Max Weber, kapitalizm i protestancka etyka pracy – fakty i mity (cz. 1)

Wokół protestantyzmu krąży wiele mitów. Jeden z popularniejszych, a jednocześnie bardziej kontrowersyjnych dotyczy jego relacji z kapitalizmem. Któraś z wersji tego mitu prawdopodobnie zdążyła nam się obić o uszy na ścieżce edukacji czy w dyskursie politycznym. Większość z nich przypisuje protestantyzmowi znaczącą, jeżeli nie zasadniczą rolę w kształtowaniu nowoczesnego kapitalizmu – jednak inaczej ocenia skutki tego procesu. Tak więc protestantyzm albo uznaje się za współtwórcę ciemnych stron kapitalizmu, albo wręcz przeciwnie – sławi się go za jego rolę w postępie cywilizacyjnym i kształtowaniu zachodnich wartości.

Wydaje się więc, że dyskusję na temat relacji protestantyzmu i kapitalizmu spowija mglista otoczka nieścisłości, uproszczeń i legend – niezależnie od tego, czy uznamy tę relację za pozytywną czy też nie. W kilku następnych tekstach chciałabym zastanowić się nad tym tematem szerzej – nad faktami i mitami, kontekstem i konsekwencjami. Tym razem spróbuję zmierzyć się z genezą pojawiającego się w opinii publicznej przekonania o protestancko-kapitalistycznym sojuszu oraz z powszechnymi nieścisłościami, które wciąż pokutują na temat reformacyjnego nauczania o pracy, sukcesie gospodarczym i etyce. Rozważania o historycznych konsekwencjach tych doktryn – zamierzonych lub niezamierzonych – zostawiam na kolejne odsłony tej serii.

O co właściwie chodziło Maxowi Weberowi?

Skąd wziął się rozpowszechniony mit o zażyłej relacji protestantyzmu i kapitalizmu? Choć Max Weber nie był pierwszym, który tezę o takiej relacji sformułował (1), to właśnie jemu i jego analizie protestanckiej doktryny dokonanej w dziele pt. „Etyka protestancka i duch kapitalizmu” zawdzięczamy jej najbardziej klasyczną wersję. Wbrew wielu powszechnym uproszczeniom, analiza Webera nie jest dogmatem, który przypisywałby protestantyzmowi, czy ściślej mówiąc purytanizmowi, autorstwo nowoczesnego kapitalizmu. Weber uznawał raczej, że doktryny powołania i predestynacji wytworzyły ideowy i etyczny klimat sprzyjający rozwojowi mentalności lub „ducha” nowoczesnego kapitalizmu (2).

Max Weber nie przypisywał żadnemu reformatorowi celowego dążenia do stworzenia „ducha kapitalizmu”. Jak napisał: Kulturowe oddziaływania reformacji były w dużej części […] nieprzewidzianymi i wprost niechcianymi następstwami pracy reformatorów, często znacznie odchylającymi się lub nawet stojącymi w sprzeczności z tym wszystkim, co sami chcieli urzeczywistnić (3). Weber nie mówi więc o osobistej odpowiedzialności samych teologów – szuka raczej w ich doktrynie elementów, które wpływały na doświadczenie jednostki, a w późniejszych wiekach miały także konkretne gospodarcze konsekwencje. Jego głównym zainteresowaniem są nie tyle ruchy ani ugrupowania religijne, ale rola, którą idee religijne odgrywają w kształtowaniu procesów dziejowych.

Pierwszą taką ideą, która według Webera przyczyniła się do ukształtowania tytułowej etyki pracy, była doktryna powołania. Reformatorzy, jak zauważa, przestali postrzegać pracę w świeckim zawodzie jako moralnie podrzędną wobec życia ascezy i kontemplacji, uznając ją raczej za najwyższą treść, jaką zyskać może w ogóle moralna aktywność (4). Życie podobające się Bogu polega na spełnianiu wewnątrzświatowych obowiązków jednostki jako zadań nadanych przez Boga, a nie ucieczce i wycofaniu ze świata (5).

Drugim czynnikiem współtworzącym ducha kapitalizmu było oddziaływanie doktryny predestynacji. Purytański bohater koncepcji Webera żył w stanie trwałej niepewności przez nią wygenerowanej. Zbawienie wierzącego zależało bowiem w pełni od suwerennego wyboru Boga. Generowało to w nim poczucie wyizolowania, ponieważ nie mogąc znaleźć pewności zbawienia ani w sakramencie, ani w drugim człowieku, musiał stawić czoła przyszłości samotnie (6). Sposobem namacalnego potwierdzania własnego wybrania stawała się więc według Webera aktywna praca zawodowa. To ona była życiowym powołaniem wyznawcy kalwinizmu – ale nie praca po prostu. Praca ta musiała mieć charakter zracjonalizowany, uporządkowany i systematyczny. Musiała przynosić korzyść społeczności i jednocześnie dążyć do maksymalizacji zysku. Niekorzystanie z szansy uzyskania lepszego zarobku miało być sprzeniewierzeniem się poleceniu bycia dobrym zarządcą powierzonych przez Boga dóbr (7). Zysk ten nie miał być jednak przeznaczany na konsumpcję, która pozwalałaby wierzącemu spocząć na laurach samozadowolenia. Ograniczona konsumpcja, jak pisze Weber, wiązała się więc z akumulacją kapitału inwestycyjnego, co ostatecznie napędzało rozwój kapitalistycznej gospodarki (8). Ukształtowana zaś przez protestantyzm etyka przetrwała, nawet gdy idee religijne pierwotnie ją napędzające zaczęły tracić swoją wpływowość i popularność.

Z tak zarysowanym obrazem niewątpliwie można polemizować. Czy doświadczenie religijne protestantyzmu było faktycznie doświadczeniem skrajnej niepewności i samotności? Czy sukces w pracy zawodowej rzeczywiście stał dla wierzących głównym znakiem wybrania? Wnioski Webera o „protestantyzmie” można w wielu miejscach uznać za generalizacje. Kluczowe jednak dla jego tezy jest uznanie przez nią własnych ograniczeń. Weber przyznawał, że jest ona tzw. typem idealnym, a więc pewnym modelem historycznego procesu, w którym cechy i tendencje danego zjawiska doprowadzone są do swoich logicznych konsekwencji (9), a który w czystej postaci nie występuje w rzeczywistości. Choć tak przyjęta metoda badawcza nie pozwala odeprzeć wszystkich zarzutów, które można by przeciwko tezie Webera wysunąć, pozwala jednak zrozumieć, dlaczego dokonuje on takiego uogólnienia co do „protestanckich” doktryn i etyki.

Mit #1. Protestantyzm głosił konieczność zdobywania bogactwa.

Zarzut ten można poniekąd wyprowadzić z tezy Webera. Jeżeli głównym znakiem wybrania jest sukces gospodarczy, to celem życia protestanta powinno być dążenie do takiego sukcesu. Zgodnie z takim rozumowaniem nauczanie reformacji zostaje sprowadzone do czegoś w rodzaju znanej nam współcześnie ewangelii sukcesu, w której siła i prawdziwość wiary muszą być potwierdzone obecnością w życiu zdrowia i bogactwa.

Należy tutaj jasno stwierdzić – reformatorzy nie uważali, że każdy człowiek wierzący będzie koniecznie cieszył się materialnym bogactwem. Nie uważali też posiadania bogactwa za cnotę samą w sobie. Kalwin uznawał, że wśród wierzących będą zarówno bogaci, jak i biedni – przy czym obydwie grupy powinny zaakceptować pozycje, w których Bóg je aktualnie postawił, i pracować z takim samym zapałem dla swojego powołania (10).

To właśnie na powołanie reformacja kładła nacisk. Reformatorzy, jak zostało już wspomniane, przestali uważać pracę za neutralną. Chrześcijanin według Kalwina został powołany do działania w świecie, nie do izolowania się od niego. Wiara nie może pozostać ograniczona do sfery duchowości, ale powinna być praktycznie wyrażana w każdej dziedzinie życia (11). Ponieważ cały świat został stworzony przez Boga i znajduje się pod jego panowaniem, każda sfera ludzkiej aktywności pozwala człowiekowi na kontemplację Stwórcy i oddawanie mu czci (12).

W tym sensie, jak pisze w swoich rozważaniach na ten temat teolog Alister McGrath: Kalwinizm uczynił sukces gospodarczy szanowanym poprzez głoszenie, że cnoty, które za nim stały – takie jak gospodarność, skromność i dyscyplina – były akceptowalne w Bożych oczach (13). Wierna praca przy realizacji swojego powołania w zawodzie, oszczędność i wstrzemięźliwość były dla reformatorów owocami, które w konieczny sposób muszą cechować życie człowieka zbawionego. Chodziło więc nie tyle o sukces gospodarczy – który mógł nadejść lub nie nadejść, ale postawę, która dąży do posłuszeństwa Bogu w codziennych zadaniach. Posłuszeństwo jest owocem wiary, niezależnie od tego czy zostanie pobłogosławione sukcesem.

Nie oznaczało to jednak, że człowiek ma być bierny w swojej sytuacji życiowej i nie pomnażać tego, co już zostało mu dane. Powinien natomiast czynić to uczciwie, zgodnie z prawem, motywowany nie pragnieniem zysku, ale przyniesienia chwały swojemu Stwórcy, pamiętając, że pomyślność wszelkich jego wysiłków zależy od woli Boga (14). Kalwin sprzeciwiłby się więc pewnie koncepcji self-made man, który zawdzięcza swój sukces wyłącznie sobie, lub sile własnej wiary, a nie Bogu.

Mit #2. Reformacyjna etyka pracy propagowała indywidualizm.

Nacisk protestanckiej doktryny na indywidualność relacji jednostki ze Stwórcą w kwestii zbawienia, nieuznającej pośrednictwa Kościoła ani świętych, bywa przez wielu uznawany za jedno ze źródeł zachodniego indywidualizmu. Także i teza Webera kładzie silny nacisk na wyizolowaną jednostkę, która nie znajdując pewności i oparcia ani w rytuale, ani w drugim człowieku, zmuszona jest samotnie poszukiwać potwierdzenia swojego zbawienia. Wyłania się więc z tego obraz religijnego, a w konsekwencji gospodarczego indywidualizmu.

Należy przy tym zaznaczyć, że Weber nie utożsamiał indywidualizmu z brakiem społecznego zaangażowania – jednak motywy takiego zaangażowania nigdy nie były według niego czysto uczuciowe i skierowane na drugiego człowieka. Zawsze były częścią dążenia do pełnej racjonalizacji świata, podporządkowania całej rzeczywistości boskim prawom (15). Indywidualizmowi temu towarzyszyła również doza nieufności wobec innych, a nawet zalecenie, by angażować się w relacje z innymi tylko na tyle, na ile należy, uważając, by nie przerodziły się one w grzeszne ubóstwianie stworzenia zamiast Stwórcy (16).

A jak spostrzeżenia Webera mają się do przekonań reformatorów? Choć niewątpliwie silny nacisk kładziony jest na indywidualny wymiar posłuszeństwa wobec Boga, to równie intensywnie podkreślany bywa jego wymiar wspólnotowy. Żaden człowiek nie jest według Kalwina samowystarczalny ani nie został stworzony dla siebie samego (17). Celem pracy nie jest gromadzenie zysków, ale służenie Bogu poprzez służenie innym wierzącym i społeczeństwu (18). Praktykę taką akcentował sam Kalwin w Genewie. Podział pracy widział jako przejaw solidarności wspólnoty, której członkowie służą sobie nawzajem. Jak napisał David Wells: Celem pracy, innymi słowy, nie była ani folgująca sobie akumulacja zysków, ani nawet satysfakcja z samej pracy (choć mogła się ona pojawić), ale raczej użyteczność dla innych. I gdy wspólnota cieszy się z zazębiania się powołań, każde z których niesie wartości chrześcijańskiego znaczenia i moralności w służbie innym, wspólnocie tej powodzi się dobrze, a Bogu przynoszona jest cześć (19).

To nie wolność jednostki do gromadzenia zysków jest więc najistotniejsza, lecz urzeczywistnianie Bożego porządku stworzenia. Za niedopuszczalne zresztą uważane było gromadzenie zysków z pogwałceniem biblijnego kodu moralnego, poprzez wyzysk, oraz z krzywdą dla innych (20). Zbawiająca łaska nie wyzwala człowieka bowiem spod Bożego panowania, pozwala mu raczej na świadome zajęcie przypisanego sobie miejsca w Bożym świecie, a więc także w konkretnej sieci relacji, w lokalnej wspólnocie. Często zarzuca się protestantyzmowi pozbawienie relacji „ludzkiego”, spontanicznego charakteru, poprzez stawianie ich zawsze w kontekście najważniejszej Relacji jednostki ze Stwórcą. Według Webera stają się one wskutek tego bezosobowe, poddane raczej prawom niż naturalnym uczuciom (21). Jednak czy relacje faktycznie przestają być „ludzkie”, kiedy kultywowane są przez pryzmat dążenia do posłuszeństwa Bogu? Wręcz przeciwnie. Dopiero wtedy stają się takimi, jakie powinny być zgodnie z zamysłem Stwórcy.

Jednostka jest więc osadzona we wspólnocie. Ponieważ zaś natura zbawionego człowieka pozostaje grzeszna, to potrzebuje on zewnętrznego wsparcia w ćwiczeniu się w posłuszeństwie Stwórcy. Przykładem takiej pomocy była m.in. interwencyjna działalność konsystorza w Genewie Kalwina, która regulowała aktywność gospodarczą mieszkańców, zajmując się takimi problemami jak np. oszustwo handlowe, zawyżanie cen oraz udzielanie pożyczek na procent wyższy niż dozwolony (22). Nauczanie reformatorów, szczególnie Kalwina, było więc dalekie od propagowania indywidualizmu.

Finalnie – co z tego?

Z naszych rozważań wyłania się więc obraz odmienny od powszechnie funkcjonujących stereotypów  – w którym praca jednostki podporządkowana jest biblijnym zasadom moralnym oraz nakierowana na oddawanie czci Stwórcy. Jak możemy odnieść ten obraz do szerszego pytania o relację protestantyzmu i kapitalizmu, zwłaszcza że późniejsza praktyka niekoniecznie odzwierciedlała nauczanie reformatorów? Tym pytaniem chciałabym zając w kolejnych tekstach. 

Konfrontowanie mitów na temat reformacyjnej doktryny i praktyki jest ważne. Istotna jest również rzetelność w dyskusjach o relacji między protestantyzmem i kapitalizmem. Jednak niezależnie od wniosków, do jakich w tych dyskusjach dojdziemy, musimy pamiętać o czymś właściwie oczywistym – o tym, że wartość naszej wiary nie jest od nich zależna. Tak, prawdziwe chrześcijaństwo będzie niewątpliwie miało pozytywne społeczne oddziaływanie – ale nie to jest wyznacznikiem jego wartości. Co więcej – historia chrześcijaństwa to dzieje ludzi zbawionych, ale wciąż grzeszących, dążących do oddania chwały Bogu, ale nieraz upadających na tej ścieżce. Przede wszystkim jednak jest ona realizacją woli Boga, używającego tychże ludzi do wypełnienia Jego doskonałego zamysłu. Świadomość tego powinna być wyzwalająca dla naszych refleksji. Myślę, że jest nam łatwo, jako ludziom wierzącym, chwytać się każdej teorii lub dowodu, sprzyjającego naszemu obrazowi transformującego świat chrześcijaństwa. Nie negując jego roli jako takiego, pamiętajmy, by strzec się przy tym nadmiernego upraszczania historii na nasze potrzeby. Nasza wiara nie ucierpi, nawet jeżeli miałoby się okazać, że kluczowym w ukształtowaniu nowoczesnego kapitalizmu było środowisko północnowłoskich miast późnego średniowiecza, a nie siedemnastowiecznej purytańskiej Anglii. I podczas gdy powinniśmy za wszelką cenę dążyć do rzetelności, zarówno w przedstawianiu głoszonych doktryn, jak i historycznych realiów, nie traćmy z oczu tej najistotniejszej prawdy: że nasza wiara, choć jak najbardziej zakorzeniona w historii, jest przede wszystkim zakorzeniona w Ewangelii i ponadczasowych realiach życia, śmierci i zmartwychwstania Jezusa Chrystusa.

W to wierzyli reformatorzy. To było fundamentem ich nauczania o pracy i powołaniu. To leżało u podstaw ich pragnienia, by działanie wierzącego w każdej sferze życia przynosiło chwałę Stwórcy.  I niezależnie od tego, w jakim stopniu przyczyniło się to do rozwoju kapitalizmu – ich zalecenia w tym względzie są godne przyswojenia i praktykowania. Reformatorzy nie postrzegali bowiem ciężkiej pracy ani realizacji powołania jako wartości samych w sobie – ale jako sposoby okazania kochającego posłuszeństwa Stwórcy i Panu rzeczywistości, i oddania mu przez to chwały.


(1) H. Joas, M. Jędrzejek, Max Weber nie miał racji, [online], [dostęp: 25 września 2020], dostępny w internecie: https://www.miesiecznik.znak.com.pl/max-weber-nie-mial-racji/.

(2) M. Weber, Etyka protestancka i duch kapitalizmu, Warszawa 2015, s. 113.

(3) Tamże, s. 111 – 112.

(4) Tamże, s. 103.

(5) Tamże.

(6) Tamże, s. 120 – 121.

(7) Tamże, s. 175 – 176.

(8) Tamże, s. 177.

(9) Tamże, s. 116.

(10) J. Calvin, Calvin: Institutes of the Christian Religion 1&2, Philadelphia 1960, s. 409.

(11) Tamże, s. 724 – 725.

(12) R. D. Knudsen, Calvinism as a Cultural Force, [w:] John Calvin: His Influence in the Western World, red. W. Stanford Reid, Grand Rapids 1982, s. 19.

(13) A. McGrath, Calvin and the Christian Calling, [online], [dostęp: 25 września 2020], dostępny w internecie: https://www.firstthings.com/article/1999/06/calvin-and-the-christian-calling.

(14) J. Calvin, Calvin: Institutes of the Christian Religion 1&2, s. 409 – 411.

(15) M. Weber, Etyka protestancka i duch kapitalizmu, s. 226.

(16) Tamże, s. 227.

(17) D. H. Eaton, The Economists of the Reformation: An Overview of Reformation Teaching Concerning Work, Wealth, and Interest, “SAGE Open” 2013, July-September, s. 5.

(18) J. Calvin, Commentary on a Harmony of the Evangelists, Matthew, Mark, and Luke Vol. 2, Edinburgh 1845, s. 143.

(19) D. Wells, No Place for Truth or Whatever Happened to Evangelical Theology, Leicester 1993, s. 149.

(20) J. Calvin, Calvin: Institutes of the Christian Religion 1, s. 408 – 409.

(21) M. Weber, Etyka protestancka i duch kapitalizmu, s. 228.

(22) M. Valeri, Religion, Discipline, and the Economy in Calvin’s Geneva, “The Sixteenth Century Journal” 1997, vol. 28, no. 1, s. 128.


Internetowa pycha, czyli chrześcijański “mój bój jest lepszy niż Twój”

Powinnam być zadowolona z siebie, że podjęłam się napisania tekstu na ten temat, prawda? Czyż nas wszystkich nie drażnią chrześcijanie, którzy wszczynają spory, publikują prowokacyjne posty oraz podburzają innych wierzących? Czyż nie jest to wręcz niesmaczne, kiedy bombardują portale społecznościowe swoją nierzetelną wiedzą wyssaną z palca, niespójną doktryną oraz uszczypliwie irracjonalną argumentacją? Na szczęście teraz razem – Ty i ja – możemy w końcu przybrać barwy wojenne i pluskać się w naszym wspólnie napompowanym baseniku pogardy dla tego typu zachowań. Bo przecież takie działanie w Internecie nie przynosi Bogu chwały, więc zasługuje na subtelne szyderstwo. Przecież chodzi o dobro tych ludzi. To z troski. Chwilę pośmiać się można. 

