Podobno w życiu ważna jest rutyna, prawda? Budzisz się o 5:00 rano pełen ducha, przed odgłosem budzika. Na szafce nocnej leży Twoje ulubione wydanie Słowa Bożego. Strony, gdzieniegdzie subtelnie pozaginane od częstego przewracania, komponują się kolorystycznie z kartkami skrzętnie zapełnionymi notatkami z wczorajszego kazania. Wstajesz ochoczo z łóżka, przechodzisz pełen życia przez swoją idealnie wysprzątaną sypialnię, pościel pachnie świeżością, a w powietrzu unosi się zapach świeżo zmielonej kawy, której gorący kubek podaje Ci podśpiewując Psalm 23 Twoja piękna żona. Dzieci, wesoła gromadka pociech, śpią smacznie w swoich łóżeczkach, kiedy oboje rozpoczynacie dzień wspólnym studiowaniem Słowa i uwielbieniem Boga. Jesteście autentycznie wdzięczni za kolejny piękny dzień, za Twoją wspaniałą pracę, za wasz wspaniały dom z basenem i wspaniałość tej całej wspaniałości. Jednak ten scenariusz, przyznajmy szczerze, jest dość nieprawdopodobny.

Możemy, na potrzeby tego tekstu, dowolnie sobie zmodyfikować ten wstęp. Bardziej odpowiada Ci scenariusz osiągnięcia krańcowych wyżyn intelektualnych, filozoficznej stabilności i posiadania wszelkich książek teologicznych by zdobywać uznanie wśród apologetów? Proszę bardzo. Bycie niezależnym i nieustraszonym misjonarzem, który niczego nigdy się nie lęka, nie ma momentów załamania i jest podziwiany za odwagę? Nie ma sprawy. Stanie się idealnie beztroskim i rozpoznawalnym influencerem chrześcijańskim na Instagramie czy Twitterze? Również dozwolone.

Sęk tkwi w tym, że każdy z nas ma jakąś wizję dla swojego życia i niekiedy wielu z nas myli się co do tego, jaką wizję dla naszych żyć ma nasz Stwórca. A wbrew pozorom, to co Bóg dla nas zaplanował to nie jeden wielki american dream tu, na ziemi i musimy przestać sobie to wmawiać.

Dorobić się, czyli amerykański sen w sensie kulturowym

Pojęcie amerykańskiego snu rozumiane w sposób kulturowy można ująć w skrócie jako marzenie o wolności, osobistym szczęściu, zapewnieniu sobie życiowych perspektyw, materialnego komfortu i trwałego, nierozrywalnego spełnienia zamkniętego na własnym życiowym podwórku. W tym sensie, pomijając aspekt historyczny i skupiając się na ogólnie rozumianym pojęciu, jest to pewien sposób patrzenia na rzeczywistość, który ukierunkowuje to spojrzenie w określonej formie i determinuje kierunek wyznaczanych celów i marzeń. Marzenia te mają być wynikiem ciężkiej pracy i długich godzin poświęconych na ich realizację, mają być (najczęściej) kwintesencją materialnych błogosławieństw możliwych na ziemi, a także skierowane są na łaknienie i  zdobywanie tych błogosławieństw.

Problem w tym, że takie podejście generuje ryzyko wiary w Ewangelię sukcesu – Ewangelię, w której Bóg przypomina bardziej Świętego Mikołaja, który grzecznym i bardziej aktywnym dzieciom daje lepsze prezenty –  bardziej niż w Ewangelię objawioną nam w Słowie Bożym.

Tak samo, moim zdaniem, możemy podejść do marzeń duchowo-intelektualnych, już częściowo zaakcentowanych powyżej – marzeń o tym, by w toku “samodoskonalania się” nieustannie tryskać zaraźliwym optymizmem, osiągnąć wyżyny intelektualne, rozwinąć w sobie imponujący poziom empatii, czy umiejętności retorycznych – ot tak, niby dla Boga, ale bardziej dla siebie.

