Wybieram więc jestem? O chrześcijańskiej tożsamości w kulturze pełnej sprzeczności

Chyba trudno dziś o pytanie bardziej istotne, a jednocześnie bardziej konfliktogenne niż pytanie o tożsamość.

Obserwacja aktualnych trendów pozwala dostrzec dwa charakterystyczne sposoby jej postrzegania. Z jednej strony mówi się o niej jako o czymś stosunkowo stałym i niezmiennym, czego należy szukać, i co można znaleźć. Z drugiej strony widziana jest jako przedmiot naszego całkowicie subiektywnego wyboru, środek manifestacji niczym nieograniczonej wolności ludzkiej. Te dwa czynniki łączą się i kształtują dyskurs naszych czasów – w których desperackie pragnienie „odnalezienia” prawdziwego siebie współistnieje z przekonaniem, że nie ma właściwie niczego do odnalezienia – bo żadne obiektywne prawdy na temat ludzkiej natury nie istnieją. Te dwie narracje, choć sprzeczne w swoich fundamentalnych założeniach, przewijają się nieustannie w wielu współczesnych debatach moralnych.

Kultura wyboru

W postmodernistycznym ujęciu tożsamość jednostki jest wypadkową nieustannie zmieniających się czynników wewnętrznych i zewnętrznych – środowiska, wychowania, kręgu znajomych, doświadczeń, emocji, rynku, mediów, a nawet każdej pojedynczej sytuacji. Według socjologa Zygmunta Baumana, „poszukiwanie tożsamości jest nieustanną próbą zatrzymania lub choćby spowolnienia biegu tego strumienia, zestalenia tego, co płynne, nadania formy temu, co bezforemne”(1).

Niektórzy w tym podejściu do tożsamości idą nawet dalej, negując samo jej istnienie. Skoro wszystko się zmienia, i dziś nie jestem już osobą, którą byłam 3 lata, 8 miesięcy, 2 dni, czy nawet 2 godziny temu, to gdzie właściwie jest moje „ja”? Jeżeli moje zwyczaje i poglądy są w dużej mierze zbudowane na tym, co zaobserwowałam i usłyszałam od innych na różnych etapach mojego życia, to czy istnieje cokolwiek prawdziwie „mojego”? Czy jeżeli każdy moment życia wymaga ode mnie dostosowania się do konkretnej społecznej sytuacji i przez to zmodyfikowania mojego zachowania, to czy to „ja” naprawdę istnieje?

Ponieważ więc świat się nieustannie zmienia i brak jakichkolwiek podstaw do zdefiniowania natury ludzkiej, głównym fundamentem tożsamości w naszej kulturze staje się wybór. Wybór zapewnia pozór spójności i wnosi tymczasowy porządek do chaotycznej rzeczywistości. Jeżeli jestem faktycznie produktem mojego otoczenia i zlepkiem wpływu innych, to jedyną moją nadzieją i ostatnią deską ratunku jest podjęcie jakiegoś aktu niezależności. Ten akt wyboru stał się dziś wartością samą w sobie, czymś wręcz świętym i nienaruszalnym. Suwerenni i silni, bierzemy płynną rzeczywistość w swoje ręce i stajemy się kowalami własnego losu. Jak pisze Bauman, „najprostszym sposobem zaspokojenia tożsamościowych marzeń i fantazji staje się możność „nabycia” tożsamości, autentyczna lub tylko wydumana konsumencka wolność wyboru własnej tożsamości i używania jej nie krócej i nie dłużej, jak to potrzebne”(2).

Jednak nie wystarczy jeden wybór. Potrzebne są tysiące. Budowa tożsamości wymaga wysiłku. Liczba opcji jest nieskończona. Dlatego też wszystko dziś powinno dać się spersonalizować i dostosować do naszych indywidualnych preferencji – od ubrań, kawy i seriali na Netflixie, po płeć i przekonania religijne. Te wybory stają się szansą potwierdzenia wobec innych naszej tożsamości, a także odnalezienia, choć tymczasowo, fundamentu w obliczu nieustannych zmian. Jednak w tym chaosie, w którym ciągle jesteśmy zmuszeni do kreowania siebie samych, tożsamość staje się męczącym teatrzykiem, który musimy odgrywać przed wymagającą publicznością.

Poszukiwanie fundamentu

Spójrzmy teraz na drugą stronę medalu. Choć nasza kultura otwarcie celebruje relatywizm i w zadeklarowany sposób odrzuca istnienie „ludzkiej natury”, to wciąż funkcjonują w niej różnorodne narracje o tym, jaki człowiek jest. Słyszymy, że jest z natury dobry, że posiada niezbywalne prawa, że jest istotą społeczną, że jest produktem ewolucji, że jest wolny. Ale jak to? Czyżby mimo wszystko na temat tożsamości człowieka można było powiedzieć coś obiektywnie prawdziwego?

Wydaje się, że praktyczny postmodernizm, według którego nic trwałego o naturze ludzkiej powiedzieć nie można, jest po prostu zbyt trudny do zrealizowania. Zresztą człowiek nie został stworzony do takiego życia. Opisujemy rzeczywistość i wypowiadamy twierdzenia na jej temat, bo w głębi serca wiemy, że jest ona znacząca – że rządzi nią pewien sens i głębsza logika. Że człowiek nie jest po prostu konstruktem – ale że jest kimś niezależnie od swojego wyboru. Problem tkwi w tym, że człowiek nie szuka swojej tożsamości u jedynego źródła, u którego może ją znaleźć. Chce być kimś naprawdę, ale nie chce przyjąć diagnozy samego Boga. Wiązałoby się to bowiem z koniecznością przyznania, że istnieje Ktoś ponad nami, kto określa prawo moralne, i przed kim jesteśmy w związku z tym odpowiedzialni. A taka narracja, jak czytamy w 1 Liście do Koryntian 1:18, jest dla świata głupstwem.

Zniewolona grzechem i odrzucająca porządek Stwórcy jednostka nie będzie mogła odnaleźć „prawdziwego siebie”. Będzie skazana na nieustanne miotanie się między własnymi emocjami, preferencjami i decyzjami – nie zadawalając się ostatecznie żadnym wyborem, pragnąc stabilności, ale nie szukając jej tam, gdzie trzeba. Pogoń za tożsamością, cytując słowa Kaznodziei, także jest marnością i gonitwą za wiatrem (3).

Nieważne jak bardzo byśmy chcieli, nasz wybór nie może zmienić naszej najbardziej podstawowej natury – tej nadanej przez Boga w stworzeniu, a następnie skażonej grzechem w wyniku upadku Adama i Ewy. Możemy zmieniać nasze zachowanie i poglądy, dekonstruować wszystkie pojęcia, od moralności po płeć, przyjmować różnorodne światopoglądy i twierdzenia na temat rzeczywistości, ale esencja naszego człowieczeństwa pozostaje wywiedziona z Historii szerszej niż my sami, w której stoimy przed Bogiem jako byty stworzone, nie autonomiczni stwórcy. Jak napisał św. Augustyn: „Stworzyłeś nas bowiem jako skierowanych ku Tobie. I niespokojne jest serce nasze, dopóki w Tobie nie spocznie” (4).

Widzimy więc dwa krańce tożsamościowego spektrum. Po jednej stronie jest tożsamość-konstrukt, będąca produktem ludzkiego suwerennego wyboru, a po drugiej tożsamość obiektywna, niezbudowana jednak na fundamencie biblijnej prawdy o człowieku.

Jak jako chrześcijanie możemy odnaleźć się w tym swoistym labiryncie?

Tak oto stoimy, ale na czym?

Jako ludzie wierzący doświadczamy i uznajemy zmienność rzeczywistości. Z biegiem czasu zmieniają się nasze poglądy i preferencje. Zmieniamy się my sami – przeprowadzamy się, starzejemy, kształtowani różnorodnymi doświadczeniami, rośniemy w poznaniu Pana i w procesie uświęcenia. W tym wszystkim kluczowe jest uznanie, że ostoją tego, kim jesteśmy, nie jesteśmy my sami – ani nieustannie doświadczane przez nas zmiany. Podobnie i pewność naszego zbawienia nie tkwi w możliwości precyzyjnego przywołania jakiegoś momentu – bo przecież wspomnienia także ulegają zmianie. Pewność mojego zbawienia, jak i całej mojej tożsamości znajduje się nie we mnie, ale poza mną – w samym Bogu, który jest sprawcą i dokończycielem wiary.

To jest fundamentem chrześcijańskiego podejścia do tożsamości. Cytując apostoła Pawła, to w Bogu „żyjemy, poruszamy się i jesteśmy”. On, jako Stwórca „daje wszystkim życie i tchnienie i wszystko” (Dz 17:28). Tożsamość człowieka jest zakorzeniona w Bogu, na którego obraz został ukształtowany. Tak samo jak wynalazca decyduje o przeznaczeniu urządzenia, które skonstruował, tak samo nasz Stwórca zdecydował o tożsamości i celu istnienia człowieka, który jest dziełem Jego rąk. To On nadał mu znaczenie. Człowiek nie jest istotą statyczną, o czym wiemy już z pierwszych kart Biblii – ale jego podstawowa tożsamość została jasno zdefiniowana przez słowa Księgi Rodzaju 1:27: „Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz. Stworzył go na obraz Boga – stworzył ich jako mężczyznę i kobietę” (5).

Co stworzenie na Boży obraz mówi nam o tożsamości człowieka? Jak pisze pastor John Piper: „Bóg stworzył nas na swój obraz, abyśmy manifestowali, odzwierciedlali lub też wyrażali to, kim On jest; jak wielki jest i jakie są jego atrybuty. Zostałem stworzony jako lustro” (6). Celem stworzonego tak człowieka, jak czytamy w Konfesji Westminsterskiej, jest „chwalić Boga i radować się Nim na wieki”.

Wiemy jednak, że pierwsi ludzie upadli i miało to konsekwencje dla całego rodzaju ludzkiego – w liście do Rzymian 5:12 apostoł Paweł pisze: „Dlatego jak przez jednego człowieka wszedł na świat grzech, a jako skutek grzechu śmierć, tak też śmierć dotknęła wszystkich ludzi, ponieważ wszyscy zgrzeszyli”. W ludzką tożsamość wkroczył grzech. Bezpośrednią konsekwencją upadku jest odrzucenie autorytetu Bożego i nieoddanie mu czci jako Stwórcy i Prawodawcy, który ma prawo określać to kim jesteśmy i jak powinniśmy postępować. Człowiek zostaje oderwany od źródła swojej tożsamości. Świat ogarnia chaos.

Twardy grunt w płynnej rzeczywistości

Odwiecznym problemem człowieka od momentu upadku jest poszukiwanie „siebie” w oddzieleniu od Boga – w sobie, w otoczeniu, w pracy, w poglądach, rodzinie, religijności, a końcu także i we własnym subiektywnym wyborze. Jednak odnalezienie prawdziwego „ja” jest niemożliwe bez zaakceptowania Boga jako Stwórcy i Jego zamiaru dla stworzenia. Bez uznania, że ze względu na grzech nikt nie jest w stanie wypełnić Jego prawa i oddać Mu należnej chwały. Bez zwrócenia się do Niego z wiarą i prośbą o przebaczenie grzechów ze względu na ofiarę Jezusa Chrystusa na krzyżu. Dopiero człowiek, którego grzech został przebaczony, może powiedzieć, że stare przeminęło, że jest teraz nowym stworzeniem, częścią ludu przeznaczonego Bogu na własność (2 Kor 5:17, 1 P 2:9). To chrześcijaństwo pozwala człowiekowi uwolnić się z labiryntu poszukiwania „siebie”.

Dopiero człowiek, który uznał autorytet swojego Stwórcy, może być prawdziwie sobą.

Chrześcijaństwo nie określa więc naszej tożsamości w oparciu o żadnego rodzaju mistyczne doświadczenia, o subiektywne poczucie istnienia, o procesy myślowe, czy o jakiś nieuchwytny i niezmienny wewnętrzny głos, który towarzyszy nam przez całe życie. Określa je w oparciu o konkretne prawdy – że Bóg daje życie każdej, indywidualnej jednostce i zna ją dokładnie, a swoje dzieci uwalnia z mocy grzechu i czyni nowym stworzeniem w Chrystusie.

Źródło tożsamości chrześcijanina nie leży więc wyłącznie w nim samym. Tak, oczywiście, nasze myśli, uczucia i doświadczenia także współtworzą to kim jesteśmy. Jednak, w przeciwieństwie do słów Boga, te myśli i emocje bywają zmienne, nie zawsze godne zaufania, ukształtowane przez okoliczności. Nasze wspomnienia bywają niepewne, nasza percepcja zwodnicza. Próba odnalezienia prawdziwego siebie w tym płynnym labiryncie uczuć i wrażeń nie doprowadzi nas donikąd. Jak pisze C.S. Lewis: „Bez Niego na nic zdadzą się próby „bycia sobą” (…). To, co z dumą nazywam „sobą”, w rzeczywistości staje się wypadkową zdarzeń, których nie zapoczątkowałem i nie potrafię powstrzymać. To, co nazywam „swoimi marzeniami”, staje się jedynie pragnieniami i pożądaniami wytworzonymi przez mój fizyczny organizm lub wpompowanymi we mnie przez myśli innych, a nawet podsuniętymi przez szatana”(7).

Chrześcijańska tożsamość w pewnym sensie łączy dwa wspomniane wcześniej krańce tożsamościowego spektrum – będąc jednocześnie czymś stałym, jak i dynamicznym. Jest jasno określona – przez stworzenie, przez upadek w grzech, przez śmierć Chrystusa na krzyżu, przebaczenie grzechu, usprawiedliwienie, uświęcenie i pewność przyszłości w chwale. Jednocześnie jest dynamiczna – chrześcijanin, choć posiada już status świętego ze względu na Chrystusa, wciąż dorasta do wymiarów pełni Chrystusowej. Zdejmuje stare „ja”, zapiera się samego siebie, podporządkowuje się woli swojego Zbawiciela, oddaje mu całą chwałę i odrzuca grzech, który już go nie definiuje. W tym odnajduje cel, dla którego został stworzony. Doskonale podsumowują to słowa Lewisa:

„Twoje autentyczne, nowe „ja” (które należy do Chrystusa – tylko poprzez Niego do ciebie) nie pojawi się, dopóki go szukasz. Pojawi się, kiedy zaczniesz szukać Chrystusa (…). Oddaj samego siebie, a odnajdziesz swoje prawdziwe „ja”. Strać życie, a odnajdziesz je. Poddaj się śmierci, codziennej śmierci własnych ambicji i ulubionych pragnień, a na końcu również śmierci swojego ciała – oddaj każde włókno swojego istnienia, a odnajdziesz wieczne życie. Nic nie zatrzymuj dla siebie. Nic z tego, co sobie zatrzymasz, nie będzie naprawdę twoje. Nic, co w tobie naprawdę nie umarło, nie zostanie wskrzeszone z martwych. Szukając samego siebie, znajdziesz na końcu tylko nienawiść, samotność, rozpacz, gniew, ruinę i rozkład. Ale szukaj Chrystusa, a znajdziesz Go – a z nim zaś wszystko inne”(8).