Tylko, że pisząc to, wcale nie jest mi do śmiechu. Mam nadzieję, że jako Czytelnik wyłapałeś moją ironię i domyślasz się, że nie pochwalam sposobu myślenia opisanego powyżej. Jest z nim nie w porządku krótko mówiąc – wszystko. 

W jednej ze swoich książek C.S. Lewis nazwał pychę przywarą, od której nie jest wolny żaden człowiek na świecie (1). Stwierdził także, że im więcej mamy jej w sobie, tym bardziej drażni nas ona u innych. Więc nie chcę być dumna z tego tekstu i nie chcę by był on policzkiem wymierzonym osobom, u których zdaje się, że widzę problem. I do tego samego zachęcam Ciebie. Zamiast czytać ten post z myślą kto powinien go przeczytać, zastanówmy się czy my nie powinniśmy.

Przez ostatni rok, w ramach studiów, zajmowałam się analizą wypowiedzi protestantów w Internecie. I chociaż to w tematyce okołowyborczej poruszałam się najczęściej i najwięcej czasu poświęciłam forom dyskusyjnym – myślę, że możliwe jest zaobserwowanie pewnych ogólnych, internetowych (nie)prawidłowości, których to jako wierzący powinniśmy się bardziej wstydzić niż nimi szczycić. Mimo, że ten post nie będzie o polityce, pośrednio dotyczy także komunikacji nas chrześcijan o polityce, o koronawirusie, o dzielących nas różnicach, stosowanych praktykach, sytuacjach dnia codziennego, o wszystkim. 

Potraktujmy więc pychę jako problem każdego –  problem dość kompleksowy, często subtelnie zakryty, a jakże wycieńczający i wyniszczający. A konkretniej – zajmijmy się jego internetową odsłoną, dostrzegalną na Facebookowych osiach czasu czy Twitterowym feedzie.

Czym jest komunikacja i dlaczego Internet ją komplikuje

Nie od dziś wiadomo, że ludzie się komunikują, a wokół tego faktu narosło wiele definicji i teorii. Według jednej z nich, komunikacja to proces organizowania wiadomości w celu stworzenia znaczenia. Składa się na nią więc nie tylko treść komunikatów, ale także organizacja treści wedle jakiejś struktury. Koordynowanie i przetwarzanie wiadomości jest także efektem doboru pewnych środków i narzędzi. Niekiedy to właśnie te wszystkie kwestie poboczne wpływają znacząco na interpretację wiadomości – czyli na to jak zostaną one rozpoznane lub zrozumiane. Najpopularniejszą z definicji komunikacji jest założenie, że jest to proces kodowania i dekodowania wiadomości (2).

Dlaczego o tym piszę? Po pierwsze, dlatego, że komunikacja jest czymś niezwykłym i w pewien sposób zachwyca mnie jej złożoność. Sam Bóg w pewien sposób także zdecydował się z nami skomunikować w konkretny sposób, co jest niesamowite (Hebr 1:1-2). Dał nam również możliwość mówienia do Siebie poprzez modlitwę oraz obcowania ze Swoim Słowem. Po drugie, piszę o tym, by wskazać, że komunikacja to bardzo złożony proces, a Internet jest dość specyficznym środowiskiem  – z jednej strony posiada wiele zalet, z drugiej – generuje problemy.

Nie chcę wchodzić zbyt głęboko w teorię, jednak uważam za istotne zaznaczyć, że Internet charakteryzuje się ogromnym potencjałem komunikacyjnym zarówno w kontaktach interpersonalnych, jak i w możliwościach publikowania treści dostępnych dla szerokiego grona odbiorców. Umożliwia także szybkie, spontaniczne i dostępne na wyciągnięcie ręki prowadzenie debat wszystkich ze wszystkimi, skraca dystanse, jednoczy ludzi o podobnych zainteresowaniach na całej kuli ziemskiej. Taki stan rzeczy ma swoje znaczące plusy, ale też obarczony jest ryzykiem – również dla nas, chrześcijan. W końcu mamy być dla tego świata światłem, pytanie tylko co ustanowimy jego źródłem. 

Niektórzy teoretycy zwracają uwagę na to, że w dyskusjach internetowych dysponujemy względnie nieograniczonym czasem na wyrażenie własnej opinii oraz odpisanie swoim oponentom (3). Możemy – jeśli chcemy oczywiście – dzięki temu precyzyjnie formułować swoje myśli. Równocześnie, pomimo takiej możliwości, skrywając się za klawiatura łatwiej jest być impulsywnym. Łatwiej również nadinterpretować czyjeś słowa bądź zakładać o czyichś niecnych zamiarach. Trudniej obserwować stan rozmówcy, gdyż jego mowa ciała i intonacja głosu pozostają jedynie w fazie naszej spekulacji. O wiele łatwiej poddać tych, którzy się z nami nie zgadzają pod nasz samosprawiedliwy osąd, o wiele prościej jest zasłaniać się dobrymi intencjami w napisaniu kilku nieuprzejmych słów za wiele, chcąc wyprowadzić kogoś z błędu. Zresztą, wystarczy spojrzeć do Przypowieści Salomona, bo chociaż Internet zdaje się potęgować intensywność takich zachowań, tak naprawdę nie ma tu nic nowego pod słońcem (Koh 1:9), gdyż od dawna wiadome jest, że komunikacja międzyludzka idzie w parze z wieloma problemami (np. Przyp 10:19, 18:6-7, 18:21).

Jeżeli zatrzymalibyśmy się w tym miejscu, można by stwierdzić, że po prostu w Internecie trzeba uważać na to, co się pisze i starać się nie osądzać innych zbyt pochopnie. I myślę, że są to słuszne wnioski. Jednak wydaje mi się, że pycha internetowa sięga o wiele głębiej niż sami jesteśmy skorzy to przyznać. Chciałabym zwrócić szczególną uwagę na jej trzy przejawy.

Ekskluzywna selekcja

Kojarzysz posty tego znajomego, który codziennie wrzuca słabej jakości chrześcijańskie grafiki? Pewnie trochę Ci go żal, a trochę Cię bawi archaiczna estetyka. Przypominasz sobie tę grupę na Facebooku, gdzie ludzie dzielą się banalnymi tekstami? Niby w porządku, ale jakieś to takie… Trywialne? Poniżej Twojej godności intelektualnej? 

Wyrożniłabym dwa rodzaje selekcji. Pierwszy z nich jest dobry – polega na rozeznaniu się w obiektywnej wartości danej rzeczy i zdecydowaniu o prymacie jednej rzeczy nad drugą oraz na nie skupianiu się na tym, co wadliwe. Jeżeli porównujemy ze sobą dwa utwory muzyczne, gdzie w jednym mamy do czynienia z brakiem harmonii, a ogólna jakość nagrania pozostawia wiele do życzenia, nie ma nic złego w wyborze tego, co jest po prostu lepiej przygotowane, spójniejsze, głębsze bądź przemawia o talencie czy po prostu kunszcie. I o ile przy wyborze muzyki finalnie decyduje nasz gust, o tyle w przypadku treści chrześcijańskich, powinna decydować tu zgodność publikowanej treści ze Słowem Bożym – oddana w przynoszący Bogu chwałę sposób.

Problem pojawia się, kiedy selekcja przyjmuje charakter skrajnie ekskluzywny. Słuchasz tylko jednego kaznodziei, a na innych nie chcesz nawet spojrzeć, bo z zasady wiesz, że są nic nie warci? Uważasz, że jedynie w Twoim środowisku na świat patrzy się we właściwy sposób i nawet nie chcesz uważnie wysłuchać drugiej strony? Należy jasno podkreślić – krytyka ekskluzywnej selekcji nie jest pochwałą dla relatywizmu i wspólnego złapania się za ręce by odśpiewać Imagine Johna Lennona. Jednak gloryfikacja własnego podwórka to nadal jedynie gloryfikacja podwórka, a nie Tego, kto rzeczywiście na chwałę zasługuje.

I jeżeli w głębi serca wiemy, że szydzimy z czyjegoś braku logiki, z czyjegoś ograniczonego poznania, czy z faktu, że postuje proste treści, a nie skomplikowane eseje – choćbyśmy mieli najlepszych nauczycieli, byli w najzdrowszym kościele, obserwowali najbiblijniejsze fanpejdże i słuchali najwartościowszych kazań – nasza pycha obdziera Boga z Jego chwały, a uwielbiony przez nas panteon złożony z ulubionych kaznodziejów tylko pogarsza sprawę. 

Bezrefleksyjna polaryzacja

Od jakiegoś czasu bardzo martwi mnie jak łatwo jest podzielić chrześcijan w Internecie na pół. Wystarczy niczym przynętę zarzucić wędkę z jakąś kontrowersją bądź problemem z dużą dozą niepewności, a całkiem prawdopodobne jest, że jedni z nas będą pro, a drudzy anty, jedni będą udostępniać w Internecie grafiki i posty o zaczepnym charakterze, aby ci drudzy na nie odpowiadali. Posypią się dane przeciwko wykresom, specjaliści przeciwko ekspertom, kompetencje przeciwko tytułom i wersety przeciwko fragmentom. A co najsmutniejsze – przedstawiciele obu stron konfliktu stwierdzą, że robią to, aby bronić Prawdy i uratować zabłąkane owieczki, potem rozsyłając screeny wypowiedzi tychże owieczek swoim sojusznikom, żeby wspólnie się z nich pośmiać.

Nie uważam, że obrona swojego stanowiska czy też w ogóle debata internetowa o zasadności stanowisk są złe same w sobie. Wręcz przeciwnie – mocno stoję za tym, żeby dyskutować o kwestiach spornych i nie bać się konfrontacji (opartej na dialogu i wzajemnym szacunku oczywiście). Jednak wszystko zależy od motywacji serca oraz od ilości energii, jaką temu poświęcamy. Przykre byłoby chociażby dyskutować cały dzień o zasadności czy bezzasadności lockdownu i nie mieć czasu na modlitwę, prawda? W końcu nawet o ludzi z odmiennym zdaniem, powinniśmy się modlić.

Amerykański politolog Nolan McCarty podaje, że możliwość selektywnego wyboru w ramach konsumpcji mediów, pozwala ich użytkownikom zagłębiać się w poszczególne poziomy selektywnej ekspozycji, równocześnie ukrywając się przed wszelkimi informacjami niezgodnymi z ukształtowanymi wcześniej poglądami (4).Oznacza to, iż bardzo łatwo jest zagnieździć się w internetowej bańce informacyjnej i otoczyć ludźmi, którzy będą nam przyklaskiwać. Jeżeli dodamy do tego pychę, może to prowadzić to do bezrefleksyjnej polaryzacji – przestanie chodzić o Prawdę, a zacznie o prymat mojej racji nad racją kogoś innego. Lewis pisze, że pycha z natury dąży do konkurencji, kiedy to inne grzechy są konkurencyjne niejako przypadkowo (5). Pojawiają się stronnictwa, a chrześcijanie dzielą się na dwa fronty. I niestety, tam gdzie spory i palące tematy zastępcze, często pojawia się też bagatelizacja i brak czasu na głoszenie Ewangelii.

Subtelna demonizacja

Zastanawiasz się czasem, czy ktoś głosi pogląd inny niż Twój złośliwie, aby podburzać wierzących i przy okazji zrobić Ci na złość? Być może ktoś napisał pod Twoim postem rzecz tak głupią, że wręcz zacząłeś się zastanawiać czy nie robi tego specjalnie, żeby intencjonalnie Cię zaatakować?

Owszem, są tacy ludzie. I nie uważam, że naszym zadaniem jest podkulić ogon i wszystkich usprawiedliwiać. Grzech należy nazywać grzechem, przemoc przemocą – choćby była ona słowna, a grzech subtelny. Prawdy należy bronić zawsze, niekiedy otwarcie, stanowczo i bez owijania w bawełnę. Jednak często łatwo jest przykleić komuś naklejkę arcywroga zbyt wcześnie, na skutek nieporozumienia lub własnej, wadliwej interpretacji czyichś słów. A im bardziej jesteśmy przekonani o nieomylności własnego ego, tym bardziej będziemy widzieć w innych, niezgadzających się z nami osobach, swoje naturalne nemesis.

Miłość do bliźniego jest też w pewnym sensie szczerą nadzieją na to, że robi coś mając dobre intencje. Oczywiście, nie wyklucza to zdrowego, krytycznego spojrzenia na sprawę. Nie można usprawiedliwiać dobrymi chęciami wszystkiego. Jeżeli czyjeś zachowanie w sieci zasługuje na napomnienie, jak najbardziej możemy to zrobić, istnieje jednak różnica pomiędzy samosprawiedliwym wieszaniem grzeszników na wirtualnych szubienicach, a zwróceniem komuś uwagi prywatnie. Zdarza się, że należy powiedzieć prawdę, która choć boli, jest konieczna. Jednak wraz z tą prawdą, powinna iść szczera nadzieja na to, że z duszą danej osobą nie jest aż tak źle jak nam się subiektywnie wydaje. Powinniśmy motywować to troską oraz szczerą gotowością do pamiętania o tej osobie w swoich modlitwach.

Specyfika kanału komunikacji nas nie usprawiedliwia

Pewnie znajdą się i tacy, którzy stwierdzą, że cel uświęca środki i skoro Internet jest jaki jest, trzeba stanąć odważnie na froncie i walczyć na jego zasadach. Ekskluzywna selekcja? Trudno, przecież portale społecznościowe same tworzą bańki informacyjne i tak już jest, że my przeglądamy te wartościowe rzeczy, a reszta te mniej wartościowe. Polaryzacja? Tak już bywa, więc skoro nie da się tego uniknąć, ważne by stać po lepszej stronie. Demonizacja osób, które się z nami nie zgadzają? Cóż, może czasem lepiej założyć, że jest się pod ostrzałem niż dać sobie odciąć lub wejść na głowę. W końcu to wszystko po to, żeby ochronić tych, którzy mogą dać się nabrać…

Wszystko co jest nie tak w takim sposobie myślenia ma to samo sedno. Często zachowujemy się tak jakbyśmy chcieli walczyć o Boga i Prawdę nie tak jak On tego chce, tylko na własnych zasadach. Potrafimy się usprawiedliwiać, sądząc, że toczymy dobry bój. Jesteśmy zdolni w ułamku sekundy wytknąć komuś błąd, a znalezienie belki we własnym oku zostawiamy sobie na później. Zaś Internet, dając nam szerokie pole do własnego samostanowienia, tylko nam to ułatwia.

Szacunek, empatia czy pokojowe podejście do dyskusji internetowych nie oznaczają bezgranicznych kompromisów i pobłażliwości dla treści bluźnierczych czy po prostu nieprawdziwych. Jednak cel w tym przypadku nie uświęca środków, a na pewno nie uświęca pychy. Dbajmy więc o nasze sumienia i o to, żeby nasze dyskusje internetowe, profile na portalach społecznościowych czy komentarze były świadectwem chrześcijańskiej troski wynikającej z głoszonej przez nas Ewangelii. I pamiętajmy, żeby mniej walczyć o własne racje na własnych warunkach, a więcej o Prawdę tak jak Bóg by sobie tego życzył. 

Natomiast Pana, Chrystusa, poświęcajcie w waszych sercach, zawsze gotowi do obrony przed każdym, kto domaga się od was zdania sprawy z nadziei, która jest w was, czyńcie to jednak z łagodnością i bojaźnią, mając dobre sumienie, aby w tym, w czym jesteście obmawiani zawstydzeni byli ci, którzy znieważają wasze dobre postępowanie w Chrystusie. Lepiej bowiem – jeśli taka jest wola Boża – cierpieć za czynienie dobra niż za czynienie zła. (1 P 3:15-17) (6)

Nie dajmy więc pysze niszczyć naszych charakterów i kształtować naszego ego. Gdyż człowiek pyszny zawsze patrzy na wszystko z góry – a dopóki patrzysz na z góry, nie możesz zobaczyć czegoś, co jest nad tobą (7).


  1. C.S. Lewis, Wielki grzech, w: Chrześcijaństwo po prostu, Poznań 2002.
  2. J. K. Barge, S.P. Morreale, B.H. Spitzberg, Wprowadzenie do komunikacji w: Komunikacja między ludźmi, Warszawa 2012.
  3. Wyrwas K., Kilka uwag o dyskusji na forum internetowym w: Dialog a nowe media, Katowice 2004.
  4. N. McCarty, What are the causes of polarization? w: Polarization: what everyone needs to know, 2019.
  5. C.S. Lewis, dz. cyt.
  6. Biblia to jest Pismo Święte Starego i Nowego Przymierza: przekład dosłowny z języka hebrajskiego, aramejskiego i greckiego, z przypisami, Poznań-Tarnobrzeg 2019; wszystkie ustępy biblijne przytaczane są właśnie w tym tłumaczeniu.
  7. C.S. Lewis, dz.cyt.


Wybieram więc jestem? O chrześcijańskiej tożsamości w kulturze pełnej sprzeczności

Chyba trudno dziś o pytanie bardziej istotne, a jednocześnie bardziej konfliktogenne niż pytanie o tożsamość.

Obserwacja aktualnych trendów pozwala dostrzec dwa charakterystyczne sposoby jej postrzegania. Z jednej strony mówi się o niej jako o czymś stosunkowo stałym i niezmiennym, czego należy szukać, i co można znaleźć. Z drugiej strony widziana jest jako przedmiot naszego całkowicie subiektywnego wyboru, środek manifestacji niczym nieograniczonej wolności ludzkiej. Te dwa czynniki łączą się i kształtują dyskurs naszych czasów – w których desperackie pragnienie „odnalezienia” prawdziwego siebie współistnieje z przekonaniem, że nie ma właściwie niczego do odnalezienia – bo żadne obiektywne prawdy na temat ludzkiej natury nie istnieją. Te dwie narracje, choć sprzeczne w swoich fundamentalnych założeniach, przewijają się nieustannie w wielu współczesnych debatach moralnych.

Kultura wyboru

W postmodernistycznym ujęciu tożsamość jednostki jest wypadkową nieustannie zmieniających się czynników wewnętrznych i zewnętrznych – środowiska, wychowania, kręgu znajomych, doświadczeń, emocji, rynku, mediów, a nawet każdej pojedynczej sytuacji. Według socjologa Zygmunta Baumana, „poszukiwanie tożsamości jest nieustanną próbą zatrzymania lub choćby spowolnienia biegu tego strumienia, zestalenia tego, co płynne, nadania formy temu, co bezforemne”(1).

Niektórzy w tym podejściu do tożsamości idą nawet dalej, negując samo jej istnienie. Skoro wszystko się zmienia, i dziś nie jestem już osobą, którą byłam 3 lata, 8 miesięcy, 2 dni, czy nawet 2 godziny temu, to gdzie właściwie jest moje „ja”? Jeżeli moje zwyczaje i poglądy są w dużej mierze zbudowane na tym, co zaobserwowałam i usłyszałam od innych na różnych etapach mojego życia, to czy istnieje cokolwiek prawdziwie „mojego”? Czy jeżeli każdy moment życia wymaga ode mnie dostosowania się do konkretnej społecznej sytuacji i przez to zmodyfikowania mojego zachowania, to czy to „ja” naprawdę istnieje?