Lament niespełnionej nadziei i ryzyko samouwielbienia za zasługi

Kiedy amerykański sen przyjmiemy jako nasze oczekiwanie wobec życia chrześcijańskiego szybko się zawiedziemy. Po pierwsze dlatego, że granica między konsekwentnym stawianiem sobie celów, a legalizmem “w imię marzenia” jest dość cienka. Po drugie, zawiedziemy się, bo szybko zobaczymy, że narzuciliśmy sobie standard, którego sami z siebie nie możemy spełnić i część z nas zacznie ukrywać ze wstydu niedociągnięcia, wprowadzając w ten schemat innych wierzących – co doprowadzi nas do błędnego koła. Po trzecie, możliwe że będziemy wierzyć w jedyny możliwy scenariusz (przypominający checklistę typu “zbudować dom, spłodzić syna, zasadzić drzewo”) życia chrześcijańskiego, czyniąc z niego bardziej jałową kulturę niż wiarę. I wreszcie – po czwarte i najważniejsze – zaczniemy żyć nadzieją na spełnienie naszych ziemskich marzeń bardziej niż nadzieją, którą mamy w Chrystusie.

Aktywne sięganie po marzenia, a wiara we własną uczynkowość

Przecież logicznym, jest, że jeżeli rozumiemy właściwą teologię oraz pełnimy jakąś służbę w kościele, to nasze życie powinno pokrywać się z naszym zamierzonym wzorem życia, wzorem męża i wzorem narzuty na kanapę, prawda? Niekoniecznie.

Podkreślmy to wyraźnie – nikt nie mówi, że dbałość o własną dyscyplinę duchową i dążenie do aktywnej realizacji tego, do czego Bóg nas powołuje, jest złe, a na pewno nie mówi tego Pismo Święte. Jednak Słowo Boże nigdzie nie każe nam dywagować i rozliczać się z tego jakie pięć kroków podjąć, by osiągnąć sukces w życiu na dowolnym polu, jakby to tylko od nas zależało.

Tu nie chodzi o to, by wykonywać zalecenia i być uprawnionym do stawiania roszczeń. Nie chodzi nawet o to jak “silną” wiarą dysponujemy, jak gdyby mogła naszemu Stwórcy jakkolwiek zaimponować. Mamy wykonywać zalecenia i ufać, mając na uwadze, że ostateczne słowo należy do Boga.

Pismo mówi o tym, jakie zachowanie i podejście jest właściwie, a nawet, że Bóg spełni nasze prośby – “Jeżeli we Mnie trwać będziecie, a słowa moje w was, poproście, o cokolwiek chcecie, a to wam się spełni” (J 15:7). Kluczowe tutaj jest to, że fraza “jeżeli będziemy trwać w Nim” nie oznacza emocjonalnych uniesień i przyzwoitego czasu słuchania kazań na YouTube w tygodniu. Nie deklaruje nam również, że jest jakiś określony pułap czasu, w którym Bóg powinien zareagować na naszą prośbę i to jeszcze dokładnie tak, jakbyśmy tego chcieli.

Trwanie w Nim nie jest nieustanną, estetyczną i pozbawioną jakichkolwiek zmartwień celebracją, którą wypracowaliśmy sobie sami. 

To nie dążenie po trupach do celu, kierowanie się jakimś rekomendowanym planem, ani odhaczanie kolejnych punktów z listy, finalnie czyni nasze marzenia możliwymi, a działanie i wola Boża, której część przedstawiono nam w Jego Słowie. Trwanie w Nim więc, to poznawanie Go coraz lepiej poprzez Jego Słowo, a nie doklejanie wizerunku Boga do osobistych marzeń o sukcesie zawodowym czy rodzinnym.

Musimy przyjąć do wiadomości i uświadamiać siebie nawzajem, że kiedy jesteś człowiekiem zbawionym, nie oznacza to, że nagle uzyskałeś dostęp do tygodniowego planu jak żyć życiem chrześcijańskim by nie podwinęła Ci się noga i Twoje kroki nigdy się nie zachwiały.