  1. Zygmunt Bauman, Płynna nowoczesność, Kraków 2006
  2. Zygmunt Bauman, Płynna nowoczesność, Kraków 2006
  3. Peter J. Leithart, Solomon Among the Postmoderns, Grand Rapids 2008
  4. Augustyn z Hippony, Wyznania, Kraków 2009
  5. Biblia to jest Pismo Święte Starego i Nowego Przymierza: przekład z języka hebrajskiego, aramejskiego i greckiego, Poznań-Tarnobrzeg 2019wszystkie ustępy biblijne przytaczane są w tym właśnie tłumaczeniu.
  6. John Piper, What Does It Mean To Be Made In God’s Image, https://www.desiringgod.org/interviews/what-does-it-mean-to-be-made-in-gods-image (dostęp 17.03.2020)
  7. C.S. Lewis, Chrześcijaństwo po prostu, Kraków 2002
  8. C.S. Lewis, Chrześcijaństwo po prostu, Kraków 2002

W tym roku Wielkanoc będzie taka sama jak wszystkie poprzednie

I nie jest to wyraz mojej ignorancji dla zaistniałej rzeczywistości. To prosta dygresja.

Nie chcę powielać po raz kolejny narracji, że nasza rzeczywistość przez ostatnie tygodnie diametralnie się zmieniła. Wydaje mi się, że każdy z nas dostrzega chociaż fragmentarycznie fakt, że poza bezpośrednimi, dotyczącymi nas wszystkich ograniczeniami, nastrojom w kraju towarzyszy zagubienie z dużą dozą niepokoju. Na Internet ostatnimi czasy spadła istna lawina artykułów o tym, że Wielkanoc w 2020 roku będzie Wielkanocą, jakiej do tej pory nie znaliśmy. Że będzie odmienna, inna, odstająca od normy – lecz czym tak naprawdę jest ta “norma”?

Nikt nie neguje nadzwyczajności zaistniałej sytuacji pandemicznej – nie o to chodzi w tym tekście. Wspomniane przeze mnie artykuły – choć przede wszystkim odnoszące się do zarządzeń Kościoła Katolickiego – przepełnione są dość uniwersalnymi narracjami ludzkimi sugerującymi, że zachwiały się pewne stabilne ramy i tradycje – stanowiące oś, według której Wielkanoc odbywa się rokrocznie. Przywykliśmy do tego, że w materialnych przestrzeniach kościelnych odbywają się konkretne wydarzenia podczas których gromadzimy się w konkretnych celach. Przyzwyczailiśmy się także, że podczas świąt odwiedza się rodzinę, spożywa się razem tradycyjny zestaw potraw i idzie się na wiosenny spacer. To wszystko jest dla nas tradycją, bezpieczną normą, którą podsycamy zewsząd “wesołym Alleluja”.

Żeby to nie zostało źle odebrane – czas z bliskimi i gromadzenie się razem to piękne rzeczy, zwłaszcza jeśli Bóg jest w ich centrum. Uczestniczenie w uroczystych wydarzeniach też jest ważne. I ograniczenia przemieszczania się – nie ukrywajmy tego – trochę przeszkadzają w ich realizacji. Bardzo bym chciała być osobiście – fizycznie – na nabożeństwach, brać udział w rozmowach i w modlitwach. I naprawdę tęsknię za ludźmi, za społecznością i stawaniem (dosłownie) ramię w ramię, by oddać cześć Panu.

Nie pozwólmy jednak na to, by okresowa zmiana formy uczestnictwa we wspominaniu tak niezwykłego wydarzenia w historii jak śmierć i zmartwychwstanie Chrystusa, przesądziła o naszym osobistym zaangażowaniu w społeczność z Tym, który powinien się w tych dniach (i zawsze zresztą) liczyć dla nas najbardziej. W tym roku Wielkanoc pod tym względem będzie taka sama jak wszystkie poprzednie, ponieważ – po pierwsze – rolą tego święta jest przypomnieć nam Ewangelię, która jest wieczna, niezmienna i tak samo aktualna w szary dzień jak i w świąteczną niedzielę. Po drugie zaś – niezależnie od koronawirusa i obecnej pandemii, mamy dokładnie taki sam, grzeszny potencjał, by ten czas zaniedbać.

Zmieniają się okoliczności i przestrzeń, w których dane jest nam przebywać, ale Jezus Chrystus jest ten sam – wczoraj, dzisiaj i na wieki (Hebrajczyków 13:8).

Odmienne stają się praktyki dnia codziennego, bliscy wokół nas ograniczają się do tych, z którymi mieszkamy na co dzień – ale tak jak co roku, mamy wybór. Możemy ulec niezadowoleniu i stresowi związanemu z obecną sytuacją, denerwować się i narzekać – dokładnie tak samo jak podczas corocznych przygotowań. Dość łatwo jest także popaść w apatię, ze względu na kolejny, nudny dzień we własnym domu, bez możliwości wzbogacenia go jakimiś “atrakcjami” z zewnątrz. Możemy spędzić tegoroczną Wielkanoc w ogóle nie skupiając się na przesłaniu, jakie idzie za tym świętem, bądź traktując je pobieżnie, nie mogąc uwolnić się od trosk dnia codziennego. Czy na pewno zdążę wykonać całą pracę zdalną, jaką mi przysłano? Chyba mam prawo do odpoczynku i nierobienia absolutnie niczego? Kiedy to wszystko się skończy? Zresztą, w tym roku święta to nie to samo, prawda?

Nie. Jakoś tak mamy, że zawsze znajdziemy powód, żeby nie robić tego, co powinniśmy. A głęboko wierzę, że nadrzędnym priorytetem w tym czasie (oczywiście nie bagatelizując innych ważnych spraw) powinna być wdzięczność za łaskę Bożą i przeżywanie tego, co miało miejsce na krzyżu, nie tego, że zewsząd apeluje się o pozostanie w domach i wiąże się to z ograniczeniem naszej mobilności.

Zamiast więc spoglądać beznamiętnie w ekran scrollując po raz kolejny Facebooka czy usiłując nadrobić jak najwięcej materiału, który i tak przeglądamy z Netflixem w tle – skupmy się raczej na tym, jaka treść stoi za obchodami święta Wielkiej Nocy, a nie na obecnej formie egzystencji jaka została nam narzucona.

Za tym wszystkim kryje się konkretna historia i to ona jest tutaj najważniejsza – historia, stanowiąca o naszej pozycji przed Bogiem, bez której zasługiwalibyśmy na niechybną, duchową śmierć.

I nie martwmy się – Ten, którego obecność jest tutaj kluczowa, obiecał, że będzie przy nas zawsze, gdziekolwiek będziemy.

„A oto Ja jestem z wami po wszystkie dni aż do skończenia świata.” Mateusza 28:20b

Skoro tak się sprawy mają, nie poprzestawajmy na cichym i wymuszonym “wesołym Alleluja” wpatrując się z żałością za okno. Rozważajmy ogrom tego wydarzenia w sercach i niech nasze uwielbienie Boga będzie nie tyle “wesołe”, co przepełnione radością, zachwytem i wdzięcznością – prawdziwą i autentyczną. To, czego Jezus dokonał na krzyżu ma wieczne, konsekwentne skutki.

Wielkanoc w tym roku nie będzie przytłaczająco inna, jeżeli za jej centralny punkt uznamy wspominanie, wdzięczność i radość z okazanej nam łaski, która nie zmieni się za tydzień, miesiąc czy rok – ponieważ obietnice i prawdy Boże są wieczne.

“Gdyż zapłatą za grzech jest śmierć, lecz darem łaski Bożej jest życie wieczne w Chrystusie Jezusie, naszym Panu” Rzymian 6:23

Nie marnujmy więc czasu, w którym rozważamy i przypominamy sobie szczególnie o tym, co fundamentalne dla nas, jako chrześcijan. Dziękujmy Panu za to, czego dokonał na krzyżu – w sposób prawdziwy i szczery.


Wiara w czasach zarazy

Myślę, że każdy z nas chciałby, żeby wszystko wróciło do normy.

Nasza rzeczywistość w ciągu kilku krótkich tygodni zmieniła się nie do poznania. Opustoszały ulice. Wprowadzone przez rząd obostrzenia znacznie ograniczyły naszą swobodę przemieszczania się. Utkwiliśmy w domach, przed komputerami, bombardowani z każdej strony najnowszymi statystykami zachorowań i zgonów. Przed nami nieunikniony kryzys gospodarczy. Słyszymy o masowych zwolnieniach, a bezrobocie osiąga swoje wyżyny. Zewsząd otaczają nas spekulacje i wątpliwości. Czy państwo podoła czekającym je wyzwaniom? Czy koronawirus jesienią powróci ze wzmożoną siłą? Czy WHO zapewnia rzetelne informacje? Czy odbędą się wybory i jeśli tak, to jakie będą ich skutki dla polskiej sceny politycznej?

Musimy zmierzyć się z faktem, że nasza rzeczywistość nie będzie już taka sama. Oczywiście sytuacja może się z czasem ustabilizować, szczepionka położyć kres pandemii, a gospodarka zacząć powoli stawać na nogi. Wrócimy jednak do zmienionego świata, a skutki wstrząsów w naszej sferze bezpieczeństwa i przewidywalności będziemy odczuwać jeszcze długo.

Jak więc reagować, gdy dotkliwiej niż kiedykolwiek odczuwamy ograniczenia naszego człowieczeństwa, gdy ogarnia nas niepokój, a misternie układane plany wymykają się spod kontroli?

Wierzę, że jako chrześcijanie potrzebujemy świeżego spojrzenia na to, co leży u podstaw naszej wiary.

Wiara ufa, że Bóg wyznacza początek i koniec

Stoimy obecnie przed nieznaną przyszłością, która wymyka się przewidywaniom. Nie wiemy, kiedy skończy się era koronawirusa, kiedy ograniczenia w poruszaniu się zostaną zniesione, a chaotyczny świat będzie mógł wrócić do przysłowiowej normy. Wiemy, że konsekwencje aktualnego kryzysu będą długoterminowe. Z naszej obecnej perspektywy nie widzimy końca.

To budzi niepewność. Poza wąskim gronem ekspertów oraz ich spekulacjami nie możemy stwierdzić jak poważny będzie kryzys gospodarczy, o którym już tak wiele słyszymy. Nie wiemy, jak bardzo zdestabilizuje się znany nam dotąd światowy porządek. Nie możemy być pewni naszych planów.

Wobec chwiejących się fundamentów tego, co nam bliskie i znane, zaczynamy dostrzegać, że nie znamy konkretnej chwili końca epidemii, na której oczekiwaniu moglibyśmy skupić całą naszą energię. W takim wypadku pozostaje nam albo się zadręczać, albo skierować nasze myśli w inną stronę.

Księga Hioba przedstawia nam człowieka postawionego w sytuacji skrajnej niepewności, dotkniętego zupełnie nieoczekiwaną kaskadą katastrof. Co jest pociechą dla Hioba w obliczu niewyobrażalnego bólu i cierpienia? Spojrzenie na Boga jako tego, który jest gwarantem porządku wszechświata – tego, który wyznacza wszystkiemu, także jego cierpieniu, granice, początek i koniec.

Myślę, że właśnie w tym kontekście musimy patrzeć na obecną epidemię.

Nieprzewidywalna i niewiadoma dla nas przyszłość została nie tyle przewidziana, co już przed założeniem świata zaplanowana przez Boga, który nie przestał być Panem w wyniku globalnego kryzysu.

Jakkolwiek trudno jest to nam zaakceptować, Bóg nawet teraz wykonuje swoje zamysły. Szokująco bezpośrednie są słowa z Księgi Habakuka: „Rozejrzyjcie się wśród narodów, zauważcie, niech was to zastanowi i zmusi do myślenia! Właśnie za waszych dni dokonuję dzieła – nie uwierzycie, choć wam je przedstawiam” (Hb 1:5).

On wie kiedy epidemia się skończy – nawet więcej, On wyznaczył jej koniec. Może nie jesteśmy teraz w stanie snuć długoterminowych planów. Może teraźniejszość jest dla nas powolnym kroczeniem po linie nad zamgloną przepaścią, przeżywaniem dnia za dniem. Może nie jesteśmy w stanie przewidzieć, jak bardzo zmieni się nasza rzeczywistość w wyniku epidemii i gdzie nasz globalny porządek znajdzie się za rok. Ale wiara nie polega na ciągłej spekulacji, opracowywaniu tysięcy scenariuszy i martwieniu się każdym z nich z osobna. W końcu Pan Jezus powiedział: „Nie martwcie się więc o jutro, gdyż jutro zatroszczy się o siebie. Dzień dzisiejszy ma dość własnych kłopotów” (Mt 6:34).

Wiara jest reakcją na prawdę, nie tabletką na uspokojenie

Czym więc jest wiara w czasach zarazy? Wiemy, że jest Bożym darem, ale na czym się opiera? Czy jest aktywna, czy pasywna? Czy jest stanem permanentnego wewnętrznego spokoju? Przekonaniem, że wszystko po prostu będzie dobrze i wrócimy do punktu wyjścia? Nadzieją, że jakimś cudem uda nam się nie zachorować?

Zacznijmy od tego – wiara nie jest uczuciem. Nie jest pigułką uspokajającą, która działając podświadomie wyłącza nasze obawy i zapewnia psychologiczny komfort. Nie jest ślepym wmawianiem sobie, że będzie lepiej, bo każdy kryzys musi minąć. Wiara jest do głębi realistyczna – widzi rzeczywistość wraz z jej bólem i cierpieniem, uznając jednocześnie, że Bóg wciąż panuje, że „Jego królestwo jest królestwem wiecznym, a Jego władza – z pokolenia na pokolenie” (Daniela 3:33).

Martyn Lloyd-Jones napisał, że „wiara jest naszą reakcją na prawdę”. Jednak ta reakcja wymaga aktywnego udziału: „wiara jest czynna i powinniśmy się w niej ćwiczyć. Wiara nie zacznie działać sama z siebie. (…) Wiara jest zaprzeczeniem paniki (…). Opiera się na prawdzie i wyciąga wnioski ze znanych faktów”.

Nie mówię tutaj po prostu o jakiejśtam wierze rozumianej abstrakcyjnie – bo możemy dziś przeczytać wiele o komforcie, jaki zapewnia posiadanie „wiary” czy „religii” w czasie kryzysu. Jest w tym na pewno trochę prawdy – silne przekonania religijne mogą zapewniać pocieszenie w trudnych chwilach. W końcu „jak trwoga, to do Boga”, czyż nie?

Jednak pocieszenie, które daje Biblia nie jest ani trochę powierzchowne. Jest głębokie i wszechogarniające i dlatego, jak gorzkie lekarstwo, trudne do przełknięcia. Identyfikuje bowiem problem głębszy niż śmierć fizyczna. Nie umniejszając tragedii jaką jest rosnąca krzywa zgonów z powodu zakażenia koronawirusem, według Biblii ostateczną i największą tragedią ludzkości jest grzech. To ze względu na jego wkroczenie na świat, w naszej rzeczywistości pojawiła się śmierć. Z Listu do Rzymian wiemy zaś, że ponieważ Bóg jest święty, zapłatą za złamanie Jego prawa jest piekło i wieczne oddzielenie od Niego (Rz 6:23).

Wszyscy stoimy przed nieuniknioną i niepokojącą perspektywą śmierci fizycznej. Szerzenie się koronawirusa tylko wybija nas z letargu codzienności i przypomina o jej bliskości. Zażegnanie epidemii nie zmieni tego. Wciąż będziemy musieli zmierzyć się z wiecznością, i tym, gdzie ją spędzimy.