Ponieważ więc świat się nieustannie zmienia i brak jakichkolwiek podstaw do zdefiniowania natury ludzkiej, głównym fundamentem tożsamości w naszej kulturze staje się wybór. Wybór zapewnia pozór spójności i wnosi tymczasowy porządek do chaotycznej rzeczywistości. Jeżeli jestem faktycznie produktem mojego otoczenia i zlepkiem wpływu innych, to jedyną moją nadzieją i ostatnią deską ratunku jest podjęcie jakiegoś aktu niezależności. Ten akt wyboru stał się dziś wartością samą w sobie, czymś wręcz świętym i nienaruszalnym. Suwerenni i silni, bierzemy płynną rzeczywistość w swoje ręce i stajemy się kowalami własnego losu. Jak pisze Bauman, „najprostszym sposobem zaspokojenia tożsamościowych marzeń i fantazji staje się możność „nabycia” tożsamości, autentyczna lub tylko wydumana konsumencka wolność wyboru własnej tożsamości i używania jej nie krócej i nie dłużej, jak to potrzebne”(2).

Jednak nie wystarczy jeden wybór. Potrzebne są tysiące. Budowa tożsamości wymaga wysiłku. Liczba opcji jest nieskończona. Dlatego też wszystko dziś powinno dać się spersonalizować i dostosować do naszych indywidualnych preferencji – od ubrań, kawy i seriali na Netflixie, po płeć i przekonania religijne. Te wybory stają się szansą potwierdzenia wobec innych naszej tożsamości, a także odnalezienia, choć tymczasowo, fundamentu w obliczu nieustannych zmian. Jednak w tym chaosie, w którym ciągle jesteśmy zmuszeni do kreowania siebie samych, tożsamość staje się męczącym teatrzykiem, który musimy odgrywać przed wymagającą publicznością.

Poszukiwanie fundamentu

Spójrzmy teraz na drugą stronę medalu. Choć nasza kultura otwarcie celebruje relatywizm i w zadeklarowany sposób odrzuca istnienie „ludzkiej natury”, to wciąż funkcjonują w niej różnorodne narracje o tym, jaki człowiek jest. Słyszymy, że jest z natury dobry, że posiada niezbywalne prawa, że jest istotą społeczną, że jest produktem ewolucji, że jest wolny. Ale jak to? Czyżby mimo wszystko na temat tożsamości człowieka można było powiedzieć coś obiektywnie prawdziwego?

Wydaje się, że praktyczny postmodernizm, według którego nic trwałego o naturze ludzkiej powiedzieć nie można, jest po prostu zbyt trudny do zrealizowania. Zresztą człowiek nie został stworzony do takiego życia. Opisujemy rzeczywistość i wypowiadamy twierdzenia na jej temat, bo w głębi serca wiemy, że jest ona znacząca – że rządzi nią pewien sens i głębsza logika. Że człowiek nie jest po prostu konstruktem – ale że jest kimś niezależnie od swojego wyboru. Problem tkwi w tym, że człowiek nie szuka swojej tożsamości u jedynego źródła, u którego może ją znaleźć. Chce być kimś naprawdę, ale nie chce przyjąć diagnozy samego Boga. Wiązałoby się to bowiem z koniecznością przyznania, że istnieje Ktoś ponad nami, kto określa prawo moralne, i przed kim jesteśmy w związku z tym odpowiedzialni. A taka narracja, jak czytamy w 1 Liście do Koryntian 1:18, jest dla świata głupstwem.

Zniewolona grzechem i odrzucająca porządek Stwórcy jednostka nie będzie mogła odnaleźć „prawdziwego siebie”. Będzie skazana na nieustanne miotanie się między własnymi emocjami, preferencjami i decyzjami – nie zadawalając się ostatecznie żadnym wyborem, pragnąc stabilności, ale nie szukając jej tam, gdzie trzeba. Pogoń za tożsamością, cytując słowa Kaznodziei, także jest marnością i gonitwą za wiatrem (3).

Nieważne jak bardzo byśmy chcieli, nasz wybór nie może zmienić naszej najbardziej podstawowej natury – tej nadanej przez Boga w stworzeniu, a następnie skażonej grzechem w wyniku upadku Adama i Ewy. Możemy zmieniać nasze zachowanie i poglądy, dekonstruować wszystkie pojęcia, od moralności po płeć, przyjmować różnorodne światopoglądy i twierdzenia na temat rzeczywistości, ale esencja naszego człowieczeństwa pozostaje wywiedziona z Historii szerszej niż my sami, w której stoimy przed Bogiem jako byty stworzone, nie autonomiczni stwórcy. Jak napisał św. Augustyn: „Stworzyłeś nas bowiem jako skierowanych ku Tobie. I niespokojne jest serce nasze, dopóki w Tobie nie spocznie” (4).

Widzimy więc dwa krańce tożsamościowego spektrum. Po jednej stronie jest tożsamość-konstrukt, będąca produktem ludzkiego suwerennego wyboru, a po drugiej tożsamość obiektywna, niezbudowana jednak na fundamencie biblijnej prawdy o człowieku.

Jak jako chrześcijanie możemy odnaleźć się w tym swoistym labiryncie?

Tak oto stoimy, ale na czym?

Jako ludzie wierzący doświadczamy i uznajemy zmienność rzeczywistości. Z biegiem czasu zmieniają się nasze poglądy i preferencje. Zmieniamy się my sami – przeprowadzamy się, starzejemy, kształtowani różnorodnymi doświadczeniami, rośniemy w poznaniu Pana i w procesie uświęcenia. W tym wszystkim kluczowe jest uznanie, że ostoją tego, kim jesteśmy, nie jesteśmy my sami – ani nieustannie doświadczane przez nas zmiany. Podobnie i pewność naszego zbawienia nie tkwi w możliwości precyzyjnego przywołania jakiegoś momentu – bo przecież wspomnienia także ulegają zmianie. Pewność mojego zbawienia, jak i całej mojej tożsamości znajduje się nie we mnie, ale poza mną – w samym Bogu, który jest sprawcą i dokończycielem wiary.

To jest fundamentem chrześcijańskiego podejścia do tożsamości. Cytując apostoła Pawła, to w Bogu „żyjemy, poruszamy się i jesteśmy”. On, jako Stwórca „daje wszystkim życie i tchnienie i wszystko” (Dz 17:28). Tożsamość człowieka jest zakorzeniona w Bogu, na którego obraz został ukształtowany. Tak samo jak wynalazca decyduje o przeznaczeniu urządzenia, które skonstruował, tak samo nasz Stwórca zdecydował o tożsamości i celu istnienia człowieka, który jest dziełem Jego rąk. To On nadał mu znaczenie. Człowiek nie jest istotą statyczną, o czym wiemy już z pierwszych kart Biblii – ale jego podstawowa tożsamość została jasno zdefiniowana przez słowa Księgi Rodzaju 1:27: „Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz. Stworzył go na obraz Boga – stworzył ich jako mężczyznę i kobietę” (5).

Co stworzenie na Boży obraz mówi nam o tożsamości człowieka? Jak pisze pastor John Piper: „Bóg stworzył nas na swój obraz, abyśmy manifestowali, odzwierciedlali lub też wyrażali to, kim On jest; jak wielki jest i jakie są jego atrybuty. Zostałem stworzony jako lustro” (6). Celem stworzonego tak człowieka, jak czytamy w Konfesji Westminsterskiej, jest „chwalić Boga i radować się Nim na wieki”.

Wiemy jednak, że pierwsi ludzie upadli i miało to konsekwencje dla całego rodzaju ludzkiego – w liście do Rzymian 5:12 apostoł Paweł pisze: „Dlatego jak przez jednego człowieka wszedł na świat grzech, a jako skutek grzechu śmierć, tak też śmierć dotknęła wszystkich ludzi, ponieważ wszyscy zgrzeszyli”. W ludzką tożsamość wkroczył grzech. Bezpośrednią konsekwencją upadku jest odrzucenie autorytetu Bożego i nieoddanie mu czci jako Stwórcy i Prawodawcy, który ma prawo określać to kim jesteśmy i jak powinniśmy postępować. Człowiek zostaje oderwany od źródła swojej tożsamości. Świat ogarnia chaos.

Twardy grunt w płynnej rzeczywistości

Odwiecznym problemem człowieka od momentu upadku jest poszukiwanie „siebie” w oddzieleniu od Boga – w sobie, w otoczeniu, w pracy, w poglądach, rodzinie, religijności, a końcu także i we własnym subiektywnym wyborze. Jednak odnalezienie prawdziwego „ja” jest niemożliwe bez zaakceptowania Boga jako Stwórcy i Jego zamiaru dla stworzenia. Bez uznania, że ze względu na grzech nikt nie jest w stanie wypełnić Jego prawa i oddać Mu należnej chwały. Bez zwrócenia się do Niego z wiarą i prośbą o przebaczenie grzechów ze względu na ofiarę Jezusa Chrystusa na krzyżu. Dopiero człowiek, którego grzech został przebaczony, może powiedzieć, że stare przeminęło, że jest teraz nowym stworzeniem, częścią ludu przeznaczonego Bogu na własność (2 Kor 5:17, 1 P 2:9). To chrześcijaństwo pozwala człowiekowi uwolnić się z labiryntu poszukiwania „siebie”.

Dopiero człowiek, który uznał autorytet swojego Stwórcy, może być prawdziwie sobą.

Chrześcijaństwo nie określa więc naszej tożsamości w oparciu o żadnego rodzaju mistyczne doświadczenia, o subiektywne poczucie istnienia, o procesy myślowe, czy o jakiś nieuchwytny i niezmienny wewnętrzny głos, który towarzyszy nam przez całe życie. Określa je w oparciu o konkretne prawdy – że Bóg daje życie każdej, indywidualnej jednostce i zna ją dokładnie, a swoje dzieci uwalnia z mocy grzechu i czyni nowym stworzeniem w Chrystusie.

Źródło tożsamości chrześcijanina nie leży więc wyłącznie w nim samym. Tak, oczywiście, nasze myśli, uczucia i doświadczenia także współtworzą to kim jesteśmy. Jednak, w przeciwieństwie do słów Boga, te myśli i emocje bywają zmienne, nie zawsze godne zaufania, ukształtowane przez okoliczności. Nasze wspomnienia bywają niepewne, nasza percepcja zwodnicza. Próba odnalezienia prawdziwego siebie w tym płynnym labiryncie uczuć i wrażeń nie doprowadzi nas donikąd. Jak pisze C.S. Lewis: „Bez Niego na nic zdadzą się próby „bycia sobą” (…). To, co z dumą nazywam „sobą”, w rzeczywistości staje się wypadkową zdarzeń, których nie zapoczątkowałem i nie potrafię powstrzymać. To, co nazywam „swoimi marzeniami”, staje się jedynie pragnieniami i pożądaniami wytworzonymi przez mój fizyczny organizm lub wpompowanymi we mnie przez myśli innych, a nawet podsuniętymi przez szatana”(7).

Chrześcijańska tożsamość w pewnym sensie łączy dwa wspomniane wcześniej krańce tożsamościowego spektrum – będąc jednocześnie czymś stałym, jak i dynamicznym. Jest jasno określona – przez stworzenie, przez upadek w grzech, przez śmierć Chrystusa na krzyżu, przebaczenie grzechu, usprawiedliwienie, uświęcenie i pewność przyszłości w chwale. Jednocześnie jest dynamiczna – chrześcijanin, choć posiada już status świętego ze względu na Chrystusa, wciąż dorasta do wymiarów pełni Chrystusowej. Zdejmuje stare „ja”, zapiera się samego siebie, podporządkowuje się woli swojego Zbawiciela, oddaje mu całą chwałę i odrzuca grzech, który już go nie definiuje. W tym odnajduje cel, dla którego został stworzony. Doskonale podsumowują to słowa Lewisa:

„Twoje autentyczne, nowe „ja” (które należy do Chrystusa – tylko poprzez Niego do ciebie) nie pojawi się, dopóki go szukasz. Pojawi się, kiedy zaczniesz szukać Chrystusa (…). Oddaj samego siebie, a odnajdziesz swoje prawdziwe „ja”. Strać życie, a odnajdziesz je. Poddaj się śmierci, codziennej śmierci własnych ambicji i ulubionych pragnień, a na końcu również śmierci swojego ciała – oddaj każde włókno swojego istnienia, a odnajdziesz wieczne życie. Nic nie zatrzymuj dla siebie. Nic z tego, co sobie zatrzymasz, nie będzie naprawdę twoje. Nic, co w tobie naprawdę nie umarło, nie zostanie wskrzeszone z martwych. Szukając samego siebie, znajdziesz na końcu tylko nienawiść, samotność, rozpacz, gniew, ruinę i rozkład. Ale szukaj Chrystusa, a znajdziesz Go – a z nim zaś wszystko inne”(8).


  1. Zygmunt Bauman, Płynna nowoczesność, Kraków 2006
  2. Zygmunt Bauman, Płynna nowoczesność, Kraków 2006
  3. Peter J. Leithart, Solomon Among the Postmoderns, Grand Rapids 2008
  4. Augustyn z Hippony, Wyznania, Kraków 2009
  5. Biblia to jest Pismo Święte Starego i Nowego Przymierza: przekład z języka hebrajskiego, aramejskiego i greckiego, Poznań-Tarnobrzeg 2019wszystkie ustępy biblijne przytaczane są w tym właśnie tłumaczeniu.
  6. John Piper, What Does It Mean To Be Made In God’s Image, https://www.desiringgod.org/interviews/what-does-it-mean-to-be-made-in-gods-image (dostęp 17.03.2020)
  7. C.S. Lewis, Chrześcijaństwo po prostu, Kraków 2002
  8. C.S. Lewis, Chrześcijaństwo po prostu, Kraków 2002

W tym roku Wielkanoc będzie taka sama jak wszystkie poprzednie

I nie jest to wyraz mojej ignorancji dla zaistniałej rzeczywistości. To prosta dygresja.

Nie chcę powielać po raz kolejny narracji, że nasza rzeczywistość przez ostatnie tygodnie diametralnie się zmieniła. Wydaje mi się, że każdy z nas dostrzega chociaż fragmentarycznie fakt, że poza bezpośrednimi, dotyczącymi nas wszystkich ograniczeniami, nastrojom w kraju towarzyszy zagubienie z dużą dozą niepokoju. Na Internet ostatnimi czasy spadła istna lawina artykułów o tym, że Wielkanoc w 2020 roku będzie Wielkanocą, jakiej do tej pory nie znaliśmy. Że będzie odmienna, inna, odstająca od normy – lecz czym tak naprawdę jest ta “norma”?

Nikt nie neguje nadzwyczajności zaistniałej sytuacji pandemicznej – nie o to chodzi w tym tekście. Wspomniane przeze mnie artykuły – choć przede wszystkim odnoszące się do zarządzeń Kościoła Katolickiego – przepełnione są dość uniwersalnymi narracjami ludzkimi sugerującymi, że zachwiały się pewne stabilne ramy i tradycje – stanowiące oś, według której Wielkanoc odbywa się rokrocznie. Przywykliśmy do tego, że w materialnych przestrzeniach kościelnych odbywają się konkretne wydarzenia podczas których gromadzimy się w konkretnych celach. Przyzwyczailiśmy się także, że podczas świąt odwiedza się rodzinę, spożywa się razem tradycyjny zestaw potraw i idzie się na wiosenny spacer. To wszystko jest dla nas tradycją, bezpieczną normą, którą podsycamy zewsząd “wesołym Alleluja”.

Żeby to nie zostało źle odebrane – czas z bliskimi i gromadzenie się razem to piękne rzeczy, zwłaszcza jeśli Bóg jest w ich centrum. Uczestniczenie w uroczystych wydarzeniach też jest ważne. I ograniczenia przemieszczania się – nie ukrywajmy tego – trochę przeszkadzają w ich realizacji. Bardzo bym chciała być osobiście – fizycznie – na nabożeństwach, brać udział w rozmowach i w modlitwach. I naprawdę tęsknię za ludźmi, za społecznością i stawaniem (dosłownie) ramię w ramię, by oddać cześć Panu.

Nie pozwólmy jednak na to, by okresowa zmiana formy uczestnictwa we wspominaniu tak niezwykłego wydarzenia w historii jak śmierć i zmartwychwstanie Chrystusa, przesądziła o naszym osobistym zaangażowaniu w społeczność z Tym, który powinien się w tych dniach (i zawsze zresztą) liczyć dla nas najbardziej. W tym roku Wielkanoc pod tym względem będzie taka sama jak wszystkie poprzednie, ponieważ – po pierwsze – rolą tego święta jest przypomnieć nam Ewangelię, która jest wieczna, niezmienna i tak samo aktualna w szary dzień jak i w świąteczną niedzielę. Po drugie zaś – niezależnie od koronawirusa i obecnej pandemii, mamy dokładnie taki sam, grzeszny potencjał, by ten czas zaniedbać.

Zmieniają się okoliczności i przestrzeń, w których dane jest nam przebywać, ale Jezus Chrystus jest ten sam – wczoraj, dzisiaj i na wieki (Hebrajczyków 13:8).

Odmienne stają się praktyki dnia codziennego, bliscy wokół nas ograniczają się do tych, z którymi mieszkamy na co dzień – ale tak jak co roku, mamy wybór. Możemy ulec niezadowoleniu i stresowi związanemu z obecną sytuacją, denerwować się i narzekać – dokładnie tak samo jak podczas corocznych przygotowań. Dość łatwo jest także popaść w apatię, ze względu na kolejny, nudny dzień we własnym domu, bez możliwości wzbogacenia go jakimiś “atrakcjami” z zewnątrz. Możemy spędzić tegoroczną Wielkanoc w ogóle nie skupiając się na przesłaniu, jakie idzie za tym świętem, bądź traktując je pobieżnie, nie mogąc uwolnić się od trosk dnia codziennego. Czy na pewno zdążę wykonać całą pracę zdalną, jaką mi przysłano? Chyba mam prawo do odpoczynku i nierobienia absolutnie niczego? Kiedy to wszystko się skończy? Zresztą, w tym roku święta to nie to samo, prawda?

Nie. Jakoś tak mamy, że zawsze znajdziemy powód, żeby nie robić tego, co powinniśmy. A głęboko wierzę, że nadrzędnym priorytetem w tym czasie (oczywiście nie bagatelizując innych ważnych spraw) powinna być wdzięczność za łaskę Bożą i przeżywanie tego, co miało miejsce na krzyżu, nie tego, że zewsząd apeluje się o pozostanie w domach i wiąże się to z ograniczeniem naszej mobilności.

Zamiast więc spoglądać beznamiętnie w ekran scrollując po raz kolejny Facebooka czy usiłując nadrobić jak najwięcej materiału, który i tak przeglądamy z Netflixem w tle – skupmy się raczej na tym, jaka treść stoi za obchodami święta Wielkiej Nocy, a nie na obecnej formie egzystencji jaka została nam narzucona.

Za tym wszystkim kryje się konkretna historia i to ona jest tutaj najważniejsza – historia, stanowiąca o naszej pozycji przed Bogiem, bez której zasługiwalibyśmy na niechybną, duchową śmierć.

I nie martwmy się – Ten, którego obecność jest tutaj kluczowa, obiecał, że będzie przy nas zawsze, gdziekolwiek będziemy.

„A oto Ja jestem z wami po wszystkie dni aż do skończenia świata.” Mateusza 28:20b

Skoro tak się sprawy mają, nie poprzestawajmy na cichym i wymuszonym “wesołym Alleluja” wpatrując się z żałością za okno. Rozważajmy ogrom tego wydarzenia w sercach i niech nasze uwielbienie Boga będzie nie tyle “wesołe”, co przepełnione radością, zachwytem i wdzięcznością – prawdziwą i autentyczną. To, czego Jezus dokonał na krzyżu ma wieczne, konsekwentne skutki.