Nie pokładajmy ufności we własnych czynach i nie myślmy też, że nigdy nie upadniemy, bo jesteśmy oświeceni wiedzą i zawsze robimy z niej należyty użytek. Wiedza czy dobra rutyna jest istotna i wskazana, jednak to, co otrzymaliśmy to możliwość bycia dyscyplinowanymi i korygowanymi między innymi przez cierpienia. Konfrontowanymi z własną pychą. Bycia pewnymi, że żadnym czynem nie jesteśmy ani trochę lepsi, bo Bóg patrzy na nas przez pryzmat Chrystusa.

I tak, jeżeli marzysz chociażby o tym, by skończyć studia, to nie możesz być wobec tego celu pasywny – podejmujesz pewne działania, by to zrealizować. Tak samo, kiedy chcesz wstąpić w związek małżeński – magiczna pewność, że ktoś ma być Twoim współmałżonkiem nie pojawia się znikąd, tylko Bóg daje Ci ją w toku działań, które podejmujesz stawiając w relacji z drugą osobą na pierwszym miejscu przyniesienie chwały Panu – aktywne, wyrażające się w Twoich działaniach, a nie w idei niemającej pokrycia z rzeczywistością.

Jednak pamiętajmy, że finalnie to nie nasze uczynki kształtują rzeczywistość przed nami, a Bóg. I jeżeli istnieje jakiś efektywny chrześcijański coaching, to nie w 5 sposobach na udane życie chrześcijańskie, a w aktywnym trwaniu w Jego Słowie i czekaniu na Jego przyjście.

Standard “nieosiągalny” czyli nieprawdopodobne nie znaczy, że niemożliwe

Scenariusz przedstawiony we wstępie nazwałam nieprawdopodobnym, jednak nie oznacza to, że jest on niemożliwy. Nie wykluczam, że są osoby, chociażby doświadczone w wierze, którym udaje się przez pewien czas utrzymać swoją rutynę dnia na takim standardzie i którym Bóg pobłogosławił także materialnie.

Uważam, że piękne jest to, jak Chrystus zmienia życia każdego z nas i wielu z nas daje takie, których byśmy sobie nie wyśnili. Dobrze jest być wdzięcznym za  piękno codzienności, dobrze jest o tym mówić, wychwalać Pana i dzielić się tym. Ale nie twórzmy iluzji, że zawsze udaje nam się nam być tak idealnymi jak byśmy tego chcieli. Nieumiejętność przyznania się do błędu jest pychą.

Jednym z najniebezpieczniejszych kłamstw, jakie możemy sobie wmówić w reakcji na widok perfekcyjnych chrześcijańskich żyć jest to, że posiadając jakieś zmagania, nie pasujemy do tego środowiska.

I nie chodzi tylko o to, że nie wszyscy z nas na ten moment potrafimy zarządzać rozsądnie swoim czasem, albo że nie każdego stać na to, by jego dziecko chodziło od zawsze do szkoły muzycznej i znało biegle kilka języków. Możliwe, że w przeszłości, przed nawróceniem, robiłeś naprawdę spektakularnie krzywdzące rzeczy, których Twoi znajomi wychowani w domach chrześcijańskich nie mieli okazji poznać i fakt tego “splamienia przeszłości” niesamowicie Cię przytłacza, bo odstajesz od domniemanej kultury.

Najbardziej podstępne kłamstwo mówi nam, że jesteśmy jedyni, którzy zmagamy się z wątpliwościami, grzechem, lękiem czy strachem, czy też ograniczeniem własnego umysłu. Jednak gdyby tak było, podejrzewam, że Biblia nie byłaby przesiąknięta wersetami dotyczącymi walki duchowej, a na pewno Bóg nie umieściłby w niej Psalmów Dawidowych – w których niejednokrotnie widzimy psalmistę we łzach, niekiedy negującego to, czy Bóg w ogóle go słyszy.