Widziane na tym tle, pocieszenie oferowane przez Biblię jest tym wspanialsze. Dzięki śmierci Chrystusa na krzyżu i Jego zmartwychwstaniu możemy mieć nie tylko pewność przebaczenia grzechu, ale i wiecznego życia – ponieważ Chrystus wstając z martwych pokonał moc śmierci.

W czasach zarazy nie wystarczy więc, że będziemy pocieszać innych prawdą o Bożej pełnej kontroli nad rzeczywistością, choć jest to ważne i prawdziwe. Musimy wzywać ich do uznania najgłębszego ludzkiego problemu – grzechu, przedstawiając jednocześnie rozwiązanie, którym jest upamiętanie i wiara w Chrystusa. A dla nas samych może być to czas przypomnienia, że ten świat nie jest naszym ostatecznym domem. Tak, wszystko kiedyś będzie dobrze – tylko nie tutaj, ale gdy „stworzenie zostanie wyzwolone z niewoli skażenia i wprowadzone w chwalebną wolność dzieci Boga” (Rz 8:21). Koronawirus może budzić nasz niepokój, ale mamy Boga, który prowadzi nas poza śmierć.

Sam niepokój ani lęk przed nieznanym nie świadczy o braku wiary, bo wiemy, że jest ona Bożym darem – oznacza to jednak, że musimy wzmacniać jej praktykę, konfrontując nasz niepokój z tym, co wiemy o Bogu.

Wiara musi być aktywną postawą naszego życia, sposobem myślenia, który opiera się panice, ponieważ wie, że ten sam Bóg, który zmarł na krzyżu, ma pod swoją kontrolą całą naszą rzeczywistość.

W czasach zarazy wiara jest przypominaniem sobie prawdy o Jego charakterze, nawet gdy nasze uczucia mówią coś innego.

Wiara ufa Bożym obietnicom, nie własnym planom

Obecna epidemia uświadamia jak łatwo jest brać rzeczywistość za pewnik. Zdążyliśmy przyzwyczaić się do otwartych granic, nieograniczonej mobilności, niemyślenia o śmierci, opieki medycznej rozwiązującej nasze problemy, regularnej społeczności kościoła, planowania i realizowania naszych planów. Nie trzeba wiele, byśmy nasze przyzwyczajenia zaczęli uznawać za uprawnienia.

Prawda jest jednak taka, że ani bezproblemowa, sterylna rzeczywistość, ani natychmiastowa gratyfikacja naszych pragnień nie znajdują się na liście przysługującym nam praw.

Jako ewangelikalni chrześcijanie wiemy bardzo dobrze, że nie możemy zasłużyć sobie na zbawienie. Czy czasem jednak nie wmawiamy sobie, że zasłużyliśmy na inny obrót wydarzeń? Na realizację naszych planów, a nie na zamknięte drzwi i kilkumiesięczną przymusową kwarantannę, której jak na razie nie widać końca?

Nie mamy gwarancji, że nie zachorujemy i nie zostaniemy w żaden sposób dotknięci skutkami globalnego kryzysu. Pan nie obiecał nam bezbolesnego życia. Nie obiecał nam, że nie będziemy doświadczać na własnej skórze skutków upadku człowieka, i że jego wola zawsze będzie zgodna z naszymi misternymi planami. Wezwał, by pójść za Nim i wziąć swój krzyż. Ale obiecał nam Siebie. Obiecał wierność w sztormach życia, nieprzerwaną obecność i siłę do zniesienia przeciwności. Obdarzył społecznością z innymi wierzącymi i perspektywą wieczności z Nim.

Nasza wiara w czasach zarazy nie jest więc pustym przekonaniem, że wszystko po prostu będzie dobrze, a obecny kryzys niebawem minie i będziemy mogli wreszcie wrócić do realizowania naszych planów.

Nasza wiara jest pewnością, że niezależnie od tego, jaki obrót sprawy przybiorą, Boże panowanie nad światem i jego obietnice wierności będą tak samo aktualne, jak zawsze.

„Dotychczas nie spotkała was próba przekraczająca siły ludzkie. Bóg jest wierny. On nie dopuści, aby was doświadczano ponad wasze siły. W czasie próby wskaże wam wyjście, abyście mogli ją znieść.” (I Kor 10:13)

Wiara pokornie uznaje, że Bóg jest Bogiem

Próbując zebrać myśli na temat obecnej sytuacji, uderzył mnie pewien paradoks. Pomimo że jesteśmy cywilizacją autonomii jednostki, relatywizmu i odrzucenia koncepcji obiektywnej prawdy, pragniemy przewidywalności w otaczającej rzeczywistości. Pragniemy, by była ona mierzalna, by dawała się zbadać, przedstawić na modelu i wykorzystać do naszych celów. Chcemy zgłębić każdą jej szczelinę, niczym zdobywcy, by przez odkrycie rządzących nią praw zapewnić sobie poczucie bezpieczeństwa, wyeliminować chorobę i zapewnić pokój.

Rzeczywistość wymyka się jednak naszym próbom zmierzenia i podporządkowania. Ostatnie tygodnie unaoczniły nam kruchość porządku, który mógł wydawać się niezachwiany. Choć mamy dziś nieograniczony dostęp do informacji na każdy właściwie temat, wciąż nie jesteśmy w stanie zgłębić zamysłów Bożych. Pozostajemy stworzeniem, obserwującym, jak Stwórca realizuje swoje zamysły. Jak Hiob, musimy uznać, że ma do tego prawo – i że nie jest nam we wszystkim winny wyjaśnień.

Wiara jest więc uznaniem, że nasz Bóg ma prawo do wykonywania swojej woli, do określenia różnicy między dobrem a złem, do definiowania prawdy, do zmieniania naszych planów i wykraczania w swoim działaniu poza nasze oczekiwania – jednym słowem, do bycia Bogiem.

Musimy przestać pokładać naszą ufność w normie, do której wszystko na pewno wróci – bo nie wiemy, w jakiej rzeczywistości obudzimy się za kilka miesięcy. Zmiana i niestabilność jest i będzie częścią naszego życia, nawet gdy koronawirus przejdzie już do historii. Źródłem naszego bezpieczeństwa nie jest życie, które znamy, ani przyszłość, którą próbujemy przewidzieć, ale Ten, u którego „nie ma żadnej zmienności ani cienia odmiany” (Jk 1:17).

1. Biblia to jest Pismo Święte Starego i Nowego Przymierza: przekład z języka hebrajskiego, aramejskiego i greckiego, Poznań-Tarnobrzeg 2019; wszystkie ustępy biblijne przytaczane są w tym właśnie tłumaczeniu
2. Martyn Lloyd-Jones, Duchowa depresja, Fundacja LEGATIO, Włocławek, 2016

Witamy w świecie dotkniętym zarazą, czyli kilka myśli o koronawirusie

Tematykę nowego koronawirusa wywołującego chorobę COVID-19 podjęłam już dawno, stopniowo układając własne myśli, analizując dane z wielu źródeł, przeglądając statystyki, poddając ocenie wskaźniki prawdopodobieństwa i porównując je między sobą. Planowałam zwięzły i wyselekcjonowany tekst, co do joty określony, wyważony i spójny. Wyznaczyłam też w swojej głowie obiecujące daty, plan publikacji i wstępną listę koniecznej wiedzy jaką posiądę, żeby “być gotową do zabrania głosu na ten temat”. Jednak jak widać, nie mam absolutnej władzy nad realizacją swoich zamierzeń.

Przygniotła mnie tak “mała” rzecz, jak dynamika rozprzestrzeniania się czegoś, czego nawet nie widzę.

Z wybuchami epidemii zazwyczaj jest tak, że nikt się ich nie spodziewa. To truizm, ale dosyć istotny. Można w jakimś stopniu stwierdzić, że społeczeństwo raptownie zostało zmuszone przez jakąś mikroskopijną wiązankę kwasu nukleinowego i kapsydu do przyjęcia zupełnie innej rzeczywistości. Nie jest to rzeczywistość ani wesoła, ani beztroska. Choroba to nic przyjemnego. Ludzie na całym świecie cierpią, służba zdrowia w wielu krajach znajduje się już w sytuacji podbramkowej, w innych – być może niedługo się znajdzie. Groźba (mniej lub bardziej prawdopodobnej) śmierci, czy nam się to podoba czy nie, wisi w powietrzu. Walka trwa nie tylko z wirusem, ale również z dezinformacją, fake newsami, paniką społeczną, zasadnością procedur i ich egzekwowaniem oraz ze zbliżającym się kryzysem gospodarczym. Osobny, aczkolwiek współistniejący z tym, front stanowią nasze osobiste emocje i reakcje – batalie pomiędzy zaufaniem a lękiem; akceptacją zaistniałego stanu rzeczy a pretensjami; podejmowaniem słusznego ryzyka a jego minimalizacją.

W skrócie – Ktoś po raz kolejny pokazał nam, że nie potrafimy i nie możemy być tak bardzo niezależni jak byśmy chcieli. I może, w tym wymiarze… Jest to jak najbardziej słuszna lekcja?

Witamy w świecie, w którym mamy okazję, do doświadczenia Jakuba 4:13-15

“Chodźcie teraz wy, którzy mówicie: Dziś lub jutro pójdziemy do tego oto miasta, będziemy tam działać przez rok, będziemy handlować i zarabiać – wy, którzy nie wiecie, co będzie jutro. Czym jest wasze życie? Bo mgłą jesteście, która ukazuje się na krótko, a potem znika. Zamiast tego, powinniście mówić: Jeśli Pan zechce, to będziemy żyli i zrobimy to lub owo.” Jakuba 4:13-15

Ilu z nas, niekiedy mechanicznie racjonalizowało sobie rzeczywistość myśląc “nie, to się nie wydarzy”? Przecież żyjemy w XXI wieku. Mamy za sobą już dwie wojny światowe i nie chcemy powtórki z rozrywki. Przyglądamy się ludzkiemu nieszczęściu z bezpiecznej odległości i patrzymy na to, co brudne, nie chcąc tego dotknąć. Awaria elektrowni atomowej w Czarnobylu? Przecież to było już dawno. Na tyle dawno, że nakręcili o tym dobry serial.

Społeczne skutki epidemii scharakteryzować potrafiliśmy tylko w ramach rozprawki na lekcję języka polskiego przy okazji omawiania “Dżumy” Alberta Camus. Dobrze, że teraz nic nam nie grozi, prawda? Te choroby o których słyszeliśmy, czarna śmierć czy inna hiszpanka, to w zupełności dlatego, że przecież wcześniej nikt nie mył rąk, czyż nie?

Nie. Nie tylko. I o ile ze smutkiem i współczuciem obserwuję sytuację na świecie, to wydaje mi się, że można powiedzieć, iż doprowadziła ona do jednej, słusznej rzeczy – wyrwała niektórych z marazmu złudnego życia w “krainie wiecznej szczęśliwości na miarę nowoczesności”. A także z drugiej jego uduchowionej odmiany, gdzie wiemy, że zapowiadano nam, iż “w życiu, zwłaszcza chrześcijańskim, ciężko bywa”, ale być może kusiło nas niekiedy, by myśleć, że… Może nas to aż tak bardzo nie dotyczy?

Witamy w świecie, w którym ludzie zaczynają dostrzegać problemy dzięki spektakularnym symptomom

Doprecyzujmy – ani trochę nie cieszy mnie fakt, że koronawirus zbiera swoje żniwo. Jest to trudne dla wielu zarówno fizycznie jak i psychicznie, co jako osoba z zapędami hipochondrycznymi, znająca z autopsji uczucia towarzyszące obserwacji ostrych, zagrażających życiu, ataków astmy oskrzelowej moich najbliższych – wydaje mi się – dość dobrze rozumiem.

Jako chrześcijanie, jesteśmy powołani do miłości i troski naszych bliźnich, w tym do współczucia w niedoli. Bóg nie każe nam również bagatelizować sytuacji kryzysowych w imię brawury. Idąc za myślą ujętą w artykule Jona Blooma (“Can We Really Be Free from Excessive Fears?”), strach przed zagrożeniem jest też naturalnie zaprojektowaną przez Boga reakcją, która chociażby chroni nas przed nierozsądnym wychylaniem się za balustradę na balkonie, czy uczestnictwem w tzw. koronaparty. Jest dobry, o ile nie staje się paraliżującym nas tyranem i nie zaczynamy bać się czegoś bardziej niż samego Boga.

Jednak patrząc szerzej, dla mnie osobiście – osoby młodej, która nie doświadczyła emocji towarzyszących chociażby wprowadzeniu stanu wojennego w Polsce, a także nie miała świadomej styczności z tak dynamicznym problemem na skalę globalną wcześniej – werset z Jakuba 4:13-15 nigdy nie był tak realny, jak dziś. Wchodząc w rok 2020 miałam zupełnie inne plany i nie spodziewałam się, że będę ze ściśniętym gardłem patrzeć na liczbę zgonów czy też odliczać trzydzieści sekund myjąc ręce, trzymając rękę na pulsie.

Wierzyć w treść wersetu to jedno. Przeprocesować go w praktyce to drugie.

Witamy w świecie, gdzie nie wiedząc “dlaczego”, możemy próbować zrozumieć “po co”

Mając do dyspozycji wiele kanałów komunikacji, bardzo łatwo jest utonąć w doniesieniach, statystykach i przesłaniach “jak bardzo jest źle”, bo niewątpliwie jakoś za specjalnie dobrze nie jest. Nie chodzi mi o podsycanie paniki, ale o przyznanie faktu, że prędzej mamy do czynienia ze sztormem, niż z lekką mżawką. Brzmi depresyjnie? Nie musi tak brzmieć.

Przełamując przepełniony trwogą pandemiczny ton, pragnę podkreślić i przypomnieć sobie i nam wszystkim, że ten sam Bóg, który określa życie ludzkie jako “mgła, która ukazuje się na krótko, a potem znika” to po pierwsze – Bóg, któremu nic nie wymyka się spod kontroli, po drugie – Bóg, który wykazuje się troską.

Łatwo jest dziękować za codzienność, kiedy przebiega ona dokładnie po naszej myśli. Łatwo jest też uczyć się na pamięć wersetów o prześladowaniach, zarazach czy cierpieniu, które wydają nam się odległe. Niektórym też, bez większego problemu, przychodzi hipotetyzowanie na temat zamierzeń Bożych. Nie wiemy bezpośrednio dlaczego pandemia koronawirusa wybuchła. Czy to forma sądu? Jeśli tak, to nad czym konkretnie?

W chwili obecnej możemy mieć pewność co do jednego – niemożliwością jest by Władcy tego świata omsknął się palec. Za pomocą pandemii, w jakiś sposób, realizuje swój plan. Jednak próba znalezienia jednoznacznej przyczyny, autorytatywne orzekanie sądu Bożego nad danym grzechem i bazująca na tym odpowiedź na pytanie “dlaczego” pozostaje jedynie spekulacją opartą na przekonaniu o suwerenności Bożej i Jego prawie do tego, by realizować swoją wolę w stworzeniu.

Dlaczego więc? Bo Bóg coś przez to robi. Czy grozi nam totalna dystopia?

Jako wierzący mamy to szczęście, że Bóg, choćby pełnoprawnie mógł, nie jest despotą.