Wielkanoc w tym roku nie będzie przytłaczająco inna, jeżeli za jej centralny punkt uznamy wspominanie, wdzięczność i radość z okazanej nam łaski, która nie zmieni się za tydzień, miesiąc czy rok – ponieważ obietnice i prawdy Boże są wieczne.

“Gdyż zapłatą za grzech jest śmierć, lecz darem łaski Bożej jest życie wieczne w Chrystusie Jezusie, naszym Panu” Rzymian 6:23

Nie marnujmy więc czasu, w którym rozważamy i przypominamy sobie szczególnie o tym, co fundamentalne dla nas, jako chrześcijan. Dziękujmy Panu za to, czego dokonał na krzyżu – w sposób prawdziwy i szczery.


Wiara w czasach zarazy

Myślę, że każdy z nas chciałby, żeby wszystko wróciło do normy.

Nasza rzeczywistość w ciągu kilku krótkich tygodni zmieniła się nie do poznania. Opustoszały ulice. Wprowadzone przez rząd obostrzenia znacznie ograniczyły naszą swobodę przemieszczania się. Utkwiliśmy w domach, przed komputerami, bombardowani z każdej strony najnowszymi statystykami zachorowań i zgonów. Przed nami nieunikniony kryzys gospodarczy. Słyszymy o masowych zwolnieniach, a bezrobocie osiąga swoje wyżyny. Zewsząd otaczają nas spekulacje i wątpliwości. Czy państwo podoła czekającym je wyzwaniom? Czy koronawirus jesienią powróci ze wzmożoną siłą? Czy WHO zapewnia rzetelne informacje? Czy odbędą się wybory i jeśli tak, to jakie będą ich skutki dla polskiej sceny politycznej?

Musimy zmierzyć się z faktem, że nasza rzeczywistość nie będzie już taka sama. Oczywiście sytuacja może się z czasem ustabilizować, szczepionka położyć kres pandemii, a gospodarka zacząć powoli stawać na nogi. Wrócimy jednak do zmienionego świata, a skutki wstrząsów w naszej sferze bezpieczeństwa i przewidywalności będziemy odczuwać jeszcze długo.

Jak więc reagować, gdy dotkliwiej niż kiedykolwiek odczuwamy ograniczenia naszego człowieczeństwa, gdy ogarnia nas niepokój, a misternie układane plany wymykają się spod kontroli?

Wierzę, że jako chrześcijanie potrzebujemy świeżego spojrzenia na to, co leży u podstaw naszej wiary.

Wiara ufa, że Bóg wyznacza początek i koniec

Stoimy obecnie przed nieznaną przyszłością, która wymyka się przewidywaniom. Nie wiemy, kiedy skończy się era koronawirusa, kiedy ograniczenia w poruszaniu się zostaną zniesione, a chaotyczny świat będzie mógł wrócić do przysłowiowej normy. Wiemy, że konsekwencje aktualnego kryzysu będą długoterminowe. Z naszej obecnej perspektywy nie widzimy końca.

To budzi niepewność. Poza wąskim gronem ekspertów oraz ich spekulacjami nie możemy stwierdzić jak poważny będzie kryzys gospodarczy, o którym już tak wiele słyszymy. Nie wiemy, jak bardzo zdestabilizuje się znany nam dotąd światowy porządek. Nie możemy być pewni naszych planów.

Wobec chwiejących się fundamentów tego, co nam bliskie i znane, zaczynamy dostrzegać, że nie znamy konkretnej chwili końca epidemii, na której oczekiwaniu moglibyśmy skupić całą naszą energię. W takim wypadku pozostaje nam albo się zadręczać, albo skierować nasze myśli w inną stronę.

Księga Hioba przedstawia nam człowieka postawionego w sytuacji skrajnej niepewności, dotkniętego zupełnie nieoczekiwaną kaskadą katastrof. Co jest pociechą dla Hioba w obliczu niewyobrażalnego bólu i cierpienia? Spojrzenie na Boga jako tego, który jest gwarantem porządku wszechświata – tego, który wyznacza wszystkiemu, także jego cierpieniu, granice, początek i koniec.

Myślę, że właśnie w tym kontekście musimy patrzeć na obecną epidemię.

Nieprzewidywalna i niewiadoma dla nas przyszłość została nie tyle przewidziana, co już przed założeniem świata zaplanowana przez Boga, który nie przestał być Panem w wyniku globalnego kryzysu.

Jakkolwiek trudno jest to nam zaakceptować, Bóg nawet teraz wykonuje swoje zamysły. Szokująco bezpośrednie są słowa z Księgi Habakuka: „Rozejrzyjcie się wśród narodów, zauważcie, niech was to zastanowi i zmusi do myślenia! Właśnie za waszych dni dokonuję dzieła – nie uwierzycie, choć wam je przedstawiam” (Hb 1:5).

On wie kiedy epidemia się skończy – nawet więcej, On wyznaczył jej koniec. Może nie jesteśmy teraz w stanie snuć długoterminowych planów. Może teraźniejszość jest dla nas powolnym kroczeniem po linie nad zamgloną przepaścią, przeżywaniem dnia za dniem. Może nie jesteśmy w stanie przewidzieć, jak bardzo zmieni się nasza rzeczywistość w wyniku epidemii i gdzie nasz globalny porządek znajdzie się za rok. Ale wiara nie polega na ciągłej spekulacji, opracowywaniu tysięcy scenariuszy i martwieniu się każdym z nich z osobna. W końcu Pan Jezus powiedział: „Nie martwcie się więc o jutro, gdyż jutro zatroszczy się o siebie. Dzień dzisiejszy ma dość własnych kłopotów” (Mt 6:34).

Wiara jest reakcją na prawdę, nie tabletką na uspokojenie

Czym więc jest wiara w czasach zarazy? Wiemy, że jest Bożym darem, ale na czym się opiera? Czy jest aktywna, czy pasywna? Czy jest stanem permanentnego wewnętrznego spokoju? Przekonaniem, że wszystko po prostu będzie dobrze i wrócimy do punktu wyjścia? Nadzieją, że jakimś cudem uda nam się nie zachorować?

Zacznijmy od tego – wiara nie jest uczuciem. Nie jest pigułką uspokajającą, która działając podświadomie wyłącza nasze obawy i zapewnia psychologiczny komfort. Nie jest ślepym wmawianiem sobie, że będzie lepiej, bo każdy kryzys musi minąć. Wiara jest do głębi realistyczna – widzi rzeczywistość wraz z jej bólem i cierpieniem, uznając jednocześnie, że Bóg wciąż panuje, że „Jego królestwo jest królestwem wiecznym, a Jego władza – z pokolenia na pokolenie” (Daniela 3:33).

Martyn Lloyd-Jones napisał, że „wiara jest naszą reakcją na prawdę”. Jednak ta reakcja wymaga aktywnego udziału: „wiara jest czynna i powinniśmy się w niej ćwiczyć. Wiara nie zacznie działać sama z siebie. (…) Wiara jest zaprzeczeniem paniki (…). Opiera się na prawdzie i wyciąga wnioski ze znanych faktów”.

Nie mówię tutaj po prostu o jakiejśtam wierze rozumianej abstrakcyjnie – bo możemy dziś przeczytać wiele o komforcie, jaki zapewnia posiadanie „wiary” czy „religii” w czasie kryzysu. Jest w tym na pewno trochę prawdy – silne przekonania religijne mogą zapewniać pocieszenie w trudnych chwilach. W końcu „jak trwoga, to do Boga”, czyż nie?

Jednak pocieszenie, które daje Biblia nie jest ani trochę powierzchowne. Jest głębokie i wszechogarniające i dlatego, jak gorzkie lekarstwo, trudne do przełknięcia. Identyfikuje bowiem problem głębszy niż śmierć fizyczna. Nie umniejszając tragedii jaką jest rosnąca krzywa zgonów z powodu zakażenia koronawirusem, według Biblii ostateczną i największą tragedią ludzkości jest grzech. To ze względu na jego wkroczenie na świat, w naszej rzeczywistości pojawiła się śmierć. Z Listu do Rzymian wiemy zaś, że ponieważ Bóg jest święty, zapłatą za złamanie Jego prawa jest piekło i wieczne oddzielenie od Niego (Rz 6:23).

Wszyscy stoimy przed nieuniknioną i niepokojącą perspektywą śmierci fizycznej. Szerzenie się koronawirusa tylko wybija nas z letargu codzienności i przypomina o jej bliskości. Zażegnanie epidemii nie zmieni tego. Wciąż będziemy musieli zmierzyć się z wiecznością, i tym, gdzie ją spędzimy.

Widziane na tym tle, pocieszenie oferowane przez Biblię jest tym wspanialsze. Dzięki śmierci Chrystusa na krzyżu i Jego zmartwychwstaniu możemy mieć nie tylko pewność przebaczenia grzechu, ale i wiecznego życia – ponieważ Chrystus wstając z martwych pokonał moc śmierci.

W czasach zarazy nie wystarczy więc, że będziemy pocieszać innych prawdą o Bożej pełnej kontroli nad rzeczywistością, choć jest to ważne i prawdziwe. Musimy wzywać ich do uznania najgłębszego ludzkiego problemu – grzechu, przedstawiając jednocześnie rozwiązanie, którym jest upamiętanie i wiara w Chrystusa. A dla nas samych może być to czas przypomnienia, że ten świat nie jest naszym ostatecznym domem. Tak, wszystko kiedyś będzie dobrze – tylko nie tutaj, ale gdy „stworzenie zostanie wyzwolone z niewoli skażenia i wprowadzone w chwalebną wolność dzieci Boga” (Rz 8:21). Koronawirus może budzić nasz niepokój, ale mamy Boga, który prowadzi nas poza śmierć.

Sam niepokój ani lęk przed nieznanym nie świadczy o braku wiary, bo wiemy, że jest ona Bożym darem – oznacza to jednak, że musimy wzmacniać jej praktykę, konfrontując nasz niepokój z tym, co wiemy o Bogu.

Wiara musi być aktywną postawą naszego życia, sposobem myślenia, który opiera się panice, ponieważ wie, że ten sam Bóg, który zmarł na krzyżu, ma pod swoją kontrolą całą naszą rzeczywistość.

W czasach zarazy wiara jest przypominaniem sobie prawdy o Jego charakterze, nawet gdy nasze uczucia mówią coś innego.

Wiara ufa Bożym obietnicom, nie własnym planom

Obecna epidemia uświadamia jak łatwo jest brać rzeczywistość za pewnik. Zdążyliśmy przyzwyczaić się do otwartych granic, nieograniczonej mobilności, niemyślenia o śmierci, opieki medycznej rozwiązującej nasze problemy, regularnej społeczności kościoła, planowania i realizowania naszych planów. Nie trzeba wiele, byśmy nasze przyzwyczajenia zaczęli uznawać za uprawnienia.

Prawda jest jednak taka, że ani bezproblemowa, sterylna rzeczywistość, ani natychmiastowa gratyfikacja naszych pragnień nie znajdują się na liście przysługującym nam praw.

Jako ewangelikalni chrześcijanie wiemy bardzo dobrze, że nie możemy zasłużyć sobie na zbawienie. Czy czasem jednak nie wmawiamy sobie, że zasłużyliśmy na inny obrót wydarzeń? Na realizację naszych planów, a nie na zamknięte drzwi i kilkumiesięczną przymusową kwarantannę, której jak na razie nie widać końca?

Nie mamy gwarancji, że nie zachorujemy i nie zostaniemy w żaden sposób dotknięci skutkami globalnego kryzysu. Pan nie obiecał nam bezbolesnego życia. Nie obiecał nam, że nie będziemy doświadczać na własnej skórze skutków upadku człowieka, i że jego wola zawsze będzie zgodna z naszymi misternymi planami. Wezwał, by pójść za Nim i wziąć swój krzyż. Ale obiecał nam Siebie. Obiecał wierność w sztormach życia, nieprzerwaną obecność i siłę do zniesienia przeciwności. Obdarzył społecznością z innymi wierzącymi i perspektywą wieczności z Nim.

Nasza wiara w czasach zarazy nie jest więc pustym przekonaniem, że wszystko po prostu będzie dobrze, a obecny kryzys niebawem minie i będziemy mogli wreszcie wrócić do realizowania naszych planów.

Nasza wiara jest pewnością, że niezależnie od tego, jaki obrót sprawy przybiorą, Boże panowanie nad światem i jego obietnice wierności będą tak samo aktualne, jak zawsze.

„Dotychczas nie spotkała was próba przekraczająca siły ludzkie. Bóg jest wierny. On nie dopuści, aby was doświadczano ponad wasze siły. W czasie próby wskaże wam wyjście, abyście mogli ją znieść.” (I Kor 10:13)

Wiara pokornie uznaje, że Bóg jest Bogiem

Próbując zebrać myśli na temat obecnej sytuacji, uderzył mnie pewien paradoks. Pomimo że jesteśmy cywilizacją autonomii jednostki, relatywizmu i odrzucenia koncepcji obiektywnej prawdy, pragniemy przewidywalności w otaczającej rzeczywistości. Pragniemy, by była ona mierzalna, by dawała się zbadać, przedstawić na modelu i wykorzystać do naszych celów. Chcemy zgłębić każdą jej szczelinę, niczym zdobywcy, by przez odkrycie rządzących nią praw zapewnić sobie poczucie bezpieczeństwa, wyeliminować chorobę i zapewnić pokój.

Rzeczywistość wymyka się jednak naszym próbom zmierzenia i podporządkowania. Ostatnie tygodnie unaoczniły nam kruchość porządku, który mógł wydawać się niezachwiany. Choć mamy dziś nieograniczony dostęp do informacji na każdy właściwie temat, wciąż nie jesteśmy w stanie zgłębić zamysłów Bożych. Pozostajemy stworzeniem, obserwującym, jak Stwórca realizuje swoje zamysły. Jak Hiob, musimy uznać, że ma do tego prawo – i że nie jest nam we wszystkim winny wyjaśnień.

Wiara jest więc uznaniem, że nasz Bóg ma prawo do wykonywania swojej woli, do określenia różnicy między dobrem a złem, do definiowania prawdy, do zmieniania naszych planów i wykraczania w swoim działaniu poza nasze oczekiwania – jednym słowem, do bycia Bogiem.

Musimy przestać pokładać naszą ufność w normie, do której wszystko na pewno wróci – bo nie wiemy, w jakiej rzeczywistości obudzimy się za kilka miesięcy. Zmiana i niestabilność jest i będzie częścią naszego życia, nawet gdy koronawirus przejdzie już do historii. Źródłem naszego bezpieczeństwa nie jest życie, które znamy, ani przyszłość, którą próbujemy przewidzieć, ale Ten, u którego „nie ma żadnej zmienności ani cienia odmiany” (Jk 1:17).

1. Biblia to jest Pismo Święte Starego i Nowego Przymierza: przekład z języka hebrajskiego, aramejskiego i greckiego, Poznań-Tarnobrzeg 2019; wszystkie ustępy biblijne przytaczane są w tym właśnie tłumaczeniu
2. Martyn Lloyd-Jones, Duchowa depresja, Fundacja LEGATIO, Włocławek, 2016

Witamy w świecie dotkniętym zarazą, czyli kilka myśli o koronawirusie

Tematykę nowego koronawirusa wywołującego chorobę COVID-19 podjęłam już dawno, stopniowo układając własne myśli, analizując dane z wielu źródeł, przeglądając statystyki, poddając ocenie wskaźniki prawdopodobieństwa i porównując je między sobą. Planowałam zwięzły i wyselekcjonowany tekst, co do joty określony, wyważony i spójny. Wyznaczyłam też w swojej głowie obiecujące daty, plan publikacji i wstępną listę koniecznej wiedzy jaką posiądę, żeby “być gotową do zabrania głosu na ten temat”. Jednak jak widać, nie mam absolutnej władzy nad realizacją swoich zamierzeń.

Przygniotła mnie tak “mała” rzecz, jak dynamika rozprzestrzeniania się czegoś, czego nawet nie widzę.

Z wybuchami epidemii zazwyczaj jest tak, że nikt się ich nie spodziewa. To truizm, ale dosyć istotny. Można w jakimś stopniu stwierdzić, że społeczeństwo raptownie zostało zmuszone przez jakąś mikroskopijną wiązankę kwasu nukleinowego i kapsydu do przyjęcia zupełnie innej rzeczywistości. Nie jest to rzeczywistość ani wesoła, ani beztroska. Choroba to nic przyjemnego. Ludzie na całym świecie cierpią, służba zdrowia w wielu krajach znajduje się już w sytuacji podbramkowej, w innych – być może niedługo się znajdzie. Groźba (mniej lub bardziej prawdopodobnej) śmierci, czy nam się to podoba czy nie, wisi w powietrzu. Walka trwa nie tylko z wirusem, ale również z dezinformacją, fake newsami, paniką społeczną, zasadnością procedur i ich egzekwowaniem oraz ze zbliżającym się kryzysem gospodarczym. Osobny, aczkolwiek współistniejący z tym, front stanowią nasze osobiste emocje i reakcje – batalie pomiędzy zaufaniem a lękiem; akceptacją zaistniałego stanu rzeczy a pretensjami; podejmowaniem słusznego ryzyka a jego minimalizacją.

W skrócie – Ktoś po raz kolejny pokazał nam, że nie potrafimy i nie możemy być tak bardzo niezależni jak byśmy chcieli. I może, w tym wymiarze… Jest to jak najbardziej słuszna lekcja?

Witamy w świecie, w którym mamy okazję, do doświadczenia Jakuba 4:13-15

“Chodźcie teraz wy, którzy mówicie: Dziś lub jutro pójdziemy do tego oto miasta, będziemy tam działać przez rok, będziemy handlować i zarabiać – wy, którzy nie wiecie, co będzie jutro. Czym jest wasze życie? Bo mgłą jesteście, która ukazuje się na krótko, a potem znika. Zamiast tego, powinniście mówić: Jeśli Pan zechce, to będziemy żyli i zrobimy to lub owo.” Jakuba 4:13-15

Ilu z nas, niekiedy mechanicznie racjonalizowało sobie rzeczywistość myśląc “nie, to się nie wydarzy”? Przecież żyjemy w XXI wieku. Mamy za sobą już dwie wojny światowe i nie chcemy powtórki z rozrywki. Przyglądamy się ludzkiemu nieszczęściu z bezpiecznej odległości i patrzymy na to, co brudne, nie chcąc tego dotknąć. Awaria elektrowni atomowej w Czarnobylu? Przecież to było już dawno. Na tyle dawno, że nakręcili o tym dobry serial.

Społeczne skutki epidemii scharakteryzować potrafiliśmy tylko w ramach rozprawki na lekcję języka polskiego przy okazji omawiania “Dżumy” Alberta Camus. Dobrze, że teraz nic nam nie grozi, prawda? Te choroby o których słyszeliśmy, czarna śmierć czy inna hiszpanka, to w zupełności dlatego, że przecież wcześniej nikt nie mył rąk, czyż nie?

Nie. Nie tylko. I o ile ze smutkiem i współczuciem obserwuję sytuację na świecie, to wydaje mi się, że można powiedzieć, iż doprowadziła ona do jednej, słusznej rzeczy – wyrwała niektórych z marazmu złudnego życia w “krainie wiecznej szczęśliwości na miarę nowoczesności”. A także z drugiej jego uduchowionej odmiany, gdzie wiemy, że zapowiadano nam, iż “w życiu, zwłaszcza chrześcijańskim, ciężko bywa”, ale być może kusiło nas niekiedy, by myśleć, że… Może nas to aż tak bardzo nie dotyczy?

