Emocje nie mogą się mylić. Tak przynajmniej krzyczy otaczająca nas kultura konsumpcji i reklamy. Jeżeli czuję, że tego potrzebuję, muszę po to sięgnąć. Jeżeli czuję, że kogoś kocham, to nic nie powinno mnie powstrzymać od porzucenia dotychczasowej relacji na rzecz nowej miłości. To co czuję, nie może być niewłaściwe. A może jednak?

Kryzys oświeceniowych haseł niezawodności rozumu zasiał wątpliwość co do możliwości obiektywnego poznania. Jeżeli nie możemy polegać na własnym rozumie, by dał nam “prawdziwy” obraz rzeczywistości, to musimy chwycić się czegoś innego. Potrzebujemy fundamentu, o który będziemy mogli się oprzeć, który pozwoli nam funkcjonować i podejmować decyzje. Tym fundamentem w praktyce życia często stają się emocje.

Skoro prawda jest względna, to jedyną prawdą, jaka istnieje, jest ta, którą tworzę sam w oparciu o własne doświadczenie. Stąd przekonanie, że muszę za wszelką cenę podążać za sercem, bo tylko w nim mogę znaleźć jakikolwiek obiektywizm. Moje doświadczenie jest prawdziwe i niepodważalne. Nikt nie może zaprzeczyć moim uczuciom. Tym samym doświadczenie stało się wartością, kryterium prawdziwości, drogowskazem i desperacką próbą odnalezienia obiektywizmu w post-chrześcijańskim świecie.

Nie mogło to nie wywrzeć silnego wpływu na współczesne chrześcijaństwo, w którym wraz z rozwojem ruchu charyzmatycznego, nacisk na emocje staje się coraz mocniejszy. Uczucia stają się wyznacznikiem, a czasami wręcz kryterium moralnym w podejmowaniu decyzji. Chrześcijanie w pierwszym rzędzie zastanawiają się nie nad tym, czy są w tym momencie posłuszni wyraźnym poleceniom Słowa Bożego, ale czy odczuwają odpowiedni poziom wewnętrznego pokoju.

Nie trzeba znajdować się w kontekście charyzmatycznym, by być przekonanym, że „poczucie” powołania jest najważniejsze, ważniejsze nawet od posłuszeństwa Pismu. Często wydaje nam się, że emocje komunikują prawdę wyższej rangi i jesteśmy zaniepokojeni, jeżeli akurat milczą. Potrafimy kwestionować naszą wiarę. Czy jeśli stojąc przed ważną decyzją w życiu nie doświadczam uczucia pokoju, to czy jestem wystarczająco duchowa? Co jest nie tak z moim życiem chrześcijańskim? Czy mogę nazwać się osobą zbawioną?

Nasze emocje – autentyczne czy obiektywne?

Nie chcemy podważać autentyczności naszych uczuć. W zupełnie realny sposób doświadczamy zarówno pobożnych, jak i grzesznych emocji.

Czasami jak najbardziej właściwie czujemy się przygnieceni ciężarem grzechu albo przepełnieni radością, kiedy myślimy o Bożej dobroci. Bywają jednak momenty, kiedy odczuwamy niechęć wobec innych, żal wobec Boga lub gniew wobec sytuacji, które uważamy za niesprawiedliwe. Dziecko może autentycznie odczuwać, że zasady wyznaczane przez rodziców są krzywdzące, nie będąc świadome, że chronią go przed niebezpieczeństwem.

W Psalmach obserwujemy często radość Dawida, którą odczuwa myśląc o Bożym wybawieniu, smutek, którego doświadcza w wyniku grzechu i zachwyt, który go ogarnia przy oglądaniu Bożej chwały w stworzeniu. Ale wiemy, że odczuwał także zwątpienie i samotność, wątpiąc nawet momentami w Bożą obecność. Gdyby więc w trudnej chwili uznał swoje emocje za jedyny wyznacznik prawdy, to doszedłby do wniosku, że został prawdziwie porzucony przez Boga. Nasze emocje są więc autentyczne, ale niekoniecznie wynikają z właściwego obrazu rzeczywistości. Nasze spojrzenie na świat potrafi być często wypaczone przez grzeszne myśli, pragnienia lub kłamstwa, w które uwierzyliśmy o sobie i o Bogu.

To Boże objawione Słowo powinno informować to spojrzenie, karmić je prawdą, pozwalając nam ocenić, czy doświadczane emocje wynikają z właściwych postaw i biblijnego zrozumienia rzeczywistości, czy raczej są produktem grzesznych postaw lub mylnych przekonań.