“Wiemy też, że kochającym Boga wszystko współdziała ku dobremu – tym którzy są powołani zgodnie z [Jego] postanowieniem.” Rzymian 8:28

Skoro więc tak się sprawy mają – co mamy robić? Jak w tym wszystkim swoim życiem i służbą przynosić Bogu chwałę?

Witamy w świecie, w którym mamy wybór, czy zmarnujemy czas epidemii

“Ja bowiem nauczyłem się być zadowolony z tego, w czym jestem. Umiem się ograniczyć, umiem też żyć w obfitości; wszędzie i we wszystko jestem wtajemniczony; umiem być syty, umiem też głodować, obfitować i być w niedostatku. Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia, w Chrystusie” Filipian 4:11b-13

W jednym z artykułów (“Instead of asking “why God?”, how about “what are you doing God?”) natknęłam się na następujące zdanie: “Kryzys wydobywa z ludzi to, co najlepsze i najgorsze – i jest to dla nas zarówno wyzwanie, jak i szansa”.

Wiemy, że nie kontrolujemy ostatecznie rzeczywistości. Nie wyklucza to jednak odpowiedzialności za nasze reakcje.

Możemy poddać się panice społecznej, spędzać długie godziny przed telewizorem i bez przerwy odświeżać interaktywne mapy czerwonych kropek zakażeń nowym koronawirusem. Możemy także obejrzeć wszystkie seriale na Netflixie, albo najzwyczajniej przespać czas epidemii. Mogą pochłonąć nas dyskusje internetowe, kłótnie i niekończące się interakcje w mediach społecznościowych. Możemy odsuwać od siebie myśl o śmierci, ale też dać nakręcać się grobową atmosferą i zamartwiać się, sukcesywnie pogrążając w depresji bez spojrzenia na śmierć cielesną z perspektywy Bożej. Jako mistrzowie w odkładaniu rzeczy na później, możemy nie wykorzystać tego czasu na skupienie się na Słowie Bożym, gubiąc się gdzieś w czasie i przestrzeni i nie będąc dobrym świadectwem.

Nie marnujmy tego czasu. A pytając siebie samych jak mamy żyć w dobie epidemii, powoli kończąc ten wpis, spójrzmy na fragment eseju C.S. Lewisa, w którym za sprawą Matta Smethursta, zamieniono słowa “bomba atomowa” na “koronawirus”.

“W pewnym sensie myślimy zbyt wiele o [koronawirusie]. „Jak mamy żyć w erze [koronawirusa]?” Kusi mnie, aby odpowiedzieć: „Skąd to pytanie? Tak jak żylibyśmy w XVI wieku, kiedy zaraza nawiedzała Londyn niemalże co roku lub tak jak żylibyśmy w erze Wikingów, kiedy najeźdźcy ze Skandynawii mogli nas najechać i poderżnąć nasze gardła którejkolwiek nocy; lub, doprawdy, tak jak żyjemy w erze raka, erze syfilisu, erze paraliżu, erze nalotów lotniczych, erze wypadków kolejowych [lub] erze wypadków drogowych.”

Innymi słowy, nie zaczynajmy od przejaskrawiania nowości naszej sytuacji. Proszę mi wierzyć, Drogi Panie i Droga Pani, Ty i wszyscy, których kochasz byli skazani na śmierć zanim odkryto [koronawirusa] i całkiem duży odsetek z nas miał umrzeć w nieprzyjemny sposób. My mamy, doprawdy, jedną wielką przewagę nad naszymi przodkami – anestezjologię. (…)

Taka jest pierwsza propozycja: i pierwsza czynność, którą należy wykonać, to pozbierać się do kupy. Jeśli mamy być zniszczeni przez [koronawirusa], to niech [ten wirus] zastanie nas wykonujących rozsądne i ludzkie czynności – modlących się, pracujących, uczących, czytających, słuchających muzyki, kąpiących dzieci (…) – a nie stłoczonych jak przestraszone owce i myślących o [wirusach]. Mogą one zniszczyć nasze ciała (mikroby też mogą to zrobić), ale nie muszą one zdominować naszych umysłów.”

Tłum. Mateusz Dudek, fragment eseju “On Living in an Atomic Age” („Żyjąc w erze atomowej”) C. S. Lewisa z tomu pt. “Present Concerns: Journalistic Essays” (“Aktualne sprawy: eseje dziennikarskie”)

Drobna, końcowa uwaga.

W sferze przydzielonych do nas zadań – tak naprawdę nic się nie zmieniło.

Nadal Bóg sprawuje naszą drogę uświęcenia, a my mamy głosić Ewangelię, nieść pomoc słabym i schorowanym.

Czy jemy, czy pijemy, czy cokolwiek czynimy – wszystko czyńmy na chwałę Bożą (1 Kor 10:31).

Po prostu dostajemy ku temu dość spektakularną sposobność. Więc nie pozwólmy sobie na jej przeoczenie.

Koronawirus : informacje i zalecenia Ministerstwa Zdrowia

Aktualności Głównego Inspektoratu Sanitarnego

“Nie zmarnuj epidemii koronawirusa” Samuel Skrzypkowski

“Pandemia w świetle Bożej Opatrzności” Filip Sylwestrowicz


Niepewność klimatyczna a suwerenność Boga

Rzeczywistość współczesna jawi się jako krucha i niepewna. Księgarnie przepełniają pozycje bijące na alarm o kruszeniu się dotychczasowego porządku i upadku demokracji. Na ulice powracają protesty, a świadomość potężnej siły efektów rozwoju technologicznego zaczyna budzić powszechny niepokój. Do tego dochodzi strach przed zmianami klimatu, które według znaczącej ilości naukowców mają w ciągu nadchodzących dekad wywrzeć nieodwracalne i destruktywne skutki dla ludzkości.

fot. Katarzyna Kopeć

Celem tego tekstu nie jest dogłębne prześledzenie przyczyn i skutków globalnego ocieplenia, przedstawienie listy postulatów, do których państwa i instytucje powinny się w jego obliczu zastosować, ani powiedzenie co jako chrześcijanie powinniśmy myśleć o Grecie Thunberg. Chodzi tu raczej o rzucenie szerszego spojrzenia na otaczający świat, zmagający się z problemem zmian w klimacie i ich konsekwencji, a przez to zrozumienie czasu i pory, w której przyszło nam żyć, i ludzi, do których zostaliśmy posłani z Ewangelią. Niezależnie od tego co myślimy na temat zmian klimatu, musimy być w stanie biblijnie zaadresować obawy ludzi, w których perspektywa nieuchronności takich zmian budzi niepokój, a potrafi nawet prowadzić do myśli depresyjnych. Tak zwana depresja klimatyczna jest coraz powszechniejszym zjawiskiem, wywołanym strachem przed niepewną przyszłością, nieodwracalnością zmian i przekonaniem o bezczynności rządów i instytucji. Dla wielu życie staje oczekiwaniem na katastrofę.

Jak zostało to już wspomniane wcześniej (Światopogląd – kontrowersja czy codzienność), chrześcijański światopogląd jest uznaniem tej interpretacji rzeczywistości, którą zawarł w swoim spisanym objawieniu sam Stwórca. Pierwszorzędnym zadaniem chrześcijanina jest poznawanie tej interpretacji i wierne głoszenie przesłania Ewangelii zgubionemu światu, nie przekonywanie kogokolwiek do przyjęcia postulatów danej ideologii. Zasada ta jest warta zastosowania także i w rozmowach dotyczących zmian klimatu. Ten tekst jest jednym z kilku, w których spróbujemy spojrzeć szerzej na współczesną klimatyczną debatę. Dzisiaj spróbuję nieco zarysować kontekst i odpowiedzieć na pytanie: jak radzić sobie z perspektywą niepewnej przyszłości?

1. W obliczu niepewnej przyszłości możemy być pewni Bożego suwerennego panowania nad światem

Dyskusje na temat kryzysu klimatycznego skłaniają nas do refleksji nad istotą i pochodzeniem świata w którym żyjemy. Czy ziemia jest po prostu produktem bezosobowych procesów albo dziełem kosmicznego przypadku? Skąd wzięły się na świecie śmierć i cierpienie?

Biblia mówi nam, że Boża “niewidzialna istota, to jest wieczna moc i Boskość, od stworzenia świata przemawia w Jego dziełach, wyraźnych przecież i widocznych” (Rzymian 1:20). Bóg jest więc Stwórcą wszechświata, który jednak nie znajduje się obecnie w swoim pierwotnym, doskonałym stanie. Świat odczuwa konsekwencje upadku człowieka. Żyjemy w rzeczywistości niszczejącej i skończonej, skażonej w swojej esencji. Skutki grzechu Adama i Ewy zaznaczyły swoją obecność w całym stworzeniu. “Przeklęta niech będzie ziemia z twojego powodu”, czytamy w Księdze Rodzaju 3:17. Na świat wkroczyło cierpienie, ból i śmierć. W Rzymian 8:20 czytamy, że w wyniku upadku stworzenie “zostało poddane marności — nie z własnej woli, lecz z woli Tego, który je poddał — w nadziei, że i samo stworzenie zostanie wyzwolone z niewoli skażenia i wprowadzone w chwalebną wolność dzieci Boga“. Obecność w naszym świecie śmierci, bólu i katastrof naturalnych jest więc bezpośrednią konsekwencją upadku.

Nie oznacza to jednak, że wraz z upadkiem świat wymknął się Bogu spod kontroli. Wręcz przeciwnie – Bóg wciąż panuje nad światem i historią.

Podtrzymuje wszystko słowem swej mocy” (Hebrajczyków 1:3). Ma także pełną kontrolę nad zjawiskami atmosferycznymi: “Pod tchnieniem Boga powstaje lód, ścinają się szerokie wody. Obciąża także chmury wilgocią, rozpędza obłok błyskawicą. Chmury wirują zgodnie z Jego planem, aby wykonać wszystko, co im powie – wszędzie na obliczu ziemi. Czasem Jego gromy są rózgą, czasem niosą Jego ziemi dobro, czasem docierają jako dowód Jego łaski“. (Joba 37:10-13)

Co więcej, Bóg, jako suwerenny władca ziemi w Księdze Rodzaju 8:22 dał Noemu i jego potomstwu obietnicę: „Będą zatem istniały, jak długo trwać będzie ziemia: siew i żniwo, mróz i upał, lato i zima, dzień i noc”. Miało to miejsce po zakończeniu potopu, który sam Bóg zesłał na ziemię celem osądzenia zbuntowanej przeciw niemu ludzkości.

Pokazuje to nie tylko, że Bóg ma pełną kontrolę nad wszelkimi zjawiskami atmosferycznymi, ale także, że uporządkowane życie na ziemi będzie trwać, dopóki nie dokonają się wszystkie Boże cele.

Żadne zmiany, wydarzenia ani zjawiska mające miejsce w fizycznej rzeczywistości nie mogą wymknąć się spod kontroli Stwórcy.

Warto także zauważyć, że dla współczesnych Noego potop prawdopodobnie był zjawiskiem całkowicie nieoczekiwanym. Owszem, pewnie słyszeli ostrzeżenia Noego, ale nic w normalnym biegu natury nie mogło zapowiadać nadejścia tak wielkiej katastrofy. Jak pisze autor listu do Hebrajczyków 11:7: “Noe został pouczony cudownie o tym, czego jeszcze nie można było ujrzeć“. I choć współcześni Noego nie byli wyposażeni we błogosławieństwo współczesnej technologii, to nie zmienia to faktu, że Bóg nie daje zamknąć się w ludzkich przewidywaniach. Tak, nauka dziś stoi na tak wysokim poziomie, że jest w stanie prawidłowo przewidzieć konsekwencje wielu procesów.

Pamiętajmy jednak, że realizacja Bożego planu nie jest uzależniona od środowiskowej polityki rządów światowych, alarmujących raportów naukowców czy bezczynność wielkich firm. To on jest Panem natury.

2. W obliczu niepewnej przyszłości możemy być pewni, że choć koniec nastąpi, to nastąpi w zaplanowanym przez Boga momencie

Biblia maluje przed nami obraz Boga, który celowo i świadomie stworzył wszechświat. Ziemia, życie, człowiek nie są produktem kosmicznego przypadku, ale raczej konsekwencją suwerennego dekretu samego Stwórcy. Człowiek został stworzony na obraz i podobieństwo Boga po to, by oddawać Jemu chwałę.

Celem historii, od jej początku, do końca, jest manifestacja Bożej chwały. Celowy jest zarówno początek stworzenia, jego istnienie i jego nadchodzący koniec.

Rzeczywistość ziemska nie będzie trwała wiecznie. Biblia jasno mówi nam, że koniec nadejdzie, a Bóg stworzy nową ziemię i nowe niebo, doskonałe i nieskorumpowane grzechem i jego konsekwencjami (Objawienie Jana 21). Ta perspektywa nie powinna oczywiście umniejszać zadania, które zostało powierzone ludzkości – mądrego zarządzania zasobami ziemi, ale powinna umieszczać nasze przebywanie na tej ziemi w odpowiedniej perspektywie.

Nie jesteśmy zbawcami własnego świata. I tak jak powinniśmy wykazywać troskę o stworzenie, podejmując pozytywne działania na jego rzecz, to nawet przy największym sukcesie naszych wysiłków, koniec zaplanowany przez Boga będzie miał miejsce.

Do tego czasu ziemia pozostanie skażona. Wciąż obecne będą cierpienie i śmierć. Nie musimy więc dziwić się patrząc dookoła. Nie jesteśmy w stanie zagwarantować zapewnić ziemi nieśmiertelności. Decyzja o jej stworzeniu nie należała do nas, tak samo, niezależnie od ludzkiej aktywności, Bóg już w wieczności przeszłej zadecydował o momencie jej końca.

3. W obliczu niepewnej przyszłości pewne jest, że kiedyś odpowiemy przed Bogiem

Stojąc wobec niepewnej przyszłości, nie stoimy po prostu przed zbiorem bezosobowych procesów.

Jakkolwiek niepewna ziemska przyszłość, tak pewne jest ostateczne spotkanie każdego człowieka z osobowym Bogiem – albo jako Ojcem, albo jako Sędzią.

Niezależnie od tego jak niepokojący może być stan otaczającej nas natury, najważniejszym problemem człowieka jest grzech. Grzech, kiedy wszedł na świat, skorumpował, jak już zdążyliśmy wspomnieć, zarówno stworzenie, jak i ludzką naturę. Każdy rodzi się grzeszny i nikt nie jest w stanie uwolnić siebie sam z tej niewoli. Tylko Bóg może wlać życie w martwe serce, wyzwalając człowieka z grzechu i wiecznej śmierci. Tak samo tylko Bóg może uwolnić stworzenie od marności, której zostało poddane.

Często powtarzanym hasłem we współczesnej debacie klimatycznej jest odpowiedzialność człowieka za jego destruktywną i bezmyślną działalność na przestrzeni ostatnich wieków. Słyszmy, że odpowiadamy za nasze postępowanie przed przyszłymi pokoleniami, które odczują konsekwencje naszego postępowania, albo przed samą naturą, której cierpienie wywołane jest naszym postępowaniem.

Musimy jednak pamiętać, że ostateczna odpowiedzialność człowieka jest odpowiedzialnością stworzenia przed Stwórcą.