Witamy w świecie, w którym ludzie zaczynają dostrzegać problemy dzięki spektakularnym symptomom

Doprecyzujmy – ani trochę nie cieszy mnie fakt, że koronawirus zbiera swoje żniwo. Jest to trudne dla wielu zarówno fizycznie jak i psychicznie, co jako osoba z zapędami hipochondrycznymi, znająca z autopsji uczucia towarzyszące obserwacji ostrych, zagrażających życiu, ataków astmy oskrzelowej moich najbliższych – wydaje mi się – dość dobrze rozumiem.

Jako chrześcijanie, jesteśmy powołani do miłości i troski naszych bliźnich, w tym do współczucia w niedoli. Bóg nie każe nam również bagatelizować sytuacji kryzysowych w imię brawury. Idąc za myślą ujętą w artykule Jona Blooma (“Can We Really Be Free from Excessive Fears?”), strach przed zagrożeniem jest też naturalnie zaprojektowaną przez Boga reakcją, która chociażby chroni nas przed nierozsądnym wychylaniem się za balustradę na balkonie, czy uczestnictwem w tzw. koronaparty. Jest dobry, o ile nie staje się paraliżującym nas tyranem i nie zaczynamy bać się czegoś bardziej niż samego Boga.

Jednak patrząc szerzej, dla mnie osobiście – osoby młodej, która nie doświadczyła emocji towarzyszących chociażby wprowadzeniu stanu wojennego w Polsce, a także nie miała świadomej styczności z tak dynamicznym problemem na skalę globalną wcześniej – werset z Jakuba 4:13-15 nigdy nie był tak realny, jak dziś. Wchodząc w rok 2020 miałam zupełnie inne plany i nie spodziewałam się, że będę ze ściśniętym gardłem patrzeć na liczbę zgonów czy też odliczać trzydzieści sekund myjąc ręce, trzymając rękę na pulsie.

Wierzyć w treść wersetu to jedno. Przeprocesować go w praktyce to drugie.

Witamy w świecie, gdzie nie wiedząc “dlaczego”, możemy próbować zrozumieć “po co”

Mając do dyspozycji wiele kanałów komunikacji, bardzo łatwo jest utonąć w doniesieniach, statystykach i przesłaniach “jak bardzo jest źle”, bo niewątpliwie jakoś za specjalnie dobrze nie jest. Nie chodzi mi o podsycanie paniki, ale o przyznanie faktu, że prędzej mamy do czynienia ze sztormem, niż z lekką mżawką. Brzmi depresyjnie? Nie musi tak brzmieć.

Przełamując przepełniony trwogą pandemiczny ton, pragnę podkreślić i przypomnieć sobie i nam wszystkim, że ten sam Bóg, który określa życie ludzkie jako “mgła, która ukazuje się na krótko, a potem znika” to po pierwsze – Bóg, któremu nic nie wymyka się spod kontroli, po drugie – Bóg, który wykazuje się troską.

Łatwo jest dziękować za codzienność, kiedy przebiega ona dokładnie po naszej myśli. Łatwo jest też uczyć się na pamięć wersetów o prześladowaniach, zarazach czy cierpieniu, które wydają nam się odległe. Niektórym też, bez większego problemu, przychodzi hipotetyzowanie na temat zamierzeń Bożych. Nie wiemy bezpośrednio dlaczego pandemia koronawirusa wybuchła. Czy to forma sądu? Jeśli tak, to nad czym konkretnie?

W chwili obecnej możemy mieć pewność co do jednego – niemożliwością jest by Władcy tego świata omsknął się palec. Za pomocą pandemii, w jakiś sposób, realizuje swój plan. Jednak próba znalezienia jednoznacznej przyczyny, autorytatywne orzekanie sądu Bożego nad danym grzechem i bazująca na tym odpowiedź na pytanie “dlaczego” pozostaje jedynie spekulacją opartą na przekonaniu o suwerenności Bożej i Jego prawie do tego, by realizować swoją wolę w stworzeniu.

Dlaczego więc? Bo Bóg coś przez to robi. Czy grozi nam totalna dystopia?

Jako wierzący mamy to szczęście, że Bóg, choćby pełnoprawnie mógł, nie jest despotą.

“Wiemy też, że kochającym Boga wszystko współdziała ku dobremu – tym którzy są powołani zgodnie z [Jego] postanowieniem.” Rzymian 8:28

Skoro więc tak się sprawy mają – co mamy robić? Jak w tym wszystkim swoim życiem i służbą przynosić Bogu chwałę?

Witamy w świecie, w którym mamy wybór, czy zmarnujemy czas epidemii

“Ja bowiem nauczyłem się być zadowolony z tego, w czym jestem. Umiem się ograniczyć, umiem też żyć w obfitości; wszędzie i we wszystko jestem wtajemniczony; umiem być syty, umiem też głodować, obfitować i być w niedostatku. Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia, w Chrystusie” Filipian 4:11b-13

W jednym z artykułów (“Instead of asking “why God?”, how about “what are you doing God?”) natknęłam się na następujące zdanie: “Kryzys wydobywa z ludzi to, co najlepsze i najgorsze – i jest to dla nas zarówno wyzwanie, jak i szansa”.

Wiemy, że nie kontrolujemy ostatecznie rzeczywistości. Nie wyklucza to jednak odpowiedzialności za nasze reakcje.

Możemy poddać się panice społecznej, spędzać długie godziny przed telewizorem i bez przerwy odświeżać interaktywne mapy czerwonych kropek zakażeń nowym koronawirusem. Możemy także obejrzeć wszystkie seriale na Netflixie, albo najzwyczajniej przespać czas epidemii. Mogą pochłonąć nas dyskusje internetowe, kłótnie i niekończące się interakcje w mediach społecznościowych. Możemy odsuwać od siebie myśl o śmierci, ale też dać nakręcać się grobową atmosferą i zamartwiać się, sukcesywnie pogrążając w depresji bez spojrzenia na śmierć cielesną z perspektywy Bożej. Jako mistrzowie w odkładaniu rzeczy na później, możemy nie wykorzystać tego czasu na skupienie się na Słowie Bożym, gubiąc się gdzieś w czasie i przestrzeni i nie będąc dobrym świadectwem.

Nie marnujmy tego czasu. A pytając siebie samych jak mamy żyć w dobie epidemii, powoli kończąc ten wpis, spójrzmy na fragment eseju C.S. Lewisa, w którym za sprawą Matta Smethursta, zamieniono słowa “bomba atomowa” na “koronawirus”.

“W pewnym sensie myślimy zbyt wiele o [koronawirusie]. „Jak mamy żyć w erze [koronawirusa]?” Kusi mnie, aby odpowiedzieć: „Skąd to pytanie? Tak jak żylibyśmy w XVI wieku, kiedy zaraza nawiedzała Londyn niemalże co roku lub tak jak żylibyśmy w erze Wikingów, kiedy najeźdźcy ze Skandynawii mogli nas najechać i poderżnąć nasze gardła którejkolwiek nocy; lub, doprawdy, tak jak żyjemy w erze raka, erze syfilisu, erze paraliżu, erze nalotów lotniczych, erze wypadków kolejowych [lub] erze wypadków drogowych.”

Innymi słowy, nie zaczynajmy od przejaskrawiania nowości naszej sytuacji. Proszę mi wierzyć, Drogi Panie i Droga Pani, Ty i wszyscy, których kochasz byli skazani na śmierć zanim odkryto [koronawirusa] i całkiem duży odsetek z nas miał umrzeć w nieprzyjemny sposób. My mamy, doprawdy, jedną wielką przewagę nad naszymi przodkami – anestezjologię. (…)

Taka jest pierwsza propozycja: i pierwsza czynność, którą należy wykonać, to pozbierać się do kupy. Jeśli mamy być zniszczeni przez [koronawirusa], to niech [ten wirus] zastanie nas wykonujących rozsądne i ludzkie czynności – modlących się, pracujących, uczących, czytających, słuchających muzyki, kąpiących dzieci (…) – a nie stłoczonych jak przestraszone owce i myślących o [wirusach]. Mogą one zniszczyć nasze ciała (mikroby też mogą to zrobić), ale nie muszą one zdominować naszych umysłów.”

Tłum. Mateusz Dudek, fragment eseju “On Living in an Atomic Age” („Żyjąc w erze atomowej”) C. S. Lewisa z tomu pt. “Present Concerns: Journalistic Essays” (“Aktualne sprawy: eseje dziennikarskie”)

Drobna, końcowa uwaga.

W sferze przydzielonych do nas zadań – tak naprawdę nic się nie zmieniło.

Nadal Bóg sprawuje naszą drogę uświęcenia, a my mamy głosić Ewangelię, nieść pomoc słabym i schorowanym.

Czy jemy, czy pijemy, czy cokolwiek czynimy – wszystko czyńmy na chwałę Bożą (1 Kor 10:31).

Po prostu dostajemy ku temu dość spektakularną sposobność. Więc nie pozwólmy sobie na jej przeoczenie.

Koronawirus : informacje i zalecenia Ministerstwa Zdrowia

Aktualności Głównego Inspektoratu Sanitarnego

“Nie zmarnuj epidemii koronawirusa” Samuel Skrzypkowski

“Pandemia w świetle Bożej Opatrzności” Filip Sylwestrowicz


Niepewność klimatyczna a suwerenność Boga

Rzeczywistość współczesna jawi się jako krucha i niepewna. Księgarnie przepełniają pozycje bijące na alarm o kruszeniu się dotychczasowego porządku i upadku demokracji. Na ulice powracają protesty, a świadomość potężnej siły efektów rozwoju technologicznego zaczyna budzić powszechny niepokój. Do tego dochodzi strach przed zmianami klimatu, które według znaczącej ilości naukowców mają w ciągu nadchodzących dekad wywrzeć nieodwracalne i destruktywne skutki dla ludzkości.

fot. Katarzyna Kopeć

Celem tego tekstu nie jest dogłębne prześledzenie przyczyn i skutków globalnego ocieplenia, przedstawienie listy postulatów, do których państwa i instytucje powinny się w jego obliczu zastosować, ani powiedzenie co jako chrześcijanie powinniśmy myśleć o Grecie Thunberg. Chodzi tu raczej o rzucenie szerszego spojrzenia na otaczający świat, zmagający się z problemem zmian w klimacie i ich konsekwencji, a przez to zrozumienie czasu i pory, w której przyszło nam żyć, i ludzi, do których zostaliśmy posłani z Ewangelią. Niezależnie od tego co myślimy na temat zmian klimatu, musimy być w stanie biblijnie zaadresować obawy ludzi, w których perspektywa nieuchronności takich zmian budzi niepokój, a potrafi nawet prowadzić do myśli depresyjnych. Tak zwana depresja klimatyczna jest coraz powszechniejszym zjawiskiem, wywołanym strachem przed niepewną przyszłością, nieodwracalnością zmian i przekonaniem o bezczynności rządów i instytucji. Dla wielu życie staje oczekiwaniem na katastrofę.

Jak zostało to już wspomniane wcześniej (Światopogląd – kontrowersja czy codzienność), chrześcijański światopogląd jest uznaniem tej interpretacji rzeczywistości, którą zawarł w swoim spisanym objawieniu sam Stwórca. Pierwszorzędnym zadaniem chrześcijanina jest poznawanie tej interpretacji i wierne głoszenie przesłania Ewangelii zgubionemu światu, nie przekonywanie kogokolwiek do przyjęcia postulatów danej ideologii. Zasada ta jest warta zastosowania także i w rozmowach dotyczących zmian klimatu. Ten tekst jest jednym z kilku, w których spróbujemy spojrzeć szerzej na współczesną klimatyczną debatę. Dzisiaj spróbuję nieco zarysować kontekst i odpowiedzieć na pytanie: jak radzić sobie z perspektywą niepewnej przyszłości?

1. W obliczu niepewnej przyszłości możemy być pewni Bożego suwerennego panowania nad światem

Dyskusje na temat kryzysu klimatycznego skłaniają nas do refleksji nad istotą i pochodzeniem świata w którym żyjemy. Czy ziemia jest po prostu produktem bezosobowych procesów albo dziełem kosmicznego przypadku? Skąd wzięły się na świecie śmierć i cierpienie?

Biblia mówi nam, że Boża “niewidzialna istota, to jest wieczna moc i Boskość, od stworzenia świata przemawia w Jego dziełach, wyraźnych przecież i widocznych” (Rzymian 1:20). Bóg jest więc Stwórcą wszechświata, który jednak nie znajduje się obecnie w swoim pierwotnym, doskonałym stanie. Świat odczuwa konsekwencje upadku człowieka. Żyjemy w rzeczywistości niszczejącej i skończonej, skażonej w swojej esencji. Skutki grzechu Adama i Ewy zaznaczyły swoją obecność w całym stworzeniu. “Przeklęta niech będzie ziemia z twojego powodu”, czytamy w Księdze Rodzaju 3:17. Na świat wkroczyło cierpienie, ból i śmierć. W Rzymian 8:20 czytamy, że w wyniku upadku stworzenie “zostało poddane marności — nie z własnej woli, lecz z woli Tego, który je poddał — w nadziei, że i samo stworzenie zostanie wyzwolone z niewoli skażenia i wprowadzone w chwalebną wolność dzieci Boga“. Obecność w naszym świecie śmierci, bólu i katastrof naturalnych jest więc bezpośrednią konsekwencją upadku.

Nie oznacza to jednak, że wraz z upadkiem świat wymknął się Bogu spod kontroli. Wręcz przeciwnie – Bóg wciąż panuje nad światem i historią.

Podtrzymuje wszystko słowem swej mocy” (Hebrajczyków 1:3). Ma także pełną kontrolę nad zjawiskami atmosferycznymi: “Pod tchnieniem Boga powstaje lód, ścinają się szerokie wody. Obciąża także chmury wilgocią, rozpędza obłok błyskawicą. Chmury wirują zgodnie z Jego planem, aby wykonać wszystko, co im powie – wszędzie na obliczu ziemi. Czasem Jego gromy są rózgą, czasem niosą Jego ziemi dobro, czasem docierają jako dowód Jego łaski“. (Joba 37:10-13)

Co więcej, Bóg, jako suwerenny władca ziemi w Księdze Rodzaju 8:22 dał Noemu i jego potomstwu obietnicę: „Będą zatem istniały, jak długo trwać będzie ziemia: siew i żniwo, mróz i upał, lato i zima, dzień i noc”. Miało to miejsce po zakończeniu potopu, który sam Bóg zesłał na ziemię celem osądzenia zbuntowanej przeciw niemu ludzkości.

Pokazuje to nie tylko, że Bóg ma pełną kontrolę nad wszelkimi zjawiskami atmosferycznymi, ale także, że uporządkowane życie na ziemi będzie trwać, dopóki nie dokonają się wszystkie Boże cele.

Żadne zmiany, wydarzenia ani zjawiska mające miejsce w fizycznej rzeczywistości nie mogą wymknąć się spod kontroli Stwórcy.

Warto także zauważyć, że dla współczesnych Noego potop prawdopodobnie był zjawiskiem całkowicie nieoczekiwanym. Owszem, pewnie słyszeli ostrzeżenia Noego, ale nic w normalnym biegu natury nie mogło zapowiadać nadejścia tak wielkiej katastrofy. Jak pisze autor listu do Hebrajczyków 11:7: “Noe został pouczony cudownie o tym, czego jeszcze nie można było ujrzeć“. I choć współcześni Noego nie byli wyposażeni we błogosławieństwo współczesnej technologii, to nie zmienia to faktu, że Bóg nie daje zamknąć się w ludzkich przewidywaniach. Tak, nauka dziś stoi na tak wysokim poziomie, że jest w stanie prawidłowo przewidzieć konsekwencje wielu procesów.

Pamiętajmy jednak, że realizacja Bożego planu nie jest uzależniona od środowiskowej polityki rządów światowych, alarmujących raportów naukowców czy bezczynność wielkich firm. To on jest Panem natury.

2. W obliczu niepewnej przyszłości możemy być pewni, że choć koniec nastąpi, to nastąpi w zaplanowanym przez Boga momencie

Biblia maluje przed nami obraz Boga, który celowo i świadomie stworzył wszechświat. Ziemia, życie, człowiek nie są produktem kosmicznego przypadku, ale raczej konsekwencją suwerennego dekretu samego Stwórcy. Człowiek został stworzony na obraz i podobieństwo Boga po to, by oddawać Jemu chwałę.

Celem historii, od jej początku, do końca, jest manifestacja Bożej chwały. Celowy jest zarówno początek stworzenia, jego istnienie i jego nadchodzący koniec.

Rzeczywistość ziemska nie będzie trwała wiecznie. Biblia jasno mówi nam, że koniec nadejdzie, a Bóg stworzy nową ziemię i nowe niebo, doskonałe i nieskorumpowane grzechem i jego konsekwencjami (Objawienie Jana 21). Ta perspektywa nie powinna oczywiście umniejszać zadania, które zostało powierzone ludzkości – mądrego zarządzania zasobami ziemi, ale powinna umieszczać nasze przebywanie na tej ziemi w odpowiedniej perspektywie.

Nie jesteśmy zbawcami własnego świata. I tak jak powinniśmy wykazywać troskę o stworzenie, podejmując pozytywne działania na jego rzecz, to nawet przy największym sukcesie naszych wysiłków, koniec zaplanowany przez Boga będzie miał miejsce.

Do tego czasu ziemia pozostanie skażona. Wciąż obecne będą cierpienie i śmierć. Nie musimy więc dziwić się patrząc dookoła. Nie jesteśmy w stanie zagwarantować zapewnić ziemi nieśmiertelności. Decyzja o jej stworzeniu nie należała do nas, tak samo, niezależnie od ludzkiej aktywności, Bóg już w wieczności przeszłej zadecydował o momencie jej końca.

3. W obliczu niepewnej przyszłości pewne jest, że kiedyś odpowiemy przed Bogiem

Stojąc wobec niepewnej przyszłości, nie stoimy po prostu przed zbiorem bezosobowych procesów.

Jakkolwiek niepewna ziemska przyszłość, tak pewne jest ostateczne spotkanie każdego człowieka z osobowym Bogiem – albo jako Ojcem, albo jako Sędzią.

Niezależnie od tego jak niepokojący może być stan otaczającej nas natury, najważniejszym problemem człowieka jest grzech. Grzech, kiedy wszedł na świat, skorumpował, jak już zdążyliśmy wspomnieć, zarówno stworzenie, jak i ludzką naturę. Każdy rodzi się grzeszny i nikt nie jest w stanie uwolnić siebie sam z tej niewoli. Tylko Bóg może wlać życie w martwe serce, wyzwalając człowieka z grzechu i wiecznej śmierci. Tak samo tylko Bóg może uwolnić stworzenie od marności, której zostało poddane.

Często powtarzanym hasłem we współczesnej debacie klimatycznej jest odpowiedzialność człowieka za jego destruktywną i bezmyślną działalność na przestrzeni ostatnich wieków. Słyszmy, że odpowiadamy za nasze postępowanie przed przyszłymi pokoleniami, które odczują konsekwencje naszego postępowania, albo przed samą naturą, której cierpienie wywołane jest naszym postępowaniem.

Musimy jednak pamiętać, że ostateczna odpowiedzialność człowieka jest odpowiedzialnością stworzenia przed Stwórcą.