Nie brzmi to jak american dream, prawda? Hiob także nie miał zbyt wielu ziemskich powodów do radości, kiedy stracił wszystkie swoje dzieci, a ciało miał pokryte trądem. Nie chodził z przyklejonym uśmiechem do twarzy. Paul Washer napisał kiedyś :
“Czasem wstajesz rano i nie chcesz czytać Słowa Bożego, podobnie jak czasem moje serce jesteś ospały, lecz gdy idziemy przez dzień czujemy się tak przekonani o tym, co zrobiliśmy i zdaję sobie sprawę, że muszę zwrócić się do Słowa Bożego. Potrzebuję modlitwy. Potrzebuję pomocy. Potrzebuję wzrastać. To jest znak chrześcijaństwa.”

Miejmy świadomość, że potrzebujemy pomocy. Chrześcijaństwo nie polega na tym, że od momentu nawrócenia wstępujemy na świetlaną ścieżkę amerykańskiego snu i od tej pory prowadzimy idealne życia, przestajemy grzeszyć i w końcu mamy kontakt z Bogiem, który z pewnością pobłogosławi nam dobrym zdrowiem, nieustającą euforią i pomyślnością.

Stając się uczniem Chrystusa dostajemy nowe serce i rozpoczynamy walkę, w której po raz pierwszy mamy realną siłę przeciwstawić się grzechowi. Siła ta pochodzi od Boga i stopniowo zmienia nasze pragnienia. Najwięcej o swoim Stwórcy uczymy się, kiedy upadamy i widzimy jak bardzo słabi jesteśmy sami, więc nie bądźmy zaskoczeni, że nie prowadzimy idealnego życia jak z filmu.

Nie wmawiajmy sobie, że w chrześcijańskim życiu, na poziomie ziemskim, nie ma zmartwień. Fakt, że nie powinniśmy się na nich skupiać, tylko wierzyć w to, że wszechmogący Bóg się o nas zatroszczy i ufać Mu nie wyklucza tego, że będziemy upadać, doprowadzać się do intelektualnego masochizmu i przez jakiś czas powielać błędy. Pytanie jak będziemy na to reagować.

Nie chcemy popaść w żadne ekstremum – nie skupiajmy się na cierpieniach, powtarzając jacy to jesteśmy źli, bo staniemy się chrześcijańskimi nihilistami. Ale też nie ukrywajmy tego, że chrześcijaństwo nie jest cukierkowym wesołym miasteczkiem, a przyjmijmy, że bardziej można je porównać do realnego pola bitwy – ze sobą, z grzechem, z wartościami tego świata. Do bitwy, która jest trudna, ale finalnie zakończy się triumfem i w której nie jesteśmy sami.

Niebezpieczeństwo “chrześcijańskiej checklisty”

Umówmy się – nie wiemy jaki scenariusz zaplanował dla nas Pan Bóg jeśli chodzi o Jego wolę suwerenną. Nie wiemy jeszcze gdzie będziemy mieszkać za pięć lat, być może nie wiemy jeszcze co będziemy studiować. Więc nie ulegajmy pokusie ujednolicania tych scenariuszy, przeglądania zdjęć znajomych i ciągłego porównywania siebie do innych. Nie zakładajmy, że jest jeden określony model życia w sferze fizycznej (bo duchowo oczywiście dążymy do jednego celu) w który należy się wpasować. Wystarczy spojrzeć na to jak bardzo różne życia i różne statusy mieli apostołowie. Wystarczy spojrzeć na to, kim był Mojżesz, a kim Rut. 

Bóg jest tym, który daje chcenie i wykonanie, wiec jeżeli stawiamy Go na pierwszym miejscu, On da nam przekonanie poparte Swoim Słowem co do tego, gdzie powinniśmy się znajdować.