Albo uznajemy Stwórcę, za to kim jest, okazujemy mu wdzięczność i oddajemy należytą cześć, albo żyjąc w buncie wobec niego czcimy substytuty. Istnieje ryzyko, że zamiast oddać cześć Stwórcy, oddamy cześć Jego stworzeniu (Rzymian 1:25) – sobie samym, innym ludziom, a nawet samej naturze. Podczas gdy powinniśmy radować się pięknem ziemi, na której Bóg nas umieścił, ponieważ jest ona jego darem, to nie możemy oddzielić natury od jej Architekta. Nie możemy uznać jej za niezależnej od Niego.

Człowiek za każde swoje działanie odpowiada moralnie przed Bogiem, Stwórcą i Prawodawcą. Nie możemy wartościować naszych czynów wyłącznie tym, jakie będą ich konsekwencje dla przyszłych pokoleń czy otaczającego środowiska. Naszym standardem powinien być Boży standard. Mimo że nasze złe postępowanie może wpływać na nasze rodziny, przyjaciół, środowisko, a nawet przyszłe pokolenia, to nie odpowiadamy za nie tylko dlatego, że wpłynęło na innych, ale dlatego że wynikało z buntu przeciwko Bożemu prawu.

Bożym standardem jest świętość i właśnie dlatego, że grzeszny człowiek sam nie byłby nigdy w stanie sprostać temu standardowi, Chrystus przyszedł na ziemię. Jego zastępcza śmierć na krzyżu, jako w pełni człowieka i w pełni Boga, otworzyła drzwi do tego, by grzeszny człowiek mógł być usprawiedliwiony przed świętym Stwórcą. Dzięki dziełu Chrystusa, grzesznik, zdając sobie sprawę, że sam z siebie nie jest w stanie sprostać Bożym standardom, może przyjść z wiarą i skruchą do Boga, z prośbą o przebaczenie, wiedząc, że On nigdy nie odrzuca tych, którzy do niego przychodzą.

Mimo więc, że przyszłość jest niepewna, a rzeczywistość fizyczna przeminie, człowiek jest istotą wieczną, która pewnego dnia stanie przed Bogiem. Życie na ziemi jest okresem przejściowym. Bóg obiecał, że nowa ziemia i nowe niebo, które stworzy dla swoich dzieci, będą doskonałe. Choć w obliczu wyzwań współczesnego świata może wydawać się, że nic innego poza nimi się nie liczy, to jednak patrzmy dalej i zastanówmy się, gdzie stoimy.

W wielkim skrócie

Myśląc więc o kryzysie klimatycznym, możemy być po pierwsze pewni Bożego suwerennego panowania, spod którego nie wymykają się ani procesy natury ani działalność człowieka. Możemy wiedzieć, że katastrofy naturalne oraz cierpienie i śmierć jakie wywołują, są częścią rzeczywistości poupadkowej, skażonej grzechem. Jednak jakkolwiek przerażające mogłyby być problemy rzeczywistości wokół nas, jakkolwiek tragiczne, to możemy wiedzieć, że ziemia, stworzona przez Boga, nie jest przypadkiem w pustym i bezosobowym świecie.

Możemy wiedzieć, że Bóg jako Stwórca obiecał, że koniec świata będzie miał miejsce, i że stworzy nową ziemię i nowe niebo. Nie zdołamy więc uczynić naszej ziemi nieśmiertelną, ani zapewnić wieczności ludzkiej cywilizacji. Podczas gdy możemy, a nawet powinniśmy podejmować pozytywne wysiłki na rzecz stworzenia i udzielać pomoc cierpiącym, to nie będziemy w stanie w pełni wyeliminować ani śmierci, ani cierpienia. To może być tylko dzieło Boże.

Ostatecznie, niezależnie od tego, co myślimy o przyszłości, pewnym jest, że każdy z nas pewnego dnia stanie przed Bogiem i odpowie za swoje postępowanie i to, czy oddał Bogu należytą cześć, ujrzawszy Jego chwałę w stworzeniu (Rzymian 1:21).

Nie powinniśmy oceniać naszego postępowania tylko przez pryzmat konsekwencji, jakie ze sobą niesie, ale tego, czy jako stworzone istoty podporządkowujemy się i oddajemy chwałę Stwórcy.

Dla człowieka przyszłość sama w sobie zawsze będzie w jakimś stopniu niepewna. Jednak nie dla wszechwiedzącego Stwórcy, który suwerennie realizuje swój dziejowy plan dla świata. Wobec niepewnej przyszłości dzieci Boże mogą odnaleźć oparcie w Tym, który sam trzyma ją w swoich rękach. O nim napisane jest w Psalmie 46:2-4 i 9-12:

“Bóg naszym schronieniem, źródłem naszej siły, zawsze dostępną pomocą w trudnościach. Dlatego niestraszne nam trzęsienia ziemi ani ruchy góry na dnie potężnych mórz. Niech sobie szumią, niech pienią się ich wody – góry przecież drżą, gdy On okaże moc (…). Podejdźcie i przyjrzyjcie się działaniu PANA! Jak potężne cuda czyni On na ziemi! Kładzie kres wojnom aż po krańce ziemi! Łamie łuki i kruszy włócznie, tarcze pali w ogniu. Wyciszcie się! Poznajcie, że Ja jestem Bogiem, wielkim wśród narodów, wywyższonym na ziemi! PAN Zastępów jest z nami, Bóg Jakuba – oto nasza twierdza.”

[to be continued]


To, kim jesteś w mediach społecznościowych ma znaczenie (cz.I)

Wydawać by się mogło, że o Internecie, jego zagrożeniach, uzależnieniach, magazynowaniu danych, netykiecie czy cyberprzemocy spisano już wszystko, co tylko spisać można. Nawet nie tylko spisano, ale i nakręcono wiele filmów czy seriali mrożących niekiedy krew w żyłach swoją dystopijną wizją przyszłości skrytej w hologramach czy w świecie przebiegłych ponad miarę ludzką sztucznych inteligencji. Wydawać by się mogło, że bez tych “smaczków” post-apo, mówienie o internecie jest zbyt trywialne i prozaiczne by poświęcać mu całą serię postów. Jednak czy za tymi wielkimi pojęciami i światem science-fiction, nie kryją się subtelniejsze problemy, o których na co dzień nie myślimy bądź staramy się nie myśleć? I nie mówię tutaj jedynie o kwestii sięgania rano wpierw po smartfon niż po Biblię.

Cel, czyli o tym jak i dlaczego warto spojrzeć na internet

Nie będzie to seria postów o tym jak bardzo portale społecznościowe niszczą nasze relacje i zaczynają przenikać większość dziedzin życia, stając się swoistym złem wcielonym. Nie jest to także manifest mający zażegnać raz na zawsze potrzebę bycia aktywnym w sieci, śledzenia czy reagowania na zamieszczone w niej treści. Nie mam zamiaru skupiać się na tym po co Markowi Zuckerbergowi nasze dane, wnikać w politykę Google’a czy badać ile tak naprawdę może usłyszeć Siri i nie podam dziesięciu sposobów na to, jak rano sięgać do Biblii, a nie do Facebooka – takich tekstów w internecie jest multum. Zresztą, nie sądzę by w “kilku sposobach na” był ratunek, który wymaga długotrwałej przemiany serca i odpowiedniej dyscypliny. Dlatego też, nie jest to poradnik, ani wielka krytyka Internetu samego w sobie.

Skoncentrujemy na jednej, zasadniczej kwestii. To, w jaki sposób wykorzystujemy internet, ma znaczenie. I znaczenie ma także to, kim w tym internecie jesteśmy. Zdania te nie brzmią niezwykle odkrywczo, a wręcz przeciwnie – są niewzruszonymi truizmami, z którym zapewne większość ludzi, z chrześcijanami włącznie (jak nie przede wszystkim) byłaby w stanie się zgodzić. Możliwe nawet, że część poruszonych w tym tekście kwestii niekiedy zastanowiła niektórych z nas. Możliwe także, że zdajemy sobie sprawę z sedna problemu – z tkwiącej w nas wrodzonej predyspozycji do grzechu.

Jednak to, co widzę jako swoisty mankament funkcjonowania chrześcijan w sieci to pewnego rodzaju problemogenne postawy, z którymi mniej lub bardziej – w zależności od poziomu ślepego i niewzruszonego zaangażowania bądź jego braku – powiązany jest w różnym stopniu, aczkolwiek nader często – egocentryzm, swoisty populizm, brak łagodności i miłości.

Każda z tych cech, będzie stanowiła oś przewodnią poszczególnych postów. Zacznijmy jednak od skonkretyzowania z czym tak właściwie mamy do czynienia.

O tym jak łopatą nie umyjemy okien, ale przy dobrych chęciach wykopiemy dół

Zapomnijmy na moment o fabule “Black Mirror” oraz o poradnikach jak ograniczyć czas spędzony na Facebooku i przyjrzyjmy się, co mamy do dyspozycji tu i teraz. A mamy nas samych, którzy przejawiamy niekiedy wielką potrzebę bycia zauważonym oraz idealną sieć, w której przy pełnej dowolności środków możemy sobie to łatwo zapewnić.

Można stwierdzić, że portale społecznościowe to po prostu nowa forma komunikacji, nowa przestrzeń, ale de facto jest to po prostu dane nam narzędzie i trzeba wiedzieć czemu to narzędzie ma służyć.

W obecnych realiach, tak jak telefon za nas sam nie rozmawia, tylko za jego pośrednictwem podejmujemy decyzję wybrania numeru i korzystamy z niego, tak też portale społecznościowe służą nam do realizacji naszych celów i decyzji. Tak jak łopata sama nie wykopie dołu w ziemi, tak też Instagram sam nie zacznie dodawać zdjęć. Jest to proste, ale też o tyle ważne rozróżnienie, ponieważ to my mamy wpływ na to, w jaki sposób i do czego użyjemy narzędzia, nie odwrotnie, oczywiście z pewnymi ograniczeniami (łopatą nie umyjemy okien, a Snapchatem nie damy rady wysłać maila do dziekanatu).

Znaczy to, że jesteśmy odpowiedzialni za to, do czego używamy narzędzia. I to nasza postawa wobec social mediów powinna wpływać na to, co na nich będziemy publikować, albo co będziemy na nich śledzić. Postawa zaś wynika z tego, co jest naszym priorytetem w życiu i co nim kieruje. To, kim chcemy być wynika z serca. Korzystanie z social mediów więc, powinno służyć celom, które stawiamy na piedestale w naszym życiu duchowym. Przecież jesteśmy chrześcijanami, prawda?

Wykorzystanie przeznaczonego nam narzędzia

Wszystko to sprowadza się do jednego z najogólniejszych pytań jakie musimy zadać sobie w praktycznym życiu chrześcijańskim – czemu ma służyć to, co robimy? To, w jaki sposób wykorzystujemy Internet ma znaczenie nie dlatego, że powinniśmy się lękać magazynowania naszych danych, czyhających wyskakujących okien czy dostępności hazardu online. Są to ważne rzeczy i ani trochę nie mam zamiaru bagatelizować ich rangi. Jednak najogólniej rzecz biorąc sposób, w jaki korzystamy z Internetu w ogóle, czy szczególnie z social mediów (bo tam jednak kreujemy nasz wizerunek) ma znaczenie, ponieważ jako wierzący jesteśmy wezwani do tego, by wszystko, co czynimy, czynić na chwałę Bożą i głosić Ewangelię (1 Kor 10:31).

Nasze życie ma być świadectwem i to, co do nas należy bądź jest przez nas kreowane również powinno nim być.

I tutaj, mając już bazę, możemy skupić się na tym, co prawdziwie chrześcijańską postawę w mediach społecznościowych nam utrudnia – mianowicie, na naszym egocentryzmie i pragnieniu bycia zauważonym i docenionym, niekiedy za wszelką cenę.

Egocentryzm jest powiązany z potrzebą akceptacji, której szukamy w złym miejscu.

Mój profil to moje egocentryczne królestwo, czyli pokusa bycia “polubionym”

Ile razy zdarzało Ci się wielokrotnie odświeżać powiadomienia na Facebooku, by zobaczyć ilu znajomych zareagowało na Twój nowy post? Czy oglądałeś kiedyś poradniki jak dzięki algorytmom mieć więcej polubień na Instagramie? Gdzie szukasz potwierdzenia tego, że publikowany przez Ciebie kontent jest wartościowy?

Jako ludzie mamy tendencję do poszukiwania akceptacji wśród innych ludzi zamiast u Boga. Generuje to kilka niebezpieczeństw.

Po pierwsze, możemy bać się zamieszczać treści o naszym Stwórcy bądź reagować na treści, które Go ośmieszają. Po drugie, możemy wręcz zasypywać naszą tablicę zdjęciami, relacjami z życia, wersetami, kazaniami i linkami do muzyki chrześcijańskiej, by stawać się z dnia na dzień większym chrześcijańskim celebrytą – niekiedy w ogólnym rozrachunku ważniejszym dla nas od Chrystusa. Po trzecie, możemy przyjąć nieco bardziej subtelną postawę użytkownika “krypto-ewangelizującego”, dodawać hashtagi i wersety z Biblii pod własnymi zdjęciami w bikini na plaży, jednak wizja, że ktoś się przez nie nawróci jest czasem dla nas dosyć utopijna i drugorzędna – idea szczytna, wykonanie słabe. No bo jak to, seria zdjęć własnej twarzy przecież nie buduje naszego ego, jeśli tylko jest podpisana wersetem, prawda? Niestety często nie.

Tak samo rzecz ma się z Twitterem, zdjęciami książek teologicznych czy aktywnością na grupach apologetycznych. Jeżeli potrzebujesz lajków innych ludzi, by dopieścili Twoje ego i poczucie wartości, prawdopodobnie jesteś w niebezpieczeństwie. Tylko Ty i Bóg tak naprawdę wiecie z jaką motywacją serca publikujesz swoje posty. Po to, by podzielić się radością z czegoś, co Bóg Ci dał? Czy po to, by szukać pocieszenia w liczbach polubień? Mark Ballenger napisał kiedyś :

“Jednym z powodów, przez które szukanie aprobaty u “znajomych”, “followersów” lub “subskrybentów” jest tak niebezpieczne, jest to, że czemukolwiek dasz moc, aby czuć się kochanym, dajesz temu także moc, która sprawia, że czujesz się niekochany. Kiedy Twój post nie zawiera tak wielu interakcji, jakich się spodziewałeś, albo nagle wywołuje burzę, której nie planowałeś, twoja samoocena spada (…)”.

Nie chodzi o brak radości z pięknego dnia, z wygranej w konkursie czy o brak wdzięczności za to, że Bóg stworzył nas ludźmi i jako ludzie jesteśmy piękni. Jednak nam social media nie są potrzebne do tego, by szukać na nich akceptacji i miłości. Zostaliśmy pokochani przez Boga, który wybrał nas pomimo tego, że nigdy byśmy na to nie zasłużyli i to Jemu mają się podobać publikowane przez nas treści. To On i Jego chwała, a nie my i nasze zasługi, mają stać w ich centrum.

Nasze profile na social-mediach nie powinny służyć naszej autopromocji, a naszemu Zbawicielowi.

Mój profil to ja i moje zasady, czyli moja własna wizja dobra i zła

Innym ekstremum jest uznanie, że to, co publikujesz w social mediach ma się podobać przede wszystkim Tobie. Jeżeli czujemy pokój w sercu publikując treści zahaczające o kulturę grzechu, bo uważamy, że przecież sami jesteśmy wystarczająco do nich zdystansowani, ponieważ wpisują się one w naszą osobistą definicję wolności chrześcijańskiej, istnieją spore szanse, że mamy poważny problem. 

