie wyreżyserowaną jest coraz mniej szczera, a coraz bardziej cyniczna. Robimy idealne zdjęcia kawy i Biblii z rana, zapewniając swoich obserwatorów o cudowności naszych żyć, a godzinę później zalewamy się łzami. Nie róbmy tego, nie twórzmy z siebie na siłę kogoś, kim nie jesteśmy. Nie stylizujmy się na medialną personę, która może i zyska powierzchowną aprobatę w oczach innych, ale sama będzie się dusić w świecie półprawd i własnego ego, a już na pewno – nie będzie tym oddawała chwały Stwórcy.

Ten, który nas stworzył, sam najlepiej wie co powinniśmy przeżyć i czego doświadczyć. On nas odpowiednio wykreuje, do nas należy trwanie w Słowie i modlitwie, a nie próba wmówienia sobie i innym za pośrednictwem portali społecznościowych, że potrafimy wykreować siebie sami.

Tym samym, nie traktujmy internetu jako naszego powiernika. Nie ulży nam na sercu, jeżeli będziemy wylewać swoją frustrację czy smutek w sieci – to pomaga na chwilę i nie rozwiązuje problemu, a wręcz tworzy kolejne. Nie obnażajmy się ze wszystkich sekretów, nie twórzmy z tablicy na Facebooku swojego mini-konfesjonału.

Pierwszą osobą, do której powinniśmy się zwracać z wdzięcznością, radością, smutkiem, histerią, dezorientacją czy grzeszną frustracją w celu upamiętania powinien być Bóg, a nie Facebook.

Nie bójmy się internetu i doceńmy możliwości, jakie dzięki niemu mamy. Bądźmy jednak ostrożni, pamiętając o istniejącej w nas predyspozycji do grzechu. Kiedy korzystamy z social mediów, róbmy to świadomi, że fakt dysponowania wielością opcji promocji naszych profili nie jest niewinną rozrywką, ale raczej narzędziem, które ma wielki potencjał, jeżeli stawiamy w tym Boga na pierwszym miejscu. Nie popadajmy w autopromocję, balansowanie na granicy grzechu czy w subtelne kłamstewka na temat rzeczywistości, której dodajemy koloru na Facebooku, by poprawić sobie humor, zamiast zwrócić się o pomoc do Pana w modlitwie. Tym samym pamiętajmy, że naszej wartości nie stanowi liczba polubień, a fakt bycia wszczepionym w Chrystusa. My mamy być coraz mniejsi, On zaś ma wzrastać.

“Przeto czy jecie, czy pijecie, czy cokolwiek innego czynicie, wszystko na chwałę Bożą czyńcie” (1 Kor 10:31)

View all posts by Marta Sobiech

Typ człowieka z naleciałościami świata studenckiego objawiającymi się wyczuleniem na konsekwentne precyzowanie używanych pojęć. Trochę śpiewa, trochę gra na instrumentach, czasem rysuje i zdarza się, że wnikliwie śledzi obecne realia.