(Nie) Podążaj za głosem serca

Tym bardziej więc powinniśmy być ostrożni w podejmowaniu decyzji w oparciu o emocje – zwłaszcza, kiedy stoją w wyraźnej sprzeczności z tym, do czego bezpośrednio powołuje nas Pismo. Nie jesteśmy wzywani do bezkrytycznego podążania za sercem – ani za naszymi uczuciami, ani za naszą własną mądrością. Pismo wyraża się jasno i dosadnie – „kto ufa własnemu sercu, ten jest głupi” (Przyp. Sal. 28:26). Bombardowani z każdej strony światopoglądem, który odrzuca Boga, walczący z pozostałościami naszej grzesznej natury, nie możemy uważać ani naszych emocji, ani myśli, za całkowicie niezawodny kompas postępowania.

Syndrom Jonasza

Czy Bóg może mnie powoływać, by zrobić coś sprzecznego z wyraźnym nakazem Jego słowa, jeżeli odczuwam co do tego wyraźne wewnętrzne przekonanie? Nie. Bóg nie działa w sprzeczności ze swoim Słowem. Zostaliśmy powołani w pierwszej kolejności do posłuszeństwa spisanemu objawieniu, posłuszeństwa często wbrew naszym emocjom. Jonasz został wyraźnie wezwany przez Boga, by udać się do Niniwy. Prawdopodobnie kiedy to usłyszał nie zalała go fala wewnętrznego pokoju, bo wsiadł na statek do Tarszyszu i udał się w przeciwnym kierunku. Motywowany swoimi emocjami i swoją pychą, okazał nieposłuszeństwo Bożemu klarownemu powołaniu.

Wola suwerenna a wola moralna

W refleksji nad tymi kwestiami konieczne jest dokonanie rozróżnienia pomiędzy dwoma aspektami Bożej woli – wolą suwerenną i moralną. Bóg w swojej woli suwerennej przed założeniem świata postanowił wszystko, co ma się wydarzyć i konsekwentnie realizuje swoje postanowienie. Boża suwerenna wola obejmuje również „dopuszczenie” grzechu popełnianego przez jednostki. Wiemy, że fakt wydania Jezusa przez Judasza był elementem suwerennej woli Bożej w realizacji planu odkupienia, co nie zwalniało Judasza z osobistej odpowiedzialności za grzech, który popełnił.

Wola suwerenna nie może być w żaden sposób, przez nikogo, zaburzona. Wiemy, że wszystko to, co się wydarzyło do tej pory, miało miejsce, ponieważ takie było Boże odwieczne postanowienie. Wiemy, że tak będzie i w przyszłości, i że Bóg w swoim czasie dokona tego, co postanowił. Ale dopóki tego nie dokona, konkretna treść Bożej suwerennej woli pozostaje przed nami zasłonięta.

Boża wola moralna, jak pisze R.C. Sproul, objawiona została w postaci Jego świętego prawa: „Bożą wolą jest, abyśmy nie kradli; abyśmy miłowali naszych nieprzyjaciół; abyśmy się upamiętali; abyśmy byli święci. Ten aspekt Bożej woli został objawiony zarówno w Jego Słowie, jak i w naszym sumieniu, poprzez które Bóg wypisał swoje moralne prawo na sercu człowieka.” Możemy sprzeciwić się woli moralnej – każdy sprzeciw jest grzechem, za który jesteśmy w pełni odpowiedzialni. Sproul podsumowuje to w ten sposób – jesteśmy w stanie złamać Boże przykazania, ale nie mamy do tego prawa. Jaki obraz się z tego wyłania? Nie znamy Bożej woli suwerennej, ale znamy Bożą wolę moralną, która zapisana jest na kartach Jego Słowa.

Wiemy, że Bóg nie przeczy samemu sobie i nigdy nie wzywa nas do przeciwstawienia się temu, co sam w swoim Słowie nakazał.

Nie jesteśmy więc niczym usprawiedliwieni jeżeli łamiemy Bożą wolę moralną, tylko dlatego, że myślimy, że przez to realizujemy Jego wolę suwerenną. Możemy być tymczasem pewni, że Bóg swoją suwerenną wolę zrealizuje niezależnie od naszych decyzji. Nie jest możliwe więc tkwienie „poza Bożą wolą suwerenną” – nawet popełniane przez nas błędy nie zaburzają Jego doskonałego planu. Bóg suwerennie dopuścił, że złamiemy Jego wolę moralną, aby przez to zrealizować swój najdoskonalszy plan. Bracia Józefa zgrzeszyli sprzedając swojego brata, ale ten grzech był częścią Bożej doskonałej woli, w której Józef znalazł się w Egipcie, zyskał wpływową funkcję, a przez to mógł udzielić pomocy swojej rodzinie w jej chwili potrzeby. W Księdze Rodzaju 50:20 czytamy: „Wy niegdyś knuliście zło przeciwko mnie, Bóg jednak zamierzył to jako dobro, żeby sprawić to, co jest dzisiaj, że przeżył wielki naród”. Nie oznacza to jednak, że realizacja Bożego wspaniałego celu w jakikolwiek sposób uświęciła środki, którymi bracia Józefa się posłużyli.