O problemie subiektywnych odczuć dyktujących nam prawdy życiowe pisałyśmy już w poście “O Bożej woli i pułapce obiektywnych emocji (link).Musimy pamiętać, że to nie my sami jesteśmy naszymi własnymi wyznacznikami dobra i zła. Gdybyśmy byli zdolni do tego, by samodzielnie analizując “za” i “przeciw” w naszej głowie decydować co jest właściwe, a co nie, nie potrzebowalibyśmy spisanego słowa Bożego, ani – prawdopodobnie – takiego tworu jak Kościół, w którym jedną z roli jest napominanie siebie nawzajem. Kiedy ktoś z Kościoła zwraca nam uwagę, docelowo robi to dlatego, że martwi się o nas i nasze życie duchowe. Nasze sumienia są darem od Boga, jednak w gonitwie myśli nie znajdziemy jedynie przekonań o tym, co święte, dobre i piękne, a wręcz mnóstwo egoistycznych i niewrażliwych pobudek.

Słowo Boże nie podlega kompromisom.

Fakt, że teraz inna panuje konkretna moda, czy popularność zyskują dane hashtagi, nie oznacza, że można odseparować publikowany przez nas kontent od jego analizy w kontekście użyteczności dla budowania Bożego Królestwa. 

Jeżeli jesteśmy chrześcijanami, ale na Facebooku, Twitterze czy Instagramie pokazujemy światu, że jesteśmy dokładnie tacy jak on, nie świadczy to o nas dobrze. To, czy jesteśmy przesiąknięci osobą Chrystusa nie objawia się w tym, że od czasu do czasu podpiszemy pojedyncze zdjęcie wersetem.

To całokształt naszego zachowania w sieci powinien emanować tym, że naszym głównym celem jest uwielbienie Boga – niezależnie czy wrzucamy memy, zdjęcia, linkujemy muzykę czy wstawiamy odnośniki do kazania.

Samokreacja i wizualizacja życia

Kilka tygodni temu opublikowałyśmy tutaj post o tym, że chrześcijaństwu daleko do wizji amerykańskiego snu (link). Podtrzymując ton, którym przesiąknięty był cały ten tekst nie dajmy się zwieść pokusie estetycznych instagramów i idealnych profili naszych znajomych.

Jednym z najbardziej podstępnych mechanizmów, które mają miejsce w internecie jest ten, który przekonuje nas, że to w sieci możemy w końcu być tacy, jacy chcemy. Możemy się dowolnie wykreować. I przy okazji pozbyć się Kreatora.

Wydaje nam się, że przestrzeń internetu i nasze profile to coś nad czym mamy całkowitą kontrolę. Jeżeli chcemy wpasować się w konkretny styl, dobieramy odpowiednią paletę barw. Czytamy konkretne blogi. Śledzimy konkretne strony z memami. Nasze profile stają się tak bardzo nasze, że nie są już nami, a jakąś postacią, która będąc sztucznie wyreżyserowaną jest coraz mniej szczera, a coraz bardziej cyniczna. Robimy idealne zdjęcia kawy i Biblii z rana, zapewniając swoich obserwatorów o cudowności naszych żyć, a godzinę później zalewamy się łzami. Nie róbmy tego, nie twórzmy z siebie na siłę kogoś, kim nie jesteśmy. Nie stylizujmy się na medialną personę, która może i zyska powierzchowną aprobatę w oczach innych, ale sama będzie się dusić w świecie półprawd i własnego ego, a już na pewno – nie będzie tym oddawała chwały Stwórcy.

Ten, który nas stworzył, sam najlepiej wie co powinniśmy przeżyć i czego doświadczyć. On nas odpowiednio wykreuje, do nas należy trwanie w Słowie i modlitwie, a nie próba wmówienia sobie i innym za pośrednictwem portali społecznościowych, że potrafimy wykreować siebie sami.

Tym samym, nie traktujmy internetu jako naszego powiernika. Nie ulży nam na sercu, jeżeli będziemy wylewać swoją frustrację czy smutek w sieci – to pomaga na chwilę i nie rozwiązuje problemu, a wręcz tworzy kolejne. Nie obnażajmy się ze wszystkich sekretów, nie twórzmy z tablicy na Facebooku swojego mini-konfesjonału.

Pierwszą osobą, do której powinniśmy się zwracać z wdzięcznością, radością, smutkiem, histerią, dezorientacją czy grzeszną frustracją w celu upamiętania powinien być Bóg, a nie Facebook.

Nie bójmy się internetu i doceńmy możliwości, jakie dzięki niemu mamy. Bądźmy jednak ostrożni, pamiętając o istniejącej w nas predyspozycji do grzechu. Kiedy korzystamy z social mediów, róbmy to świadomi, że fakt dysponowania wielością opcji promocji naszych profili nie jest niewinną rozrywką, ale raczej narzędziem, które ma wielki potencjał, jeżeli stawiamy w tym Boga na pierwszym miejscu. Nie popadajmy w autopromocję, balansowanie na granicy grzechu czy w subtelne kłamstewka na temat rzeczywistości, której dodajemy koloru na Facebooku, by poprawić sobie humor, zamiast zwrócić się o pomoc do Pana w modlitwie. Tym samym pamiętajmy, że naszej wartości nie stanowi liczba polubień, a fakt bycia wszczepionym w Chrystusa. My mamy być coraz mniejsi, On zaś ma wzrastać.

“Przeto czy jecie, czy pijecie, czy cokolwiek innego czynicie, wszystko na chwałę Bożą czyńcie” (1 Kor 10:31)


Światopogląd – kontrowersja czy codzienność

Światopoglądy stały się dziś powszechnymi towarami. Ich skrawki spotykamy wszędzie, nawet jeżeli nie podążamy za szybkim nurtem współczesnej polityki. Obijają nam się o uszy w hasłach ulicznych demonstracji, przepełniają sale kinowe i przenikają naszą popkulturę. Zewsząd słyszymy głosy nawołujące nas do wyjścia ze średniowiecza, do prowadzenia ekologicznego stylu życia, aktywnej działalności społecznej czy samorealizacji za wszelką cenę. Otaczający świat wywiera na nas presję. Słuchając wypowiedzi polityków w mediach, przeglądając Twittera czy czytając wiadomości, jesteśmy ciągle bombardowani twierdzeniami, które pretendują do prezentowania właściwego spojrzenia na świat.

Wiemy więc jedno. Od światopoglądu nie ma ucieczki.

Ale czy światopogląd ogranicza się do naszych przekonań polityczno-społecznych, które aktywnie wyrażamy w dyskusjach? Czy chodzi tu wyłącznie o to, co myślimy o strajkach klimatycznych, uchodźcach, Unii Europejskiej czy aborcji? Czy w takim razie reszta naszego życia pozostaje neutralna, niedotknięta żadnym światopoglądem?

Światopogląd jest pojęciem szerszym, niż mogłoby się wydawać i nie ogranicza się do okazjonalnej dyskusji o edukacji seksualnej lub werbalnej potyczki w mediach społecznościowych, ale obejmuje całą rzeczywistość. Wydaje mi się, że powinniśmy spoglądać na niego jako na zbiór fundamentalnych przekonań, które kształtują całe nasze myślenie i życie.

Nie istnieje sfera neutralna. Coś zawsze będzie informowało nasze postrzeganie rzeczywistości. Jeżeli nie będzie to Słowo Boże, to będzie to coś innego, nawet jeżeli nie będziemy tego świadomi.

Od naszego światopoglądu zależy to, jak oddamy głos przy urnie wyborczej, ale także to, jaka będzie nasza codzienna etyka pracy, nasz stosunek wobec innych i to, jakie decyzje będziemy podejmować.

Współczesne światopoglądowe uniwersum

Internet stał się w ostatnim czasie swego rodzaju rynkiem światopoglądowym. Każdy ma możliwość podzielenia się swoją wizją świata, a przestrzeń mediów stanowi doskonałą platformę do zbudowania społeczności opartych o podobne postrzeganie rzeczywistości, szczelnie zamkniętych w swojej bańce informacyjnej. Obserwujemy więc intensyfikację społecznych podziałów w sferze Internetu, która gwarantuje bezpieczeństwo w gronie innych medialnych wojowników. Anonimowość zezwala na prowadzenie agresywniejszego dialogu, a obozy przeciwstawnych poglądów coraz bardziej się radykalizują, przy czym często poziom debaty ostatecznie spada do konieczności skrywania się za internetowym guru, który “zniszczy” argumenty drugiej strony. 

Nasze czasy charakteryzuje też silny nacisk na indywidualizm i autokreację. To jednostka determinuje dziś nie tylko prawdę, ale nawet samo rozumienie tego, czym prawda jest. Subiektywne odczucia i mniemania nie muszą być mierzone żadnymi obiektywnymi kryteriami – samo ich doświadczanie wystarczy, by uznać je za „prawdziwe”. Spójność spada na drugi plan, a prawda staje się tylko kwestią wyboru, preferencją, która pozwala nam kreować naszą indywidualną i spersonalizowaną wizję świata. Światopogląd nie jest więc czymś, co buduje się na jasno określonych, obiektywnych fundamentach. Jest raczej płynną konstrukcją, zmieniającym się produktem naszego indywidualistycznego stylu życia.

Jak mamy się do tego odnieść jako biblijnie wierzący chrześcijanie? Wobec poruszanych w naszym społeczeństwie tematów na pewno nie możemy milczeć. Nie możemy jednak ulec złudzeniu, że nasz światopogląd to tylko kwestie społecznie kontrowersyjne.

Posiadanie chrześcijańskiego światopoglądu nie oznacza, że fragmentarycznie dobieramy sobie tematy, które pozwolą nam zabłysnąć w dyskusji i zaspokoić potrzebę uwagi.

Wierząc w absolutną wystarczalność Słowa Bożego, nie możemy dzielić ani naszego życia, ani myślenia na różne sfery – takie, w których opieramy się o Słowo Boże i inne, które są światopoglądowo neutralne. Nasz światopogląd nie jest po prostu zbiorem preferencji, które bardziej pasują do naszej wizji świata, ale jest uznaniem tej interpretacji rzeczywistości, którą zawarł w swoim spisanym objawieniu sam Stwórca. W budowaniu go musi towarzyszyć nam pokora, a dyskusje o kwestiach kontrowersyjnych nie powinny sprowadzać się do „zniszczenia” poglądu przeciwnika, tylko do Ewangelii, która jest podstawą naszego spojrzenia na świat. Ostatecznie, nasz chrześcijański światopogląd musi być weryfikowany życiem, które jest z nim zgodne.

Pokusa odrzucenia wystarczalności Pisma Świętego

Trzeba powiedzieć to wyraźnie. Jeżeli nasze myślenie nie będzie zbudowane na Słowie Bożym jako na wystarczającym źródle prawd dla życia w tym świecie, będziemy podatni na zwiedzenie. Część naszego światopoglądu zostanie ukształtowana innymi wartościami i będzie przesiąknięta innym rozumieniem rzeczywistości, niż to, które nadał sam Stwórca.

Świadomie lub nie, potrafimy dzielić nasze życie i myślenie na różne sfery. Szczególnie niebezpieczny jest dualizm, który uznaje Biblię za autorytet tylko w niektórych dziedzinach.

Może np. przedkładamy „obiektywne” opinie ekspertów marketingu nad przesłanie Pisma Świętego. Taki podział w świecie funkcjonuje już od dawna – subiektywne prawdy sfery duchowej uważane są za niekompatybilne z obiektywnymi prawdami nauki. Może jednak nie kwestionujemy świadomie wystarczalności Pisma, ale po prostu niektóre sfery naszego życia pozostają od niego niezależne. Żyją własnym życiem, a my nie dążymy do aktywnego podporządkowania ich prawdom Pisma. A może po prostu wydaje nam się, że Biblia nie mówi tak naprawdę nic o „prawdziwym życiu” i w szarej strefie codzienności jesteśmy zdani tylko na własną mądrość.

Jednak jeżeli jesteśmy osobami wierzącymi, to nie możemy dzielić naszego życia na kawałki. Nie istnieje sfera naszego życia i poglądów, o której Pismo Święte nie miałoby nic do powiedzenia. Oczywiście Biblia nie jest wyczerpującym spisem wszystkich sytuacji, w których się kiedykolwiek w życiu się znajdziemy – ale jednak zasady w niej zawarte można odnieść i zastosować do każdych okoliczności. Bóg, który stworzył wszechświat dał nam takie spisane objawienie, które jest wystarczające, by żyć w tym świecie na Jego chwałę.

Jeżeli punktem wyjścia dla budowy naszego światopoglądu jest wszechpotężny osobowy Bóg i Stwórca, to musimy zrozumieć, że absurdem jest uznać jakąkolwiek sferę naszego życia za niezależną od Niego.

Jeżeli nasz światopogląd nie będzie poinformowany prawdą Bożego Słowa, to zostanie niechybnie poinformowany wartościami tego świata i ukształtowany jego ideologiami. Możemy nawet nie być tego procesu świadomi. Pewnego dnia obudzimy się z przekonaniem, że szczęście przychodzi wraz podążaniem za sercem, złe postępowanie człowieka jest wyłącznie produktem negatywnego wpływu jego otoczenia, kapitalizm czy socjalizm jest odpowiedzią na wszystkie problemy ludzkości, a głównym celem, do którego powinniśmy dążyć jako chrześcijanie jest przemiana społeczeństwa przez polityczny aktywizm. Tak pobudzeni nowymi ideami, spotkawszy na ulicy przypadkową osobę staniemy z nią do walki na śmierć i życie o poglądy polityczne, gotowi zrównać ją z ziemią, gdyby tylko się okazało, że ma inne spojrzenie.

Francis Schaeffer napisał: „Nie ma sensu twierdzić, że On jest Alfą i Omegą – początkiem i końcem, że jest Panem wszystkich rzeczy, jeśli nie jest Panem mojego całego, zespolonego w jedno, życia intelektualnego. Jestem obłudnikiem albo człowiekiem o pomieszanych pojęciach, jeśli śpiewam o Chrystusie jako o Panu, a równocześnie usiłuję zatrzymać pewne dziedziny mego życia jako autonomiczne.” 

Tożsamość chrześcijanina w Chrystusie musi być więc fundamentem, która kształtuje całe jego życie, nie tylko fragmentem jego osoby, który włącza się w trakcie niedzielnego nabożeństwa lub dyskusji teologicznej.

Nie możemy dzielić naszego życia na sferę intelektualną, którą kształtują prawdy Bożego Słowa, i sferę codzienności, która funkcjonuje niezależnie od nich. Jeśli Chrystus faktycznie panuje w naszym sercu, to powinien panować niepodzielnie, a jego Słowo powinno kierować naszym myśleniem, a w efekcie postępowaniem. Jasne, fajnie, że wiemy co Biblia mówi na dany temat i potrafimy to obronić, ale jeśli reszta naszego życia zupełnie przeczy temu przesłaniu, to nasz światopogląd „na pokaz” jest naprawdę bez wartości.