Albo uznajemy Stwórcę, za to kim jest, okazujemy mu wdzięczność i oddajemy należytą cześć, albo żyjąc w buncie wobec niego czcimy substytuty. Istnieje ryzyko, że zamiast oddać cześć Stwórcy, oddamy cześć Jego stworzeniu (Rzymian 1:25) – sobie samym, innym ludziom, a nawet samej naturze. Podczas gdy powinniśmy radować się pięknem ziemi, na której Bóg nas umieścił, ponieważ jest ona jego darem, to nie możemy oddzielić natury od jej Architekta. Nie możemy uznać jej za niezależnej od Niego.

Człowiek za każde swoje działanie odpowiada moralnie przed Bogiem, Stwórcą i Prawodawcą. Nie możemy wartościować naszych czynów wyłącznie tym, jakie będą ich konsekwencje dla przyszłych pokoleń czy otaczającego środowiska. Naszym standardem powinien być Boży standard. Mimo że nasze złe postępowanie może wpływać na nasze rodziny, przyjaciół, środowisko, a nawet przyszłe pokolenia, to nie odpowiadamy za nie tylko dlatego, że wpłynęło na innych, ale dlatego że wynikało z buntu przeciwko Bożemu prawu.

Bożym standardem jest świętość i właśnie dlatego, że grzeszny człowiek sam nie byłby nigdy w stanie sprostać temu standardowi, Chrystus przyszedł na ziemię. Jego zastępcza śmierć na krzyżu, jako w pełni człowieka i w pełni Boga, otworzyła drzwi do tego, by grzeszny człowiek mógł być usprawiedliwiony przed świętym Stwórcą. Dzięki dziełu Chrystusa, grzesznik, zdając sobie sprawę, że sam z siebie nie jest w stanie sprostać Bożym standardom, może przyjść z wiarą i skruchą do Boga, z prośbą o przebaczenie, wiedząc, że On nigdy nie odrzuca tych, którzy do niego przychodzą.

Mimo więc, że przyszłość jest niepewna, a rzeczywistość fizyczna przeminie, człowiek jest istotą wieczną, która pewnego dnia stanie przed Bogiem. Życie na ziemi jest okresem przejściowym. Bóg obiecał, że nowa ziemia i nowe niebo, które stworzy dla swoich dzieci, będą doskonałe. Choć w obliczu wyzwań współczesnego świata może wydawać się, że nic innego poza nimi się nie liczy, to jednak patrzmy dalej i zastanówmy się, gdzie stoimy.

W wielkim skrócie

Myśląc więc o kryzysie klimatycznym, możemy być po pierwsze pewni Bożego suwerennego panowania, spod którego nie wymykają się ani procesy natury ani działalność człowieka. Możemy wiedzieć, że katastrofy naturalne oraz cierpienie i śmierć jakie wywołują, są częścią rzeczywistości poupadkowej, skażonej grzechem. Jednak jakkolwiek przerażające mogłyby być problemy rzeczywistości wokół nas, jakkolwiek tragiczne, to możemy wiedzieć, że ziemia, stworzona przez Boga, nie jest przypadkiem w pustym i bezosobowym świecie.

Możemy wiedzieć, że Bóg jako Stwórca obiecał, że koniec świata będzie miał miejsce, i że stworzy nową ziemię i nowe niebo. Nie zdołamy więc uczynić naszej ziemi nieśmiertelną, ani zapewnić wieczności ludzkiej cywilizacji. Podczas gdy możemy, a nawet powinniśmy podejmować pozytywne wysiłki na rzecz stworzenia i udzielać pomoc cierpiącym, to nie będziemy w stanie w pełni wyeliminować ani śmierci, ani cierpienia. To może być tylko dzieło Boże.

Ostatecznie, niezależnie od tego, co myślimy o przyszłości, pewnym jest, że każdy z nas pewnego dnia stanie przed Bogiem i odpowie za swoje postępowanie i to, czy oddał Bogu należytą cześć, ujrzawszy Jego chwałę w stworzeniu (Rzymian 1:21).

Nie powinniśmy oceniać naszego postępowania tylko przez pryzmat konsekwencji, jakie ze sobą niesie, ale tego, czy jako stworzone istoty podporządkowujemy się i oddajemy chwałę Stwórcy.

Dla człowieka przyszłość sama w sobie zawsze będzie w jakimś stopniu niepewna. Jednak nie dla wszechwiedzącego Stwórcy, który suwerennie realizuje swój dziejowy plan dla świata. Wobec niepewnej przyszłości dzieci Boże mogą odnaleźć oparcie w Tym, który sam trzyma ją w swoich rękach. O nim napisane jest w Psalmie 46:2-4 i 9-12:

“Bóg naszym schronieniem, źródłem naszej siły, zawsze dostępną pomocą w trudnościach. Dlatego niestraszne nam trzęsienia ziemi ani ruchy góry na dnie potężnych mórz. Niech sobie szumią, niech pienią się ich wody – góry przecież drżą, gdy On okaże moc (…). Podejdźcie i przyjrzyjcie się działaniu PANA! Jak potężne cuda czyni On na ziemi! Kładzie kres wojnom aż po krańce ziemi! Łamie łuki i kruszy włócznie, tarcze pali w ogniu. Wyciszcie się! Poznajcie, że Ja jestem Bogiem, wielkim wśród narodów, wywyższonym na ziemi! PAN Zastępów jest z nami, Bóg Jakuba – oto nasza twierdza.”

[to be continued]


To, kim jesteś w mediach społecznościowych ma znaczenie (cz.I)

Wydawać by się mogło, że o Internecie, jego zagrożeniach, uzależnieniach, magazynowaniu danych, netykiecie czy cyberprzemocy spisano już wszystko, co tylko spisać można. Nawet nie tylko spisano, ale i nakręcono wiele filmów czy seriali mrożących niekiedy krew w żyłach swoją dystopijną wizją przyszłości skrytej w hologramach czy w świecie przebiegłych ponad miarę ludzką sztucznych inteligencji. Wydawać by się mogło, że bez tych “smaczków” post-apo, mówienie o internecie jest zbyt trywialne i prozaiczne by poświęcać mu całą serię postów. Jednak czy za tymi wielkimi pojęciami i światem science-fiction, nie kryją się subtelniejsze problemy, o których na co dzień nie myślimy bądź staramy się nie myśleć? I nie mówię tutaj jedynie o kwestii sięgania rano wpierw po smartfon niż po Biblię.

Cel, czyli o tym jak i dlaczego warto spojrzeć na internet

Nie będzie to seria postów o tym jak bardzo portale społecznościowe niszczą nasze relacje i zaczynają przenikać większość dziedzin życia, stając się swoistym złem wcielonym. Nie jest to także manifest mający zażegnać raz na zawsze potrzebę bycia aktywnym w sieci, śledzenia czy reagowania na zamieszczone w niej treści. Nie mam zamiaru skupiać się na tym po co Markowi Zuckerbergowi nasze dane, wnikać w politykę Google’a czy badać ile tak naprawdę może usłyszeć Siri i nie podam dziesięciu sposobów na to, jak rano sięgać do Biblii, a nie do Facebooka – takich tekstów w internecie jest multum. Zresztą, nie sądzę by w “kilku sposobach na” był ratunek, który wymaga długotrwałej przemiany serca i odpowiedniej dyscypliny. Dlatego też, nie jest to poradnik, ani wielka krytyka Internetu samego w sobie.

Skoncentrujemy na jednej, zasadniczej kwestii. To, w jaki sposób wykorzystujemy internet, ma znaczenie. I znaczenie ma także to, kim w tym internecie jesteśmy. Zdania te nie brzmią niezwykle odkrywczo, a wręcz przeciwnie – są niewzruszonymi truizmami, z którym zapewne większość ludzi, z chrześcijanami włącznie (jak nie przede wszystkim) byłaby w stanie się zgodzić. Możliwe nawet, że część poruszonych w tym tekście kwestii niekiedy zastanowiła niektórych z nas. Możliwe także, że zdajemy sobie sprawę z sedna problemu – z tkwiącej w nas wrodzonej predyspozycji do grzechu.

Jednak to, co widzę jako swoisty mankament funkcjonowania chrześcijan w sieci to pewnego rodzaju problemogenne postawy, z którymi mniej lub bardziej – w zależności od poziomu ślepego i niewzruszonego zaangażowania bądź jego braku – powiązany jest w różnym stopniu, aczkolwiek nader często – egocentryzm, swoisty populizm, brak łagodności i miłości.

Każda z tych cech, będzie stanowiła oś przewodnią poszczególnych postów. Zacznijmy jednak od skonkretyzowania z czym tak właściwie mamy do czynienia.

O tym jak łopatą nie umyjemy okien, ale przy dobrych chęciach wykopiemy dół

Zapomnijmy na moment o fabule “Black Mirror” oraz o poradnikach jak ograniczyć czas spędzony na Facebooku i przyjrzyjmy się, co mamy do dyspozycji tu i teraz. A mamy nas samych, którzy przejawiamy niekiedy wielką potrzebę bycia zauważonym oraz idealną sieć, w której przy pełnej dowolności środków możemy sobie to łatwo zapewnić.

Można stwierdzić, że portale społecznościowe to po prostu nowa forma komunikacji, nowa przestrzeń, ale de facto jest to po prostu dane nam narzędzie i trzeba wiedzieć czemu to narzędzie ma służyć.

W obecnych realiach, tak jak telefon za nas sam nie rozmawia, tylko za jego pośrednictwem podejmujemy decyzję wybrania numeru i korzystamy z niego, tak też portale społecznościowe służą nam do realizacji naszych celów i decyzji. Tak jak łopata sama nie wykopie dołu w ziemi, tak też Instagram sam nie zacznie dodawać zdjęć. Jest to proste, ale też o tyle ważne rozróżnienie, ponieważ to my mamy wpływ na to, w jaki sposób i do czego użyjemy narzędzia, nie odwrotnie, oczywiście z pewnymi ograniczeniami (łopatą nie umyjemy okien, a Snapchatem nie damy rady wysłać maila do dziekanatu).

Znaczy to, że jesteśmy odpowiedzialni za to, do czego używamy narzędzia. I to nasza postawa wobec social mediów powinna wpływać na to, co na nich będziemy publikować, albo co będziemy na nich śledzić. Postawa zaś wynika z tego, co jest naszym priorytetem w życiu i co nim kieruje. To, kim chcemy być wynika z serca. Korzystanie z social mediów więc, powinno służyć celom, które stawiamy na piedestale w naszym życiu duchowym. Przecież jesteśmy chrześcijanami, prawda?

Wykorzystanie przeznaczonego nam narzędzia

Wszystko to sprowadza się do jednego z najogólniejszych pytań jakie musimy zadać sobie w praktycznym życiu chrześcijańskim – czemu ma służyć to, co robimy? To, w jaki sposób wykorzystujemy Internet ma znaczenie nie dlatego, że powinniśmy się lękać magazynowania naszych danych, czyhających wyskakujących okien czy dostępności hazardu online. Są to ważne rzeczy i ani trochę nie mam zamiaru bagatelizować ich rangi. Jednak najogólniej rzecz biorąc sposób, w jaki korzystamy z Internetu w ogóle, czy szczególnie z social mediów (bo tam jednak kreujemy nasz wizerunek) ma znaczenie, ponieważ jako wierzący jesteśmy wezwani do tego, by wszystko, co czynimy, czynić na chwałę Bożą i głosić Ewangelię (1 Kor 10:31).

Nasze życie ma być świadectwem i to, co do nas należy bądź jest przez nas kreowane również powinno nim być.

I tutaj, mając już bazę, możemy skupić się na tym, co prawdziwie chrześcijańską postawę w mediach społecznościowych nam utrudnia – mianowicie, na naszym egocentryzmie i pragnieniu bycia zauważonym i docenionym, niekiedy za wszelką cenę.

Egocentryzm jest powiązany z potrzebą akceptacji, której szukamy w złym miejscu.

Mój profil to moje egocentryczne królestwo, czyli pokusa bycia “polubionym”

Ile razy zdarzało Ci się wielokrotnie odświeżać powiadomienia na Facebooku, by zobaczyć ilu znajomych zareagowało na Twój nowy post? Czy oglądałeś kiedyś poradniki jak dzięki algorytmom mieć więcej polubień na Instagramie? Gdzie szukasz potwierdzenia tego, że publikowany przez Ciebie kontent jest wartościowy?

Jako ludzie mamy tendencję do poszukiwania akceptacji wśród innych ludzi zamiast u Boga. Generuje to kilka niebezpieczeństw.

Po pierwsze, możemy bać się zamieszczać treści o naszym Stwórcy bądź reagować na treści, które Go ośmieszają. Po drugie, możemy wręcz zasypywać naszą tablicę zdjęciami, relacjami z życia, wersetami, kazaniami i linkami do muzyki chrześcijańskiej, by stawać się z dnia na dzień większym chrześcijańskim celebrytą – niekiedy w ogólnym rozrachunku ważniejszym dla nas od Chrystusa. Po trzecie, możemy przyjąć nieco bardziej subtelną postawę użytkownika “krypto-ewangelizującego”, dodawać hashtagi i wersety z Biblii pod własnymi zdjęciami w bikini na plaży, jednak wizja, że ktoś się przez nie nawróci jest czasem dla nas dosyć utopijna i drugorzędna – idea szczytna, wykonanie słabe. No bo jak to, seria zdjęć własnej twarzy przecież nie buduje naszego ego, jeśli tylko jest podpisana wersetem, prawda? Niestety często nie.

Tak samo rzecz ma się z Twitterem, zdjęciami książek teologicznych czy aktywnością na grupach apologetycznych. Jeżeli potrzebujesz lajków innych ludzi, by dopieścili Twoje ego i poczucie wartości, prawdopodobnie jesteś w niebezpieczeństwie. Tylko Ty i Bóg tak naprawdę wiecie z jaką motywacją serca publikujesz swoje posty. Po to, by podzielić się radością z czegoś, co Bóg Ci dał? Czy po to, by szukać pocieszenia w liczbach polubień? Mark Ballenger napisał kiedyś :

“Jednym z powodów, przez które szukanie aprobaty u “znajomych”, “followersów” lub “subskrybentów” jest tak niebezpieczne, jest to, że czemukolwiek dasz moc, aby czuć się kochanym, dajesz temu także moc, która sprawia, że czujesz się niekochany. Kiedy Twój post nie zawiera tak wielu interakcji, jakich się spodziewałeś, albo nagle wywołuje burzę, której nie planowałeś, twoja samoocena spada (…)”.

Nie chodzi o brak radości z pięknego dnia, z wygranej w konkursie czy o brak wdzięczności za to, że Bóg stworzył nas ludźmi i jako ludzie jesteśmy piękni. Jednak nam social media nie są potrzebne do tego, by szukać na nich akceptacji i miłości. Zostaliśmy pokochani przez Boga, który wybrał nas pomimo tego, że nigdy byśmy na to nie zasłużyli i to Jemu mają się podobać publikowane przez nas treści. To On i Jego chwała, a nie my i nasze zasługi, mają stać w ich centrum.

Nasze profile na social-mediach nie powinny służyć naszej autopromocji, a naszemu Zbawicielowi.

Mój profil to ja i moje zasady, czyli moja własna wizja dobra i zła

Innym ekstremum jest uznanie, że to, co publikujesz w social mediach ma się podobać przede wszystkim Tobie. Jeżeli czujemy pokój w sercu publikując treści zahaczające o kulturę grzechu, bo uważamy, że przecież sami jesteśmy wystarczająco do nich zdystansowani, ponieważ wpisują się one w naszą osobistą definicję wolności chrześcijańskiej, istnieją spore szanse, że mamy poważny problem. 

O problemie subiektywnych odczuć dyktujących nam prawdy życiowe pisałyśmy już w poście “O Bożej woli i pułapce obiektywnych emocji (link).Musimy pamiętać, że to nie my sami jesteśmy naszymi własnymi wyznacznikami dobra i zła. Gdybyśmy byli zdolni do tego, by samodzielnie analizując “za” i “przeciw” w naszej głowie decydować co jest właściwe, a co nie, nie potrzebowalibyśmy spisanego słowa Bożego, ani – prawdopodobnie – takiego tworu jak Kościół, w którym jedną z roli jest napominanie siebie nawzajem. Kiedy ktoś z Kościoła zwraca nam uwagę, docelowo robi to dlatego, że martwi się o nas i nasze życie duchowe. Nasze sumienia są darem od Boga, jednak w gonitwie myśli nie znajdziemy jedynie przekonań o tym, co święte, dobre i piękne, a wręcz mnóstwo egoistycznych i niewrażliwych pobudek.

Słowo Boże nie podlega kompromisom.

Fakt, że teraz inna panuje konkretna moda, czy popularność zyskują dane hashtagi, nie oznacza, że można odseparować publikowany przez nas kontent od jego analizy w kontekście użyteczności dla budowania Bożego Królestwa. 

Jeżeli jesteśmy chrześcijanami, ale na Facebooku, Twitterze czy Instagramie pokazujemy światu, że jesteśmy dokładnie tacy jak on, nie świadczy to o nas dobrze. To, czy jesteśmy przesiąknięci osobą Chrystusa nie objawia się w tym, że od czasu do czasu podpiszemy pojedyncze zdjęcie wersetem.

To całokształt naszego zachowania w sieci powinien emanować tym, że naszym głównym celem jest uwielbienie Boga – niezależnie czy wrzucamy memy, zdjęcia, linkujemy muzykę czy wstawiamy odnośniki do kazania.

Samokreacja i wizualizacja życia

Kilka tygodni temu opublikowałyśmy tutaj post o tym, że chrześcijaństwu daleko do wizji amerykańskiego snu (link). Podtrzymując ton, którym przesiąknięty był cały ten tekst nie dajmy się zwieść pokusie estetycznych instagramów i idealnych profili naszych znajomych.

Jednym z najbardziej podstępnych mechanizmów, które mają miejsce w internecie jest ten, który przekonuje nas, że to w sieci możemy w końcu być tacy, jacy chcemy. Możemy się dowolnie wykreować. I przy okazji pozbyć się Kreatora.

Wydaje nam się, że przestrzeń internetu i nasze profile to coś nad czym mamy całkowitą kontrolę. Jeżeli chcemy wpasować się w konkretny styl, dobieramy odpowiednią paletę barw. Czytamy konkretne blogi. Śledzimy konkretne strony z memami. Nasze profile stają się tak bardzo nasze, że nie są już nami, a jakąś postacią, która będąc sztucznie wyreżyserowaną jest coraz mniej szczera, a coraz bardziej cyniczna. Robimy idealne zdjęcia kawy i Biblii z rana, zapewniając swoich obserwatorów o cudowności naszych żyć, a godzinę później zalewamy się łzami. Nie róbmy tego, nie twórzmy z siebie na siłę kogoś, kim nie jesteśmy. Nie stylizujmy się na medialną personę, która może i zyska powierzchowną aprobatę w oczach innych, ale sama będzie się dusić w świecie półprawd i własnego ego, a już na pewno – nie będzie tym oddawała chwały Stwórcy.

Ten, który nas stworzył, sam najlepiej wie co powinniśmy przeżyć i czego doświadczyć. On nas odpowiednio wykreuje, do nas należy trwanie w Słowie i modlitwie, a nie próba wmówienia sobie i innym za pośrednictwem portali społecznościowych, że potrafimy wykreować siebie sami.

Tym samym, nie traktujmy internetu jako naszego powiernika. Nie ulży nam na sercu, jeżeli będziemy wylewać swoją frustrację czy smutek w sieci – to pomaga na chwilę i nie rozwiązuje problemu, a wręcz tworzy kolejne. Nie obnażajmy się ze wszystkich sekretów, nie twórzmy z tablicy na Facebooku swojego mini-konfesjonału.

Pierwszą osobą, do której powinniśmy się zwracać z wdzięcznością, radością, smutkiem, histerią, dezorientacją czy grzeszną frustracją w celu upamiętania powinien być Bóg, a nie Facebook.