Weźmy przykład. Jeżeli Bożą wolą moralną, wyrażoną w Jego Słowie, jest aby każdy chrześcijanin był częścią lokalnej wspólnoty wierzących, w której będzie mógł wzrastać, służyć i oddawać cześć, a świadomie dokonuje wyboru, który mu to uniemożliwi, to w sposób otwarty sprzeciwia się Bożej moralnej woli. Nie jest tu oczywiście mowa o misjonarzach, którzy również muszą pozostawać w społeczności z innymi wierzącymi, a ich powołanie musi być potwierdzone przez innych. Nieważne, czy wydaje mi się, że znam Bożą wolę suwerenną i czuję, że On mnie użyje.

Moje uczucia, jakkolwiek silne, nie usprawiedliwiają nieposłuszeństwa.

Jeremiasz określa ludzkie serce zdradzieckim. Nawet nasze sumienie łatwo jest zmanipulować, tak aby funkcjonowało w sposób sprzeczny z Pismem.

Tu warto zadać jeszcze jedno pytanie. Czy nasze nieposłuszeństwo wobec Bożej woli moralnej nie wynika często z czystej niechęci podporządkowania się Bożej woli suwerennej, jak to było w przypadku Jonasza? Czy jako zbawione, ale wciąż grzeszne istoty, w głębi duszy często nie pragniemy po prostu realizacji naszej własnej koncepcji tego, jaka powinna być Boża wola wobec nas? Czy nie bywamy przekonani, że sami posiadamy najlepszy plan na nasze życie?

Kilka fundamentalnych zasad

Wyciągnijmy z tego kilka wniosków. Po pierwsze, nasze uczucia nie są w pełni obiektywnym kompasem moralnym. Są autentyczne, ale niekoniecznie wynikają z właściwego spojrzenia na rzeczywistość. Idąc dalej, wiemy, że nawet silne emocje i przekonania nie usprawiedliwiają nieposłuszeństwa temu, co Bóg wyraźnie zawarł w swoim Słowie. Nasz uczuciowy kompas bardzo często kieruje nas do tego, czego pragniemy, a nie do tego, co jest właściwe. Często nie chcemy, by działa się Boża wola, bo jesteśmy przekonani o tym, że mamy lepszą koncepcję. Ostatecznie, pomimo że wiemy, że nic nie może zaburzyć Bożego suwerennego planu, nie powinniśmy postępować niemądrze i niebiblijnie w nadziei, że Bóg i tak to pobłogosławi.

Kiedy więc podejmuję decyzję, nie zaczynam od prób wyobrażenia sobie dziesiątek scenariuszy, które Bóg może zrealizować. Zastanawiam się, co o danej sytuacji mówi Pismo i do czego bezpośrednio mnie wzywa. Konfrontuję sytuację, w której się znajduję z biblijnymi zasadami. Próbuję zidentyfikować moją motywację i zbadać, czy moje emocje wypływają z biblijnego rozumienia rzeczywistości. Radzę się innych, którzy obserwują moje życie z zewnątrz i są w stanie poradzić mi jako bracia i siostry w wierze. Pozwalam, by ktoś inny potwierdził moje “powołanie”. Jeśli okazuje się, że wszystkie te czynniki potwierdzają moje przekonanie, idę za tym, co zgodnie z moim sumieniem uważam za właściwe.

Ostatecznie więc – musimy weryfikować Bożym Słowem wszystkie nasze przekonania, pragnienia czy poczucie powołania.

Musimy funkcjonować w kościele i w środowisku, które będzie w stanie udzielić nam biblijnej rady. Musimy zdać sobie sprawę, że jedynym źródłem naszego obiektywizmu jest Słowo Boże, które zawiera wiarygodne kryteria oceny rzeczywistości. Nie odrzucamy emocji całkowicie w procesie podejmowania decyzji – ale traktujemy je nie jako kryterium nadrzędne, tylko towarzyszące. Przede wszystkim jednak, pamiętamy o tym, co Bóg obiecał w Psalmie 32: „pouczę ciebie i wskażę ci drogę, którą masz iść”.