Jak pisze Nancy Pearcey w swojej książce “Total Truth”: „Argumentowanie, że chrześcijaństwo jest zupełną prawdą może wychodzić nam doskonale, ale nasza argumentacja nie zostanie uznana za przekonującą, jeśli nie dostarczymy namacalnej manifestacji tego, jak ta prawda działa w praktyce. Inni muszą zobaczyć na własne oczy, że w naszej codzienności nie traktujemy chrześcijaństwa jako sfery ucieczki, czegoś w rodzaju koca termoizolacyjnego czy zamku bajkowych wierzeń, które poprawiają nasze samopoczucie (…). Werbalna prezentacja przesłania chrześcijańskiego światopoglądu traci swoją moc, kiedy nie potwierdza jej jakość naszego życia.”

Pokusa intelektualnej pychy i światopoglądowej walki na śmierć i życie

Załóżmy jednak, że wierzymy, że Pismo Święte jest wystarczające do adresowania problemów skomplikowanej rzeczywistości, która nas otacza. Studiujemy je i dążymy do tego, by to jego zasady kształtowały nasz światopogląd. Cieszymy się spójnością, którą Pismo nam gwarantuje. Łatwo jednak w takim momencie może wkraść się w naszą postawę nutka intelektualnej pychy. Zaczniemy prowadzić dyskusje o światopoglądzie tylko po to, by nakarmić własne ego i będzie nam bardziej zależeć na przeforsowaniu własnych, nawet właściwych racji, niż podzieleniu się Ewangelią lub zachęceniu innej osoby.

Musimy pamiętać, że jako chrześcijanie rozumiemy prawdy Ewangelii tylko i wyłącznie dlatego, że Bóg pozwolił nam je poznać.

Nie doszliśmy do nich pracochłonnym rozumowaniem. Gdyby nie Boża interwencja w nasze życia, ciągle tkwilibyśmy w dawnym sposobie myślenia, który Paweł w Liście do Rzymian 1:28 opisuje w ten sposób: „Dlatego również Bóg wydał ich na pastwę rozumu, niezdolnego do trafnych ocen, tak że czynią to, co nieprzyzwoite.” To łaska, że znając prawdę, możemy budować na niej całe nasze myślenie i życie. To łaska, że możemy studiować Pismo Święte, ucząc się tego, co ono mówi o całości otaczającej nas rzeczywistości. Nie mamy więc czym się wywyższać. Nie możemy dumnie uważać się za niepowtarzalnych indywidualistów, którzy zdołali sami zbudować spójny światopogląd. Mądrość, którą czerpiemy z kart Pisma Świętego nie jest naszym wytworem. To sam Bóg jest jej dawcą.

Co więcej, nie jesteśmy wszechwiedzący. Nasz światopogląd jest czymś, co ciągle się rozwija. Nasze poznanie niezmiennego Pisma Świętego rośnie wraz z każdym dniem życia z Panem. Umiejętność praktycznego zastosowania zasad Pisma Świętego do często skomplikowanych sytuacji naszego codziennego życia jest procesem lepszego poznawania Boga i czerpania z mądrości innych wierzących. Nie ma tu miejsca na pychę ani na pozbawione miłości udowadnianie innym, że są daleko za nami na ścieżce światopoglądowego rozwoju.

Światopogląd w praktyce czyli o co tak naprawdę walczymy

Ostatecznie, musimy zastanowić się gdzie angażujemy naszą energię. Tak, nasze myślenie o sprawach społecznych powinno wypływać z naszego rozumienia Pisma Świętego. Ale czy jesteśmy gotowi z taką samą energią i zaangażowaniem głosić Ewangelię naszemu otoczeniu, z jaką gotowi jesteśmy walczyć o nasze polityczne racje, nawet takie, które uważamy za poparte biblijnymi argumentami? Czy inwestujemy więcej energii w nasze życie duchowe, w nasz wzrost w Chrystusie, w służbę lokalnego kościoła, niż na polityczne potyczki w Internecie lub w rzeczywistości? Czy dbamy bardziej o te sfery naszego światopoglądu, którymi będziemy mogli zabłysnąć w dyskusji, czy raczej chcemy, by całe nasze życie znalazło się pod kontrolą biblijnego myślenia? Czy jesteśmy dogmatyczni i gotowi „zniszczyć” każdego, nawet chrześcijanina, którego poglądy na kwestie społeczne są nieco inne?

Żyjemy w epoce, w której przynależność do danego politycznego środowiska stała się jednym z pierwszorzędnych kryteriów samoidentyfikacji. Ta mentalność potrafi przenikać również do chrześcijańskich środowisk. Jeżeli jednak pozwolę, by moim głównym kryterium samoidentyfikacji stała się przynależność do danego środowiska partyjnego, nawet jeżeli jego postulaty zgodne są z moim chrześcijańskim światopoglądem, to daję się odciągnąć od głównego celu.

Czasami w obliczu presji otaczającego świata, może nam się wydawać, że jedyną nadzieją dla naszego społeczeństwa jest przyłączenie się do konkretnego środowiska politycznego, które obroni tradycyjne wartości. Jasne, ważne jest zajmować pozycję w kwestiach moralnych, głosować zgodnie z naszym sumieniem, bronić praw nienarodzonych, opowiadać się za nienaruszalnością Bożego porządku stworzenia, ale nie pozwólmy, by nasza walka toczyła się wyłącznie i pierwszorzędnie na polu politycznym.

Polityczny aktywizm nie zbawi naszego społeczeństwa. Nawet gdyby wypełniło ono wszystkie postulaty, które przedstawiamy, to i tak desperacko potrzebowałoby Ewangelii.

Każde społeczeństwo, niezależnie od tego jak bardzo jego system prawny i kultura odzwierciedlają szeroko pojęte chrześcijańskie wartości, potrzebuje Ewangelii. To nie moralizm zbawia, ale Ewangelia. Musimy pamiętać, że to ona przemienia życia i świat, nie wyłącznie nasze polityczne zabiegi.

Nasz światopogląd jest ważny, ale jeżeli nie będzie prezentowany w związku z przemianą życia, to będzie tylko moralistycznym zestawem pustych postulatów. Jako chrześcijanie możemy identyfikować się z postulatami konserwatywnych partii politycznych, ale musimy pamiętać, że kieruje nami zupełnie inna motywacja. Naszą główną motywacją nie jest powierzchowna zmiana społeczeństwa, ale zmiana serc i żyć, której może dokonać tylko Ewangelia.

Oczywiście, powinniśmy zabierać głos w sprawach, które budzą naszą troskę lub niepokój, ale to wszystko powinno stać na fundamencie naszego głównego dążenia – głoszenia Ewangelii i praktykowania jej we wszystkich kontekstach naszego życia. Nasz światopogląd przecież rozpoczyna się i wyrasta właśnie z niej. Nie ma prawdziwie chrześcijańskiego światopoglądu bez Ewangelii.

Wszystkie nasze przekonania dotyczące człowieka, sensu życia i odpowiedzialności moralnej przed Bogiem powinny wynikać z Pisma Świętego.

Jeżeli więc angażując się w długotrwałe dyskusje o szeroko pojętych „sprawach światopoglądowych”, nie wspominamy słowem o przesłaniu Ewangelii, to co tak naprawdę osiągnęliśmy?

To ją chcemy głosić i ją przekazać, a nie za wszelką cenę dążyć do przekonania kogoś do przyjęcia postulatów danej ideologii politycznej lub naszego własnego spojrzenia na skomplikowane kwestie społeczne, o których często nie mamy pełnej wiedzy. Mamy ograniczoną energię i czas. Na co je poświęcimy?

Fundamenty chrześcijańskiego światopoglądu

Jak już częściowo wynika z poprzednich akapitów, chrześcijanin posiada narzędzia do interpretowania otaczającej go rzeczywistości. Posiada Boże spisane objawienie, będące zbiorem prawd, które Bóg pozostawił dla ludzkości w swoim objawionym Słowie. Bóg od samego początku stawiał człowieka przed faktami dokonanymi. Sam pierwszy werset Biblii jest stwierdzeniem. “Na początku stworzył Bóg niebo i ziemię”. Nie ma wobec tego żadnej dyskusji.

Tylko Stwórca ma prawo do właściwej interpretacji rzeczywistości, którą stworzył. Prawdziwa interpretacja nie jest odczuciem ani tym, co się komuś wydaje. Jest realną odpowiedzią na pytanie – „co autor miał na myśli”. My możemy tylko tą interpretację przyjąć. Światopogląd chrześcijański, zawarty w Piśmie Świętym, będzie więc spójny i niesprzeczny. Będzie odnosił się do każdego aspektu życia człowieka – ponieważ Bóg panuje suwerennie nad całym światem, nie tylko jakąś mgliście definiowaną sferą duchową. Powinien kształtować zarówno nasze przekonania na tematy kontrowersyjne, jak i praktykę codziennego życia z Panem.

Chrześcijański światopogląd nie tylko pozwala nam interpretować rzeczywistość, ale także nas przemienia w procesie naszego poddawania każdej myśli w posłuszeństwo Chrystusowi.

Chrześcijański światopogląd nie jest więc kolejną opcją na półce ideowego supermarketu i nie sprowadza się po prostu do spójnego pakietu intelektualnych postulatów, które pomogą nam wygrać każdą dyskusję i wzbudzą podziw w oczach innych. Nie jest też, i nie może być, atrakcyjnym dodatkiem do życia, bufetem poglądów, z którego możemy dowolnie wybierać to, co się nam podoba. Wręcz przeciwnie. Musi być wszystkim albo niczym. Musi kształtować całą naszą codzienność.

Dla zainteresowanych tematem bardzo polecam poniższe pozycje:
“Total Truth: Liberating Christianity from Its Cultural Captivity”, Nancy Pearcey
“Dokąd?”, Część I, Francis Schaeffer (w angielskim wydaniu Escape from Reason”)


Chrześcijańskie marzycielstwo, czyli o tym dlaczego wiara w Boga to nie american dream

Podobno w życiu ważna jest rutyna, prawda? Budzisz się o 5:00 rano pełen ducha, przed odgłosem budzika. Na szafce nocnej leży Twoje ulubione wydanie Słowa Bożego. Strony, gdzieniegdzie subtelnie pozaginane od częstego przewracania, komponują się kolorystycznie z kartkami skrzętnie zapełnionymi notatkami z wczorajszego kazania. Wstajesz ochoczo z łóżka, przechodzisz pełen życia przez swoją idealnie wysprzątaną sypialnię, pościel pachnie świeżością, a w powietrzu unosi się zapach świeżo zmielonej kawy, której gorący kubek podaje Ci podśpiewując Psalm 23 Twoja piękna żona. Dzieci, wesoła gromadka pociech, śpią smacznie w swoich łóżeczkach, kiedy oboje rozpoczynacie dzień wspólnym studiowaniem Słowa i uwielbieniem Boga. Jesteście autentycznie wdzięczni za kolejny piękny dzień, za Twoją wspaniałą pracę, za wasz wspaniały dom z basenem i wspaniałość tej całej wspaniałości. Jednak ten scenariusz, przyznajmy szczerze, jest dość nieprawdopodobny.

Możemy, na potrzeby tego tekstu, dowolnie sobie zmodyfikować ten wstęp. Bardziej odpowiada Ci scenariusz osiągnięcia krańcowych wyżyn intelektualnych, filozoficznej stabilności i posiadania wszelkich książek teologicznych by zdobywać uznanie wśród apologetów? Proszę bardzo. Bycie niezależnym i nieustraszonym misjonarzem, który niczego nigdy się nie lęka, nie ma momentów załamania i jest podziwiany za odwagę? Nie ma sprawy. Stanie się idealnie beztroskim i rozpoznawalnym influencerem chrześcijańskim na Instagramie czy Twitterze? Również dozwolone.

Sęk tkwi w tym, że każdy z nas ma jakąś wizję dla swojego życia i niekiedy wielu z nas myli się co do tego, jaką wizję dla naszych żyć ma nasz Stwórca. A wbrew pozorom, to co Bóg dla nas zaplanował to nie jeden wielki american dream tu, na ziemi i musimy przestać sobie to wmawiać.

Dorobić się, czyli amerykański sen w sensie kulturowym

Pojęcie amerykańskiego snu rozumiane w sposób kulturowy można ująć w skrócie jako marzenie o wolności, osobistym szczęściu, zapewnieniu sobie życiowych perspektyw, materialnego komfortu i trwałego, nierozrywalnego spełnienia zamkniętego na własnym życiowym podwórku. W tym sensie, pomijając aspekt historyczny i skupiając się na ogólnie rozumianym pojęciu, jest to pewien sposób patrzenia na rzeczywistość, który ukierunkowuje to spojrzenie w określonej formie i determinuje kierunek wyznaczanych celów i marzeń. Marzenia te mają być wynikiem ciężkiej pracy i długich godzin poświęconych na ich realizację, mają być (najczęściej) kwintesencją materialnych błogosławieństw możliwych na ziemi, a także skierowane są na łaknienie i  zdobywanie tych błogosławieństw.

Problem w tym, że takie podejście generuje ryzyko wiary w Ewangelię sukcesu – Ewangelię, w której Bóg przypomina bardziej Świętego Mikołaja, który grzecznym i bardziej aktywnym dzieciom daje lepsze prezenty –  bardziej niż w Ewangelię objawioną nam w Słowie Bożym.

Tak samo, moim zdaniem, możemy podejść do marzeń duchowo-intelektualnych, już częściowo zaakcentowanych powyżej – marzeń o tym, by w toku “samodoskonalania się” nieustannie tryskać zaraźliwym optymizmem, osiągnąć wyżyny intelektualne, rozwinąć w sobie imponujący poziom empatii, czy umiejętności retorycznych – ot tak, niby dla Boga, ale bardziej dla siebie.

Lament niespełnionej nadziei i ryzyko samouwielbienia za zasługi

Kiedy amerykański sen przyjmiemy jako nasze oczekiwanie wobec życia chrześcijańskiego szybko się zawiedziemy. Po pierwsze dlatego, że granica między konsekwentnym stawianiem sobie celów, a legalizmem “w imię marzenia” jest dość cienka. Po drugie, zawiedziemy się, bo szybko zobaczymy, że narzuciliśmy sobie standard, którego sami z siebie nie możemy spełnić i część z nas zacznie ukrywać ze wstydu niedociągnięcia, wprowadzając w ten schemat innych wierzących – co doprowadzi nas do błędnego koła. Po trzecie, możliwe że będziemy wierzyć w jedyny możliwy scenariusz (przypominający checklistę typu “zbudować dom, spłodzić syna, zasadzić drzewo”) życia chrześcijańskiego, czyniąc z niego bardziej jałową kulturę niż wiarę. I wreszcie – po czwarte i najważniejsze – zaczniemy żyć nadzieją na spełnienie naszych ziemskich marzeń bardziej niż nadzieją, którą mamy w Chrystusie.

Aktywne sięganie po marzenia, a wiara we własną uczynkowość

Przecież logicznym, jest, że jeżeli rozumiemy właściwą teologię oraz pełnimy jakąś służbę w kościele, to nasze życie powinno pokrywać się z naszym zamierzonym wzorem życia, wzorem męża i wzorem narzuty na kanapę, prawda? Niekoniecznie.

Podkreślmy to wyraźnie – nikt nie mówi, że dbałość o własną dyscyplinę duchową i dążenie do aktywnej realizacji tego, do czego Bóg nas powołuje, jest złe, a na pewno nie mówi tego Pismo Święte. Jednak Słowo Boże nigdzie nie każe nam dywagować i rozliczać się z tego jakie pięć kroków podjąć, by osiągnąć sukces w życiu na dowolnym polu, jakby to tylko od nas zależało.