Nie bójmy się internetu i doceńmy możliwości, jakie dzięki niemu mamy. Bądźmy jednak ostrożni, pamiętając o istniejącej w nas predyspozycji do grzechu. Kiedy korzystamy z social mediów, róbmy to świadomi, że fakt dysponowania wielością opcji promocji naszych profili nie jest niewinną rozrywką, ale raczej narzędziem, które ma wielki potencjał, jeżeli stawiamy w tym Boga na pierwszym miejscu. Nie popadajmy w autopromocję, balansowanie na granicy grzechu czy w subtelne kłamstewka na temat rzeczywistości, której dodajemy koloru na Facebooku, by poprawić sobie humor, zamiast zwrócić się o pomoc do Pana w modlitwie. Tym samym pamiętajmy, że naszej wartości nie stanowi liczba polubień, a fakt bycia wszczepionym w Chrystusa. My mamy być coraz mniejsi, On zaś ma wzrastać.

“Przeto czy jecie, czy pijecie, czy cokolwiek innego czynicie, wszystko na chwałę Bożą czyńcie” (1 Kor 10:31)


Światopogląd – kontrowersja czy codzienność

Światopoglądy stały się dziś powszechnymi towarami. Ich skrawki spotykamy wszędzie, nawet jeżeli nie podążamy za szybkim nurtem współczesnej polityki. Obijają nam się o uszy w hasłach ulicznych demonstracji, przepełniają sale kinowe i przenikają naszą popkulturę. Zewsząd słyszymy głosy nawołujące nas do wyjścia ze średniowiecza, do prowadzenia ekologicznego stylu życia, aktywnej działalności społecznej czy samorealizacji za wszelką cenę. Otaczający świat wywiera na nas presję. Słuchając wypowiedzi polityków w mediach, przeglądając Twittera czy czytając wiadomości, jesteśmy ciągle bombardowani twierdzeniami, które pretendują do prezentowania właściwego spojrzenia na świat.

Wiemy więc jedno. Od światopoglądu nie ma ucieczki.

Ale czy światopogląd ogranicza się do naszych przekonań polityczno-społecznych, które aktywnie wyrażamy w dyskusjach? Czy chodzi tu wyłącznie o to, co myślimy o strajkach klimatycznych, uchodźcach, Unii Europejskiej czy aborcji? Czy w takim razie reszta naszego życia pozostaje neutralna, niedotknięta żadnym światopoglądem?

Światopogląd jest pojęciem szerszym, niż mogłoby się wydawać i nie ogranicza się do okazjonalnej dyskusji o edukacji seksualnej lub werbalnej potyczki w mediach społecznościowych, ale obejmuje całą rzeczywistość. Wydaje mi się, że powinniśmy spoglądać na niego jako na zbiór fundamentalnych przekonań, które kształtują całe nasze myślenie i życie.

Nie istnieje sfera neutralna. Coś zawsze będzie informowało nasze postrzeganie rzeczywistości. Jeżeli nie będzie to Słowo Boże, to będzie to coś innego, nawet jeżeli nie będziemy tego świadomi.

Od naszego światopoglądu zależy to, jak oddamy głos przy urnie wyborczej, ale także to, jaka będzie nasza codzienna etyka pracy, nasz stosunek wobec innych i to, jakie decyzje będziemy podejmować.

Współczesne światopoglądowe uniwersum

Internet stał się w ostatnim czasie swego rodzaju rynkiem światopoglądowym. Każdy ma możliwość podzielenia się swoją wizją świata, a przestrzeń mediów stanowi doskonałą platformę do zbudowania społeczności opartych o podobne postrzeganie rzeczywistości, szczelnie zamkniętych w swojej bańce informacyjnej. Obserwujemy więc intensyfikację społecznych podziałów w sferze Internetu, która gwarantuje bezpieczeństwo w gronie innych medialnych wojowników. Anonimowość zezwala na prowadzenie agresywniejszego dialogu, a obozy przeciwstawnych poglądów coraz bardziej się radykalizują, przy czym często poziom debaty ostatecznie spada do konieczności skrywania się za internetowym guru, który “zniszczy” argumenty drugiej strony. 

Nasze czasy charakteryzuje też silny nacisk na indywidualizm i autokreację. To jednostka determinuje dziś nie tylko prawdę, ale nawet samo rozumienie tego, czym prawda jest. Subiektywne odczucia i mniemania nie muszą być mierzone żadnymi obiektywnymi kryteriami – samo ich doświadczanie wystarczy, by uznać je za „prawdziwe”. Spójność spada na drugi plan, a prawda staje się tylko kwestią wyboru, preferencją, która pozwala nam kreować naszą indywidualną i spersonalizowaną wizję świata. Światopogląd nie jest więc czymś, co buduje się na jasno określonych, obiektywnych fundamentach. Jest raczej płynną konstrukcją, zmieniającym się produktem naszego indywidualistycznego stylu życia.

Jak mamy się do tego odnieść jako biblijnie wierzący chrześcijanie? Wobec poruszanych w naszym społeczeństwie tematów na pewno nie możemy milczeć. Nie możemy jednak ulec złudzeniu, że nasz światopogląd to tylko kwestie społecznie kontrowersyjne.

Posiadanie chrześcijańskiego światopoglądu nie oznacza, że fragmentarycznie dobieramy sobie tematy, które pozwolą nam zabłysnąć w dyskusji i zaspokoić potrzebę uwagi.

Wierząc w absolutną wystarczalność Słowa Bożego, nie możemy dzielić ani naszego życia, ani myślenia na różne sfery – takie, w których opieramy się o Słowo Boże i inne, które są światopoglądowo neutralne. Nasz światopogląd nie jest po prostu zbiorem preferencji, które bardziej pasują do naszej wizji świata, ale jest uznaniem tej interpretacji rzeczywistości, którą zawarł w swoim spisanym objawieniu sam Stwórca. W budowaniu go musi towarzyszyć nam pokora, a dyskusje o kwestiach kontrowersyjnych nie powinny sprowadzać się do „zniszczenia” poglądu przeciwnika, tylko do Ewangelii, która jest podstawą naszego spojrzenia na świat. Ostatecznie, nasz chrześcijański światopogląd musi być weryfikowany życiem, które jest z nim zgodne.

Pokusa odrzucenia wystarczalności Pisma Świętego

Trzeba powiedzieć to wyraźnie. Jeżeli nasze myślenie nie będzie zbudowane na Słowie Bożym jako na wystarczającym źródle prawd dla życia w tym świecie, będziemy podatni na zwiedzenie. Część naszego światopoglądu zostanie ukształtowana innymi wartościami i będzie przesiąknięta innym rozumieniem rzeczywistości, niż to, które nadał sam Stwórca.

Świadomie lub nie, potrafimy dzielić nasze życie i myślenie na różne sfery. Szczególnie niebezpieczny jest dualizm, który uznaje Biblię za autorytet tylko w niektórych dziedzinach.

Może np. przedkładamy „obiektywne” opinie ekspertów marketingu nad przesłanie Pisma Świętego. Taki podział w świecie funkcjonuje już od dawna – subiektywne prawdy sfery duchowej uważane są za niekompatybilne z obiektywnymi prawdami nauki. Może jednak nie kwestionujemy świadomie wystarczalności Pisma, ale po prostu niektóre sfery naszego życia pozostają od niego niezależne. Żyją własnym życiem, a my nie dążymy do aktywnego podporządkowania ich prawdom Pisma. A może po prostu wydaje nam się, że Biblia nie mówi tak naprawdę nic o „prawdziwym życiu” i w szarej strefie codzienności jesteśmy zdani tylko na własną mądrość.

Jednak jeżeli jesteśmy osobami wierzącymi, to nie możemy dzielić naszego życia na kawałki. Nie istnieje sfera naszego życia i poglądów, o której Pismo Święte nie miałoby nic do powiedzenia. Oczywiście Biblia nie jest wyczerpującym spisem wszystkich sytuacji, w których się kiedykolwiek w życiu się znajdziemy – ale jednak zasady w niej zawarte można odnieść i zastosować do każdych okoliczności. Bóg, który stworzył wszechświat dał nam takie spisane objawienie, które jest wystarczające, by żyć w tym świecie na Jego chwałę.

Jeżeli punktem wyjścia dla budowy naszego światopoglądu jest wszechpotężny osobowy Bóg i Stwórca, to musimy zrozumieć, że absurdem jest uznać jakąkolwiek sferę naszego życia za niezależną od Niego.

Jeżeli nasz światopogląd nie będzie poinformowany prawdą Bożego Słowa, to zostanie niechybnie poinformowany wartościami tego świata i ukształtowany jego ideologiami. Możemy nawet nie być tego procesu świadomi. Pewnego dnia obudzimy się z przekonaniem, że szczęście przychodzi wraz podążaniem za sercem, złe postępowanie człowieka jest wyłącznie produktem negatywnego wpływu jego otoczenia, kapitalizm czy socjalizm jest odpowiedzią na wszystkie problemy ludzkości, a głównym celem, do którego powinniśmy dążyć jako chrześcijanie jest przemiana społeczeństwa przez polityczny aktywizm. Tak pobudzeni nowymi ideami, spotkawszy na ulicy przypadkową osobę staniemy z nią do walki na śmierć i życie o poglądy polityczne, gotowi zrównać ją z ziemią, gdyby tylko się okazało, że ma inne spojrzenie.

Francis Schaeffer napisał: „Nie ma sensu twierdzić, że On jest Alfą i Omegą – początkiem i końcem, że jest Panem wszystkich rzeczy, jeśli nie jest Panem mojego całego, zespolonego w jedno, życia intelektualnego. Jestem obłudnikiem albo człowiekiem o pomieszanych pojęciach, jeśli śpiewam o Chrystusie jako o Panu, a równocześnie usiłuję zatrzymać pewne dziedziny mego życia jako autonomiczne.” 

Tożsamość chrześcijanina w Chrystusie musi być więc fundamentem, która kształtuje całe jego życie, nie tylko fragmentem jego osoby, który włącza się w trakcie niedzielnego nabożeństwa lub dyskusji teologicznej.

Nie możemy dzielić naszego życia na sferę intelektualną, którą kształtują prawdy Bożego Słowa, i sferę codzienności, która funkcjonuje niezależnie od nich. Jeśli Chrystus faktycznie panuje w naszym sercu, to powinien panować niepodzielnie, a jego Słowo powinno kierować naszym myśleniem, a w efekcie postępowaniem. Jasne, fajnie, że wiemy co Biblia mówi na dany temat i potrafimy to obronić, ale jeśli reszta naszego życia zupełnie przeczy temu przesłaniu, to nasz światopogląd „na pokaz” jest naprawdę bez wartości.

Jak pisze Nancy Pearcey w swojej książce “Total Truth”: „Argumentowanie, że chrześcijaństwo jest zupełną prawdą może wychodzić nam doskonale, ale nasza argumentacja nie zostanie uznana za przekonującą, jeśli nie dostarczymy namacalnej manifestacji tego, jak ta prawda działa w praktyce. Inni muszą zobaczyć na własne oczy, że w naszej codzienności nie traktujemy chrześcijaństwa jako sfery ucieczki, czegoś w rodzaju koca termoizolacyjnego czy zamku bajkowych wierzeń, które poprawiają nasze samopoczucie (…). Werbalna prezentacja przesłania chrześcijańskiego światopoglądu traci swoją moc, kiedy nie potwierdza jej jakość naszego życia.”

Pokusa intelektualnej pychy i światopoglądowej walki na śmierć i życie

Załóżmy jednak, że wierzymy, że Pismo Święte jest wystarczające do adresowania problemów skomplikowanej rzeczywistości, która nas otacza. Studiujemy je i dążymy do tego, by to jego zasady kształtowały nasz światopogląd. Cieszymy się spójnością, którą Pismo nam gwarantuje. Łatwo jednak w takim momencie może wkraść się w naszą postawę nutka intelektualnej pychy. Zaczniemy prowadzić dyskusje o światopoglądzie tylko po to, by nakarmić własne ego i będzie nam bardziej zależeć na przeforsowaniu własnych, nawet właściwych racji, niż podzieleniu się Ewangelią lub zachęceniu innej osoby.

Musimy pamiętać, że jako chrześcijanie rozumiemy prawdy Ewangelii tylko i wyłącznie dlatego, że Bóg pozwolił nam je poznać.

Nie doszliśmy do nich pracochłonnym rozumowaniem. Gdyby nie Boża interwencja w nasze życia, ciągle tkwilibyśmy w dawnym sposobie myślenia, który Paweł w Liście do Rzymian 1:28 opisuje w ten sposób: „Dlatego również Bóg wydał ich na pastwę rozumu, niezdolnego do trafnych ocen, tak że czynią to, co nieprzyzwoite.” To łaska, że znając prawdę, możemy budować na niej całe nasze myślenie i życie. To łaska, że możemy studiować Pismo Święte, ucząc się tego, co ono mówi o całości otaczającej nas rzeczywistości. Nie mamy więc czym się wywyższać. Nie możemy dumnie uważać się za niepowtarzalnych indywidualistów, którzy zdołali sami zbudować spójny światopogląd. Mądrość, którą czerpiemy z kart Pisma Świętego nie jest naszym wytworem. To sam Bóg jest jej dawcą.

Co więcej, nie jesteśmy wszechwiedzący. Nasz światopogląd jest czymś, co ciągle się rozwija. Nasze poznanie niezmiennego Pisma Świętego rośnie wraz z każdym dniem życia z Panem. Umiejętność praktycznego zastosowania zasad Pisma Świętego do często skomplikowanych sytuacji naszego codziennego życia jest procesem lepszego poznawania Boga i czerpania z mądrości innych wierzących. Nie ma tu miejsca na pychę ani na pozbawione miłości udowadnianie innym, że są daleko za nami na ścieżce światopoglądowego rozwoju.

Światopogląd w praktyce czyli o co tak naprawdę walczymy

Ostatecznie, musimy zastanowić się gdzie angażujemy naszą energię. Tak, nasze myślenie o sprawach społecznych powinno wypływać z naszego rozumienia Pisma Świętego. Ale czy jesteśmy gotowi z taką samą energią i zaangażowaniem głosić Ewangelię naszemu otoczeniu, z jaką gotowi jesteśmy walczyć o nasze polityczne racje, nawet takie, które uważamy za poparte biblijnymi argumentami? Czy inwestujemy więcej energii w nasze życie duchowe, w nasz wzrost w Chrystusie, w służbę lokalnego kościoła, niż na polityczne potyczki w Internecie lub w rzeczywistości? Czy dbamy bardziej o te sfery naszego światopoglądu, którymi będziemy mogli zabłysnąć w dyskusji, czy raczej chcemy, by całe nasze życie znalazło się pod kontrolą biblijnego myślenia? Czy jesteśmy dogmatyczni i gotowi „zniszczyć” każdego, nawet chrześcijanina, którego poglądy na kwestie społeczne są nieco inne?

Żyjemy w epoce, w której przynależność do danego politycznego środowiska stała się jednym z pierwszorzędnych kryteriów samoidentyfikacji. Ta mentalność potrafi przenikać również do chrześcijańskich środowisk. Jeżeli jednak pozwolę, by moim głównym kryterium samoidentyfikacji stała się przynależność do danego środowiska partyjnego, nawet jeżeli jego postulaty zgodne są z moim chrześcijańskim światopoglądem, to daję się odciągnąć od głównego celu.

Czasami w obliczu presji otaczającego świata, może nam się wydawać, że jedyną nadzieją dla naszego społeczeństwa jest przyłączenie się do konkretnego środowiska politycznego, które obroni tradycyjne wartości. Jasne, ważne jest zajmować pozycję w kwestiach moralnych, głosować zgodnie z naszym sumieniem, bronić praw nienarodzonych, opowiadać się za nienaruszalnością Bożego porządku stworzenia, ale nie pozwólmy, by nasza walka toczyła się wyłącznie i pierwszorzędnie na polu politycznym.

Polityczny aktywizm nie zbawi naszego społeczeństwa. Nawet gdyby wypełniło ono wszystkie postulaty, które przedstawiamy, to i tak desperacko potrzebowałoby Ewangelii.

Każde społeczeństwo, niezależnie od tego jak bardzo jego system prawny i kultura odzwierciedlają szeroko pojęte chrześcijańskie wartości, potrzebuje Ewangelii. To nie moralizm zbawia, ale Ewangelia. Musimy pamiętać, że to ona przemienia życia i świat, nie wyłącznie nasze polityczne zabiegi.

Nasz światopogląd jest ważny, ale jeżeli nie będzie prezentowany w związku z przemianą życia, to będzie tylko moralistycznym zestawem pustych postulatów. Jako chrześcijanie możemy identyfikować się z postulatami konserwatywnych partii politycznych, ale musimy pamiętać, że kieruje nami zupełnie inna motywacja. Naszą główną motywacją nie jest powierzchowna zmiana społeczeństwa, ale zmiana serc i żyć, której może dokonać tylko Ewangelia.

Oczywiście, powinniśmy zabierać głos w sprawach, które budzą naszą troskę lub niepokój, ale to wszystko powinno stać na fundamencie naszego głównego dążenia – głoszenia Ewangelii i praktykowania jej we wszystkich kontekstach naszego życia. Nasz światopogląd przecież rozpoczyna się i wyrasta właśnie z niej. Nie ma prawdziwie chrześcijańskiego światopoglądu bez Ewangelii.

Wszystkie nasze przekonania dotyczące człowieka, sensu życia i odpowiedzialności moralnej przed Bogiem powinny wynikać z Pisma Świętego.

Jeżeli więc angażując się w długotrwałe dyskusje o szeroko pojętych „sprawach światopoglądowych”, nie wspominamy słowem o przesłaniu Ewangelii, to co tak naprawdę osiągnęliśmy?

To ją chcemy głosić i ją przekazać, a nie za wszelką cenę dążyć do przekonania kogoś do przyjęcia postulatów danej ideologii politycznej lub naszego własnego spojrzenia na skomplikowane kwestie społeczne, o których często nie mamy pełnej wiedzy. Mamy ograniczoną energię i czas. Na co je poświęcimy?

Fundamenty chrześcijańskiego światopoglądu

Jak już częściowo wynika z poprzednich akapitów, chrześcijanin posiada narzędzia do interpretowania otaczającej go rzeczywistości. Posiada Boże spisane objawienie, będące zbiorem prawd, które Bóg pozostawił dla ludzkości w swoim objawionym Słowie. Bóg od samego początku stawiał człowieka przed faktami dokonanymi. Sam pierwszy werset Biblii jest stwierdzeniem. “Na początku stworzył Bóg niebo i ziemię”. Nie ma wobec tego żadnej dyskusji.

Tylko Stwórca ma prawo do właściwej interpretacji rzeczywistości, którą stworzył. Prawdziwa interpretacja nie jest odczuciem ani tym, co się komuś wydaje. Jest realną odpowiedzią na pytanie – „co autor miał na myśli”. My możemy tylko tą interpretację przyjąć. Światopogląd chrześcijański, zawarty w Piśmie Świętym, będzie więc spójny i niesprzeczny. Będzie odnosił się do każdego aspektu życia człowieka – ponieważ Bóg panuje suwerennie nad całym światem, nie tylko jakąś mgliście definiowaną sferą duchową. Powinien kształtować zarówno nasze przekonania na tematy kontrowersyjne, jak i praktykę codziennego życia z Panem.

Chrześcijański światopogląd nie tylko pozwala nam interpretować rzeczywistość, ale także nas przemienia w procesie naszego poddawania każdej myśli w posłuszeństwo Chrystusowi.