Wcale nie musi to być najpopularniejsza wizja chrześcijańskiego amerykańskiego snu. Nie każdy z nas musi być niesamowicie wykształcony. Nie każdy musi mieć wielki dom. Nie wszyscy wstępujemy w związki małżeńskie. Nasze życia są scenariuszami pisanym przez naszego Stwórcę, więc skupiajmy się na poznawaniu Jego woli znajdującej się w Słowie Bożym. Stawiajmy Go na pierwszym miejscu i nie próbujmy odtwarzać chrześcijaństwa kulturowo. Nasze pragnienia będą właściwe, kiedy w pierwszej kolejności będziemy pragnąć głębszego poznania Chrystusa.

Chrześcijaństwo nie jest kulturowo ustanowioną checklistą, na której możemy sobie odhaczyć dorobek. Nie jesteśmy bardziej chrześcijanami kiedy osiągamy i odhaczamy punkty z listy “studia teologiczne”, “małżeństwo”, “dom”, “dziecko”, “misja”, no bo wszyscy to mają. Każda z tych rzeczy jest dobra i każde marzenie o niej jest dobre tylko w przypadku, jeżeli pierwszym z marzeń jest oddanie Bogu należytej chwały będąc tu i teraz, z przyjęciem faktu, że to Bóg ostatecznie zdecyduje o naszej przyszłości.

Prawdziwa nadzieja

Gwoli zakończenia, w kulturze widoczna jest pewna fascynacja nadzieją. Mamy nadzieję na lepsze jutro, na lepsze warunki pracy, na awans, na stypendium naukowe, na posiadanie czegoś, spotkanie kogoś, na spełnienie marzeń. Mamy w te marzenia wierzyć i najlepiej jeszcze wprowadzać się w błogi, marzycielski stan, kiedy to leżąc w łóżku wieczorem snujemy opowieści, tworząc wizualizację tego, czego byśmy chcieli.

Kiedy Biblia mówi o nadziei jest to nadzieja oparta na dobrej nowinie. Jest to nadzieja, która objawia się tym, jak radzimy sobie, kiedy pojawiają się trudności. Nadzieja, która pokazuje tak naprawdę naszą wiarę i ufność. Nie jest to jedynie frazes powtarzany w niepewnych sytuacjach, by podtrzymać iskierkę optymizmu, a realna ufność w to, że Bóg dotrzymuje swojego słowa.


Biblia nie mówi o nadziei jako o oczekiwaniu na coś niepewnego. Mówi o nadziei nadrzędnej, która powinna dawać nam spełnienie i radość z życia – o nadziei, jaką mamy w Chrystusie, o pewności na Jego ponowne przyjście. Jest czymś, co ma nas podnosić z trudności przypominając nam o tym, co ma nadejść. I nie opiera się na snuciu scenariuszy bez pokrycia, na kreowaniu sobie w głowie wersji wydarzeń, których nie jesteśmy pewni, czy kiedykolwiek nadejdą. Polega na radości z ufności, jaką możemy położyć w naszym Zbawicielu. Najpiękniejszą z nadziei jest ta, której jesteśmy pewni, że będzie spełniona. Nie dzięki nam, nie dzięki naszym czynom, a dzięki Bogu.

Wiara w Boga, która jest wiarą zbawczą nie jest jednoznacznym wkroczeniem w koncepcję amerykańskiego snu, ze względu na to, że to nie ziemskie spełnienie powinno być naszym marzeniem i celem.

Żyjmy więc uchwyceni nie nadziei opartej na estetycznie wykreowanych przez nas najbardziej pożądanych wizjach rzeczywistości, a nadzieją Chrystusową. 

View all posts by Marta Sobiech

Typ człowieka z naleciałościami świata studenckiego objawiającymi się wyczuleniem na konsekwentne precyzowanie używanych pojęć. Trochę śpiewa, trochę gra na instrumentach, czasem rysuje i zdarza się, że wnikliwie śledzi obecne realia.