Chrześcijański światopogląd nie jest więc kolejną opcją na półce ideowego supermarketu i nie sprowadza się po prostu do spójnego pakietu intelektualnych postulatów, które pomogą nam wygrać każdą dyskusję i wzbudzą podziw w oczach innych. Nie jest też, i nie może być, atrakcyjnym dodatkiem do życia, bufetem poglądów, z którego możemy dowolnie wybierać to, co się nam podoba. Wręcz przeciwnie. Musi być wszystkim albo niczym. Musi kształtować całą naszą codzienność.

Dla zainteresowanych tematem bardzo polecam poniższe pozycje:
“Total Truth: Liberating Christianity from Its Cultural Captivity”, Nancy Pearcey
“Dokąd?”, Część I, Francis Schaeffer (w angielskim wydaniu Escape from Reason”)


Chrześcijańskie marzycielstwo, czyli o tym dlaczego wiara w Boga to nie american dream

Podobno w życiu ważna jest rutyna, prawda? Budzisz się o 5:00 rano pełen ducha, przed odgłosem budzika. Na szafce nocnej leży Twoje ulubione wydanie Słowa Bożego. Strony, gdzieniegdzie subtelnie pozaginane od częstego przewracania, komponują się kolorystycznie z kartkami skrzętnie zapełnionymi notatkami z wczorajszego kazania. Wstajesz ochoczo z łóżka, przechodzisz pełen życia przez swoją idealnie wysprzątaną sypialnię, pościel pachnie świeżością, a w powietrzu unosi się zapach świeżo zmielonej kawy, której gorący kubek podaje Ci podśpiewując Psalm 23 Twoja piękna żona. Dzieci, wesoła gromadka pociech, śpią smacznie w swoich łóżeczkach, kiedy oboje rozpoczynacie dzień wspólnym studiowaniem Słowa i uwielbieniem Boga. Jesteście autentycznie wdzięczni za kolejny piękny dzień, za Twoją wspaniałą pracę, za wasz wspaniały dom z basenem i wspaniałość tej całej wspaniałości. Jednak ten scenariusz, przyznajmy szczerze, jest dość nieprawdopodobny.

Możemy, na potrzeby tego tekstu, dowolnie sobie zmodyfikować ten wstęp. Bardziej odpowiada Ci scenariusz osiągnięcia krańcowych wyżyn intelektualnych, filozoficznej stabilności i posiadania wszelkich książek teologicznych by zdobywać uznanie wśród apologetów? Proszę bardzo. Bycie niezależnym i nieustraszonym misjonarzem, który niczego nigdy się nie lęka, nie ma momentów załamania i jest podziwiany za odwagę? Nie ma sprawy. Stanie się idealnie beztroskim i rozpoznawalnym influencerem chrześcijańskim na Instagramie czy Twitterze? Również dozwolone.

Sęk tkwi w tym, że każdy z nas ma jakąś wizję dla swojego życia i niekiedy wielu z nas myli się co do tego, jaką wizję dla naszych żyć ma nasz Stwórca. A wbrew pozorom, to co Bóg dla nas zaplanował to nie jeden wielki american dream tu, na ziemi i musimy przestać sobie to wmawiać.

Dorobić się, czyli amerykański sen w sensie kulturowym

Pojęcie amerykańskiego snu rozumiane w sposób kulturowy można ująć w skrócie jako marzenie o wolności, osobistym szczęściu, zapewnieniu sobie życiowych perspektyw, materialnego komfortu i trwałego, nierozrywalnego spełnienia zamkniętego na własnym życiowym podwórku. W tym sensie, pomijając aspekt historyczny i skupiając się na ogólnie rozumianym pojęciu, jest to pewien sposób patrzenia na rzeczywistość, który ukierunkowuje to spojrzenie w określonej formie i determinuje kierunek wyznaczanych celów i marzeń. Marzenia te mają być wynikiem ciężkiej pracy i długich godzin poświęconych na ich realizację, mają być (najczęściej) kwintesencją materialnych błogosławieństw możliwych na ziemi, a także skierowane są na łaknienie i  zdobywanie tych błogosławieństw.

Problem w tym, że takie podejście generuje ryzyko wiary w Ewangelię sukcesu – Ewangelię, w której Bóg przypomina bardziej Świętego Mikołaja, który grzecznym i bardziej aktywnym dzieciom daje lepsze prezenty –  bardziej niż w Ewangelię objawioną nam w Słowie Bożym.

Tak samo, moim zdaniem, możemy podejść do marzeń duchowo-intelektualnych, już częściowo zaakcentowanych powyżej – marzeń o tym, by w toku “samodoskonalania się” nieustannie tryskać zaraźliwym optymizmem, osiągnąć wyżyny intelektualne, rozwinąć w sobie imponujący poziom empatii, czy umiejętności retorycznych – ot tak, niby dla Boga, ale bardziej dla siebie.

Lament niespełnionej nadziei i ryzyko samouwielbienia za zasługi

Kiedy amerykański sen przyjmiemy jako nasze oczekiwanie wobec życia chrześcijańskiego szybko się zawiedziemy. Po pierwsze dlatego, że granica między konsekwentnym stawianiem sobie celów, a legalizmem “w imię marzenia” jest dość cienka. Po drugie, zawiedziemy się, bo szybko zobaczymy, że narzuciliśmy sobie standard, którego sami z siebie nie możemy spełnić i część z nas zacznie ukrywać ze wstydu niedociągnięcia, wprowadzając w ten schemat innych wierzących – co doprowadzi nas do błędnego koła. Po trzecie, możliwe że będziemy wierzyć w jedyny możliwy scenariusz (przypominający checklistę typu “zbudować dom, spłodzić syna, zasadzić drzewo”) życia chrześcijańskiego, czyniąc z niego bardziej jałową kulturę niż wiarę. I wreszcie – po czwarte i najważniejsze – zaczniemy żyć nadzieją na spełnienie naszych ziemskich marzeń bardziej niż nadzieją, którą mamy w Chrystusie.

Aktywne sięganie po marzenia, a wiara we własną uczynkowość

Przecież logicznym, jest, że jeżeli rozumiemy właściwą teologię oraz pełnimy jakąś służbę w kościele, to nasze życie powinno pokrywać się z naszym zamierzonym wzorem życia, wzorem męża i wzorem narzuty na kanapę, prawda? Niekoniecznie.

Podkreślmy to wyraźnie – nikt nie mówi, że dbałość o własną dyscyplinę duchową i dążenie do aktywnej realizacji tego, do czego Bóg nas powołuje, jest złe, a na pewno nie mówi tego Pismo Święte. Jednak Słowo Boże nigdzie nie każe nam dywagować i rozliczać się z tego jakie pięć kroków podjąć, by osiągnąć sukces w życiu na dowolnym polu, jakby to tylko od nas zależało.

Tu nie chodzi o to, by wykonywać zalecenia i być uprawnionym do stawiania roszczeń. Nie chodzi nawet o to jak “silną” wiarą dysponujemy, jak gdyby mogła naszemu Stwórcy jakkolwiek zaimponować. Mamy wykonywać zalecenia i ufać, mając na uwadze, że ostateczne słowo należy do Boga.

Pismo mówi o tym, jakie zachowanie i podejście jest właściwie, a nawet, że Bóg spełni nasze prośby – “Jeżeli we Mnie trwać będziecie, a słowa moje w was, poproście, o cokolwiek chcecie, a to wam się spełni” (J 15:7). Kluczowe tutaj jest to, że fraza “jeżeli będziemy trwać w Nim” nie oznacza emocjonalnych uniesień i przyzwoitego czasu słuchania kazań na YouTube w tygodniu. Nie deklaruje nam również, że jest jakiś określony pułap czasu, w którym Bóg powinien zareagować na naszą prośbę i to jeszcze dokładnie tak, jakbyśmy tego chcieli.

Trwanie w Nim nie jest nieustanną, estetyczną i pozbawioną jakichkolwiek zmartwień celebracją, którą wypracowaliśmy sobie sami. 

To nie dążenie po trupach do celu, kierowanie się jakimś rekomendowanym planem, ani odhaczanie kolejnych punktów z listy, finalnie czyni nasze marzenia możliwymi, a działanie i wola Boża, której część przedstawiono nam w Jego Słowie. Trwanie w Nim więc, to poznawanie Go coraz lepiej poprzez Jego Słowo, a nie doklejanie wizerunku Boga do osobistych marzeń o sukcesie zawodowym czy rodzinnym.

Musimy przyjąć do wiadomości i uświadamiać siebie nawzajem, że kiedy jesteś człowiekiem zbawionym, nie oznacza to, że nagle uzyskałeś dostęp do tygodniowego planu jak żyć życiem chrześcijańskim by nie podwinęła Ci się noga i Twoje kroki nigdy się nie zachwiały.

Nie pokładajmy ufności we własnych czynach i nie myślmy też, że nigdy nie upadniemy, bo jesteśmy oświeceni wiedzą i zawsze robimy z niej należyty użytek. Wiedza czy dobra rutyna jest istotna i wskazana, jednak to, co otrzymaliśmy to możliwość bycia dyscyplinowanymi i korygowanymi między innymi przez cierpienia. Konfrontowanymi z własną pychą. Bycia pewnymi, że żadnym czynem nie jesteśmy ani trochę lepsi, bo Bóg patrzy na nas przez pryzmat Chrystusa.

I tak, jeżeli marzysz chociażby o tym, by skończyć studia, to nie możesz być wobec tego celu pasywny – podejmujesz pewne działania, by to zrealizować. Tak samo, kiedy chcesz wstąpić w związek małżeński – magiczna pewność, że ktoś ma być Twoim współmałżonkiem nie pojawia się znikąd, tylko Bóg daje Ci ją w toku działań, które podejmujesz stawiając w relacji z drugą osobą na pierwszym miejscu przyniesienie chwały Panu – aktywne, wyrażające się w Twoich działaniach, a nie w idei niemającej pokrycia z rzeczywistością.

Jednak pamiętajmy, że finalnie to nie nasze uczynki kształtują rzeczywistość przed nami, a Bóg. I jeżeli istnieje jakiś efektywny chrześcijański coaching, to nie w 5 sposobach na udane życie chrześcijańskie, a w aktywnym trwaniu w Jego Słowie i czekaniu na Jego przyjście.

Standard “nieosiągalny” czyli nieprawdopodobne nie znaczy, że niemożliwe

Scenariusz przedstawiony we wstępie nazwałam nieprawdopodobnym, jednak nie oznacza to, że jest on niemożliwy. Nie wykluczam, że są osoby, chociażby doświadczone w wierze, którym udaje się przez pewien czas utrzymać swoją rutynę dnia na takim standardzie i którym Bóg pobłogosławił także materialnie.

Uważam, że piękne jest to, jak Chrystus zmienia życia każdego z nas i wielu z nas daje takie, których byśmy sobie nie wyśnili. Dobrze jest być wdzięcznym za  piękno codzienności, dobrze jest o tym mówić, wychwalać Pana i dzielić się tym. Ale nie twórzmy iluzji, że zawsze udaje nam się nam być tak idealnymi jak byśmy tego chcieli. Nieumiejętność przyznania się do błędu jest pychą.

Jednym z najniebezpieczniejszych kłamstw, jakie możemy sobie wmówić w reakcji na widok perfekcyjnych chrześcijańskich żyć jest to, że posiadając jakieś zmagania, nie pasujemy do tego środowiska.

I nie chodzi tylko o to, że nie wszyscy z nas na ten moment potrafimy zarządzać rozsądnie swoim czasem, albo że nie każdego stać na to, by jego dziecko chodziło od zawsze do szkoły muzycznej i znało biegle kilka języków. Możliwe, że w przeszłości, przed nawróceniem, robiłeś naprawdę spektakularnie krzywdzące rzeczy, których Twoi znajomi wychowani w domach chrześcijańskich nie mieli okazji poznać i fakt tego “splamienia przeszłości” niesamowicie Cię przytłacza, bo odstajesz od domniemanej kultury.

Najbardziej podstępne kłamstwo mówi nam, że jesteśmy jedyni, którzy zmagamy się z wątpliwościami, grzechem, lękiem czy strachem, czy też ograniczeniem własnego umysłu. Jednak gdyby tak było, podejrzewam, że Biblia nie byłaby przesiąknięta wersetami dotyczącymi walki duchowej, a na pewno Bóg nie umieściłby w niej Psalmów Dawidowych – w których niejednokrotnie widzimy psalmistę we łzach, niekiedy negującego to, czy Bóg w ogóle go słyszy.

Nie brzmi to jak american dream, prawda? Hiob także nie miał zbyt wielu ziemskich powodów do radości, kiedy stracił wszystkie swoje dzieci, a ciało miał pokryte trądem. Nie chodził z przyklejonym uśmiechem do twarzy. Paul Washer napisał kiedyś :
“Czasem wstajesz rano i nie chcesz czytać Słowa Bożego, podobnie jak czasem moje serce jesteś ospały, lecz gdy idziemy przez dzień czujemy się tak przekonani o tym, co zrobiliśmy i zdaję sobie sprawę, że muszę zwrócić się do Słowa Bożego. Potrzebuję modlitwy. Potrzebuję pomocy. Potrzebuję wzrastać. To jest znak chrześcijaństwa.”

Miejmy świadomość, że potrzebujemy pomocy. Chrześcijaństwo nie polega na tym, że od momentu nawrócenia wstępujemy na świetlaną ścieżkę amerykańskiego snu i od tej pory prowadzimy idealne życia, przestajemy grzeszyć i w końcu mamy kontakt z Bogiem, który z pewnością pobłogosławi nam dobrym zdrowiem, nieustającą euforią i pomyślnością.

Stając się uczniem Chrystusa dostajemy nowe serce i rozpoczynamy walkę, w której po raz pierwszy mamy realną siłę przeciwstawić się grzechowi. Siła ta pochodzi od Boga i stopniowo zmienia nasze pragnienia. Najwięcej o swoim Stwórcy uczymy się, kiedy upadamy i widzimy jak bardzo słabi jesteśmy sami, więc nie bądźmy zaskoczeni, że nie prowadzimy idealnego życia jak z filmu.

Nie wmawiajmy sobie, że w chrześcijańskim życiu, na poziomie ziemskim, nie ma zmartwień. Fakt, że nie powinniśmy się na nich skupiać, tylko wierzyć w to, że wszechmogący Bóg się o nas zatroszczy i ufać Mu nie wyklucza tego, że będziemy upadać, doprowadzać się do intelektualnego masochizmu i przez jakiś czas powielać błędy. Pytanie jak będziemy na to reagować.

Nie chcemy popaść w żadne ekstremum – nie skupiajmy się na cierpieniach, powtarzając jacy to jesteśmy źli, bo staniemy się chrześcijańskimi nihilistami. Ale też nie ukrywajmy tego, że chrześcijaństwo nie jest cukierkowym wesołym miasteczkiem, a przyjmijmy, że bardziej można je porównać do realnego pola bitwy – ze sobą, z grzechem, z wartościami tego świata. Do bitwy, która jest trudna, ale finalnie zakończy się triumfem i w której nie jesteśmy sami.

Niebezpieczeństwo “chrześcijańskiej checklisty”

Umówmy się – nie wiemy jaki scenariusz zaplanował dla nas Pan Bóg jeśli chodzi o Jego wolę suwerenną. Nie wiemy jeszcze gdzie będziemy mieszkać za pięć lat, być może nie wiemy jeszcze co będziemy studiować. Więc nie ulegajmy pokusie ujednolicania tych scenariuszy, przeglądania zdjęć znajomych i ciągłego porównywania siebie do innych. Nie zakładajmy, że jest jeden określony model życia w sferze fizycznej (bo duchowo oczywiście dążymy do jednego celu) w który należy się wpasować. Wystarczy spojrzeć na to jak bardzo różne życia i różne statusy mieli apostołowie. Wystarczy spojrzeć na to, kim był Mojżesz, a kim Rut. 

Bóg jest tym, który daje chcenie i wykonanie, wiec jeżeli stawiamy Go na pierwszym miejscu, On da nam przekonanie poparte Swoim Słowem co do tego, gdzie powinniśmy się znajdować.

Wcale nie musi to być najpopularniejsza wizja chrześcijańskiego amerykańskiego snu. Nie każdy z nas musi być niesamowicie wykształcony. Nie każdy musi mieć wielki dom. Nie wszyscy wstępujemy w związki małżeńskie. Nasze życia są scenariuszami pisanym przez naszego Stwórcę, więc skupiajmy się na poznawaniu Jego woli znajdującej się w Słowie Bożym. Stawiajmy Go na pierwszym miejscu i nie próbujmy odtwarzać chrześcijaństwa kulturowo. Nasze pragnienia będą właściwe, kiedy w pierwszej kolejności będziemy pragnąć głębszego poznania Chrystusa.

Chrześcijaństwo nie jest kulturowo ustanowioną checklistą, na której możemy sobie odhaczyć dorobek. Nie jesteśmy bardziej chrześcijanami kiedy osiągamy i odhaczamy punkty z listy “studia teologiczne”, “małżeństwo”, “dom”, “dziecko”, “misja”, no bo wszyscy to mają. Każda z tych rzeczy jest dobra i każde marzenie o niej jest dobre tylko w przypadku, jeżeli pierwszym z marzeń jest oddanie Bogu należytej chwały będąc tu i teraz, z przyjęciem faktu, że to Bóg ostatecznie zdecyduje o naszej przyszłości.

Prawdziwa nadzieja

Gwoli zakończenia, w kulturze widoczna jest pewna fascynacja nadzieją. Mamy nadzieję na lepsze jutro, na lepsze warunki pracy, na awans, na stypendium naukowe, na posiadanie czegoś, spotkanie kogoś, na spełnienie marzeń. Mamy w te marzenia wierzyć i najlepiej jeszcze wprowadzać się w błogi, marzycielski stan, kiedy to leżąc w łóżku wieczorem snujemy opowieści, tworząc wizualizację tego, czego byśmy chcieli.

Kiedy Biblia mówi o nadziei jest to nadzieja oparta na dobrej nowinie. Jest to nadzieja, która objawia się tym, jak radzimy sobie, kiedy pojawiają się trudności. Nadzieja, która pokazuje tak naprawdę naszą wiarę i ufność. Nie jest to jedynie frazes powtarzany w niepewnych sytuacjach, by podtrzymać iskierkę optymizmu, a realna ufność w to, że Bóg dotrzymuje swojego słowa.


Biblia nie mówi o nadziei jako o oczekiwaniu na coś niepewnego. Mówi o nadziei nadrzędnej, która powinna dawać nam spełnienie i radość z życia – o nadziei, jaką mamy w Chrystusie, o pewności na Jego ponowne przyjście. Jest czymś, co ma nas podnosić z trudności przypominając nam o tym, co ma nadejść. I nie opiera się na snuciu scenariuszy bez pokrycia, na kreowaniu sobie w głowie wersji wydarzeń, których nie jesteśmy pewni, czy kiedykolwiek nadejdą. Polega na radości z ufności, jaką możemy położyć w naszym Zbawicielu. Najpiękniejszą z nadziei jest ta, której jesteśmy pewni, że będzie spełniona. Nie dzięki nam, nie dzięki naszym czynom, a dzięki Bogu.

Wiara w Boga, która jest wiarą zbawczą nie jest jednoznacznym wkroczeniem w koncepcję amerykańskiego snu, ze względu na to, że to nie ziemskie spełnienie powinno być naszym marzeniem i celem.

Żyjmy więc uchwyceni nie nadziei opartej na estetycznie wykreowanych przez nas najbardziej pożądanych wizjach rzeczywistości, a nadzieją Chrystusową.