Tu nie chodzi o to, by wykonywać zalecenia i być uprawnionym do stawiania roszczeń. Nie chodzi nawet o to jak “silną” wiarą dysponujemy, jak gdyby mogła naszemu Stwórcy jakkolwiek zaimponować. Mamy wykonywać zalecenia i ufać, mając na uwadze, że ostateczne słowo należy do Boga.

Pismo mówi o tym, jakie zachowanie i podejście jest właściwie, a nawet, że Bóg spełni nasze prośby – “Jeżeli we Mnie trwać będziecie, a słowa moje w was, poproście, o cokolwiek chcecie, a to wam się spełni” (J 15:7). Kluczowe tutaj jest to, że fraza “jeżeli będziemy trwać w Nim” nie oznacza emocjonalnych uniesień i przyzwoitego czasu słuchania kazań na YouTube w tygodniu. Nie deklaruje nam również, że jest jakiś określony pułap czasu, w którym Bóg powinien zareagować na naszą prośbę i to jeszcze dokładnie tak, jakbyśmy tego chcieli.

Trwanie w Nim nie jest nieustanną, estetyczną i pozbawioną jakichkolwiek zmartwień celebracją, którą wypracowaliśmy sobie sami. 

To nie dążenie po trupach do celu, kierowanie się jakimś rekomendowanym planem, ani odhaczanie kolejnych punktów z listy, finalnie czyni nasze marzenia możliwymi, a działanie i wola Boża, której część przedstawiono nam w Jego Słowie. Trwanie w Nim więc, to poznawanie Go coraz lepiej poprzez Jego Słowo, a nie doklejanie wizerunku Boga do osobistych marzeń o sukcesie zawodowym czy rodzinnym.

Musimy przyjąć do wiadomości i uświadamiać siebie nawzajem, że kiedy jesteś człowiekiem zbawionym, nie oznacza to, że nagle uzyskałeś dostęp do tygodniowego planu jak żyć życiem chrześcijańskim by nie podwinęła Ci się noga i Twoje kroki nigdy się nie zachwiały.

Nie pokładajmy ufności we własnych czynach i nie myślmy też, że nigdy nie upadniemy, bo jesteśmy oświeceni wiedzą i zawsze robimy z niej należyty użytek. Wiedza czy dobra rutyna jest istotna i wskazana, jednak to, co otrzymaliśmy to możliwość bycia dyscyplinowanymi i korygowanymi między innymi przez cierpienia. Konfrontowanymi z własną pychą. Bycia pewnymi, że żadnym czynem nie jesteśmy ani trochę lepsi, bo Bóg patrzy na nas przez pryzmat Chrystusa.

I tak, jeżeli marzysz chociażby o tym, by skończyć studia, to nie możesz być wobec tego celu pasywny – podejmujesz pewne działania, by to zrealizować. Tak samo, kiedy chcesz wstąpić w związek małżeński – magiczna pewność, że ktoś ma być Twoim współmałżonkiem nie pojawia się znikąd, tylko Bóg daje Ci ją w toku działań, które podejmujesz stawiając w relacji z drugą osobą na pierwszym miejscu przyniesienie chwały Panu – aktywne, wyrażające się w Twoich działaniach, a nie w idei niemającej pokrycia z rzeczywistością.

Jednak pamiętajmy, że finalnie to nie nasze uczynki kształtują rzeczywistość przed nami, a Bóg. I jeżeli istnieje jakiś efektywny chrześcijański coaching, to nie w 5 sposobach na udane życie chrześcijańskie, a w aktywnym trwaniu w Jego Słowie i czekaniu na Jego przyjście.

Standard “nieosiągalny” czyli nieprawdopodobne nie znaczy, że niemożliwe

Scenariusz przedstawiony we wstępie nazwałam nieprawdopodobnym, jednak nie oznacza to, że jest on niemożliwy. Nie wykluczam, że są osoby, chociażby doświadczone w wierze, którym udaje się przez pewien czas utrzymać swoją rutynę dnia na takim standardzie i którym Bóg pobłogosławił także materialnie.

Uważam, że piękne jest to, jak Chrystus zmienia życia każdego z nas i wielu z nas daje takie, których byśmy sobie nie wyśnili. Dobrze jest być wdzięcznym za  piękno codzienności, dobrze jest o tym mówić, wychwalać Pana i dzielić się tym. Ale nie twórzmy iluzji, że zawsze udaje nam się nam być tak idealnymi jak byśmy tego chcieli. Nieumiejętność przyznania się do błędu jest pychą.

Jednym z najniebezpieczniejszych kłamstw, jakie możemy sobie wmówić w reakcji na widok perfekcyjnych chrześcijańskich żyć jest to, że posiadając jakieś zmagania, nie pasujemy do tego środowiska.

I nie chodzi tylko o to, że nie wszyscy z nas na ten moment potrafimy zarządzać rozsądnie swoim czasem, albo że nie każdego stać na to, by jego dziecko chodziło od zawsze do szkoły muzycznej i znało biegle kilka języków. Możliwe, że w przeszłości, przed nawróceniem, robiłeś naprawdę spektakularnie krzywdzące rzeczy, których Twoi znajomi wychowani w domach chrześcijańskich nie mieli okazji poznać i fakt tego “splamienia przeszłości” niesamowicie Cię przytłacza, bo odstajesz od domniemanej kultury.

Najbardziej podstępne kłamstwo mówi nam, że jesteśmy jedyni, którzy zmagamy się z wątpliwościami, grzechem, lękiem czy strachem, czy też ograniczeniem własnego umysłu. Jednak gdyby tak było, podejrzewam, że Biblia nie byłaby przesiąknięta wersetami dotyczącymi walki duchowej, a na pewno Bóg nie umieściłby w niej Psalmów Dawidowych – w których niejednokrotnie widzimy psalmistę we łzach, niekiedy negującego to, czy Bóg w ogóle go słyszy.

Nie brzmi to jak american dream, prawda? Hiob także nie miał zbyt wielu ziemskich powodów do radości, kiedy stracił wszystkie swoje dzieci, a ciało miał pokryte trądem. Nie chodził z przyklejonym uśmiechem do twarzy. Paul Washer napisał kiedyś :
“Czasem wstajesz rano i nie chcesz czytać Słowa Bożego, podobnie jak czasem moje serce jesteś ospały, lecz gdy idziemy przez dzień czujemy się tak przekonani o tym, co zrobiliśmy i zdaję sobie sprawę, że muszę zwrócić się do Słowa Bożego. Potrzebuję modlitwy. Potrzebuję pomocy. Potrzebuję wzrastać. To jest znak chrześcijaństwa.”

Miejmy świadomość, że potrzebujemy pomocy. Chrześcijaństwo nie polega na tym, że od momentu nawrócenia wstępujemy na świetlaną ścieżkę amerykańskiego snu i od tej pory prowadzimy idealne życia, przestajemy grzeszyć i w końcu mamy kontakt z Bogiem, który z pewnością pobłogosławi nam dobrym zdrowiem, nieustającą euforią i pomyślnością.

Stając się uczniem Chrystusa dostajemy nowe serce i rozpoczynamy walkę, w której po raz pierwszy mamy realną siłę przeciwstawić się grzechowi. Siła ta pochodzi od Boga i stopniowo zmienia nasze pragnienia. Najwięcej o swoim Stwórcy uczymy się, kiedy upadamy i widzimy jak bardzo słabi jesteśmy sami, więc nie bądźmy zaskoczeni, że nie prowadzimy idealnego życia jak z filmu.

Nie wmawiajmy sobie, że w chrześcijańskim życiu, na poziomie ziemskim, nie ma zmartwień. Fakt, że nie powinniśmy się na nich skupiać, tylko wierzyć w to, że wszechmogący Bóg się o nas zatroszczy i ufać Mu nie wyklucza tego, że będziemy upadać, doprowadzać się do intelektualnego masochizmu i przez jakiś czas powielać błędy. Pytanie jak będziemy na to reagować.

Nie chcemy popaść w żadne ekstremum – nie skupiajmy się na cierpieniach, powtarzając jacy to jesteśmy źli, bo staniemy się chrześcijańskimi nihilistami. Ale też nie ukrywajmy tego, że chrześcijaństwo nie jest cukierkowym wesołym miasteczkiem, a przyjmijmy, że bardziej można je porównać do realnego pola bitwy – ze sobą, z grzechem, z wartościami tego świata. Do bitwy, która jest trudna, ale finalnie zakończy się triumfem i w której nie jesteśmy sami.

Niebezpieczeństwo “chrześcijańskiej checklisty”

Umówmy się – nie wiemy jaki scenariusz zaplanował dla nas Pan Bóg jeśli chodzi o Jego wolę suwerenną. Nie wiemy jeszcze gdzie będziemy mieszkać za pięć lat, być może nie wiemy jeszcze co będziemy studiować. Więc nie ulegajmy pokusie ujednolicania tych scenariuszy, przeglądania zdjęć znajomych i ciągłego porównywania siebie do innych. Nie zakładajmy, że jest jeden określony model życia w sferze fizycznej (bo duchowo oczywiście dążymy do jednego celu) w który należy się wpasować. Wystarczy spojrzeć na to jak bardzo różne życia i różne statusy mieli apostołowie. Wystarczy spojrzeć na to, kim był Mojżesz, a kim Rut. 

Bóg jest tym, który daje chcenie i wykonanie, wiec jeżeli stawiamy Go na pierwszym miejscu, On da nam przekonanie poparte Swoim Słowem co do tego, gdzie powinniśmy się znajdować.

Wcale nie musi to być najpopularniejsza wizja chrześcijańskiego amerykańskiego snu. Nie każdy z nas musi być niesamowicie wykształcony. Nie każdy musi mieć wielki dom. Nie wszyscy wstępujemy w związki małżeńskie. Nasze życia są scenariuszami pisanym przez naszego Stwórcę, więc skupiajmy się na poznawaniu Jego woli znajdującej się w Słowie Bożym. Stawiajmy Go na pierwszym miejscu i nie próbujmy odtwarzać chrześcijaństwa kulturowo. Nasze pragnienia będą właściwe, kiedy w pierwszej kolejności będziemy pragnąć głębszego poznania Chrystusa.

Chrześcijaństwo nie jest kulturowo ustanowioną checklistą, na której możemy sobie odhaczyć dorobek. Nie jesteśmy bardziej chrześcijanami kiedy osiągamy i odhaczamy punkty z listy “studia teologiczne”, “małżeństwo”, “dom”, “dziecko”, “misja”, no bo wszyscy to mają. Każda z tych rzeczy jest dobra i każde marzenie o niej jest dobre tylko w przypadku, jeżeli pierwszym z marzeń jest oddanie Bogu należytej chwały będąc tu i teraz, z przyjęciem faktu, że to Bóg ostatecznie zdecyduje o naszej przyszłości.

Prawdziwa nadzieja

Gwoli zakończenia, w kulturze widoczna jest pewna fascynacja nadzieją. Mamy nadzieję na lepsze jutro, na lepsze warunki pracy, na awans, na stypendium naukowe, na posiadanie czegoś, spotkanie kogoś, na spełnienie marzeń. Mamy w te marzenia wierzyć i najlepiej jeszcze wprowadzać się w błogi, marzycielski stan, kiedy to leżąc w łóżku wieczorem snujemy opowieści, tworząc wizualizację tego, czego byśmy chcieli.

Kiedy Biblia mówi o nadziei jest to nadzieja oparta na dobrej nowinie. Jest to nadzieja, która objawia się tym, jak radzimy sobie, kiedy pojawiają się trudności. Nadzieja, która pokazuje tak naprawdę naszą wiarę i ufność. Nie jest to jedynie frazes powtarzany w niepewnych sytuacjach, by podtrzymać iskierkę optymizmu, a realna ufność w to, że Bóg dotrzymuje swojego słowa.


Biblia nie mówi o nadziei jako o oczekiwaniu na coś niepewnego. Mówi o nadziei nadrzędnej, która powinna dawać nam spełnienie i radość z życia – o nadziei, jaką mamy w Chrystusie, o pewności na Jego ponowne przyjście. Jest czymś, co ma nas podnosić z trudności przypominając nam o tym, co ma nadejść. I nie opiera się na snuciu scenariuszy bez pokrycia, na kreowaniu sobie w głowie wersji wydarzeń, których nie jesteśmy pewni, czy kiedykolwiek nadejdą. Polega na radości z ufności, jaką możemy położyć w naszym Zbawicielu. Najpiękniejszą z nadziei jest ta, której jesteśmy pewni, że będzie spełniona. Nie dzięki nam, nie dzięki naszym czynom, a dzięki Bogu.

Wiara w Boga, która jest wiarą zbawczą nie jest jednoznacznym wkroczeniem w koncepcję amerykańskiego snu, ze względu na to, że to nie ziemskie spełnienie powinno być naszym marzeniem i celem.

Żyjmy więc uchwyceni nie nadziei opartej na estetycznie wykreowanych przez nas najbardziej pożądanych wizjach rzeczywistości, a nadzieją Chrystusową. 


O Bożej woli i pułapce obiektywnych emocji

Emocje nie mogą się mylić. Tak przynajmniej krzyczy otaczająca nas kultura konsumpcji i reklamy. Jeżeli czuję, że tego potrzebuję, muszę po to sięgnąć. Jeżeli czuję, że kogoś kocham, to nic nie powinno mnie powstrzymać od porzucenia dotychczasowej relacji na rzecz nowej miłości. To co czuję, nie może być niewłaściwe. A może jednak?

Kryzys oświeceniowych haseł niezawodności rozumu zasiał wątpliwość co do możliwości obiektywnego poznania. Jeżeli nie możemy polegać na własnym rozumie, by dał nam “prawdziwy” obraz rzeczywistości, to musimy chwycić się czegoś innego. Potrzebujemy fundamentu, o który będziemy mogli się oprzeć, który pozwoli nam funkcjonować i podejmować decyzje. Tym fundamentem w praktyce życia często stają się emocje.

Skoro prawda jest względna, to jedyną prawdą, jaka istnieje, jest ta, którą tworzę sam w oparciu o własne doświadczenie. Stąd przekonanie, że muszę za wszelką cenę podążać za sercem, bo tylko w nim mogę znaleźć jakikolwiek obiektywizm. Moje doświadczenie jest prawdziwe i niepodważalne. Nikt nie może zaprzeczyć moim uczuciom. Tym samym doświadczenie stało się wartością, kryterium prawdziwości, drogowskazem i desperacką próbą odnalezienia obiektywizmu w post-chrześcijańskim świecie.

Nie mogło to nie wywrzeć silnego wpływu na współczesne chrześcijaństwo, w którym wraz z rozwojem ruchu charyzmatycznego, nacisk na emocje staje się coraz mocniejszy. Uczucia stają się wyznacznikiem, a czasami wręcz kryterium moralnym w podejmowaniu decyzji. Chrześcijanie w pierwszym rzędzie zastanawiają się nie nad tym, czy są w tym momencie posłuszni wyraźnym poleceniom Słowa Bożego, ale czy odczuwają odpowiedni poziom wewnętrznego pokoju.

Nie trzeba znajdować się w kontekście charyzmatycznym, by być przekonanym, że „poczucie” powołania jest najważniejsze, ważniejsze nawet od posłuszeństwa Pismu. Często wydaje nam się, że emocje komunikują prawdę wyższej rangi i jesteśmy zaniepokojeni, jeżeli akurat milczą. Potrafimy kwestionować naszą wiarę. Czy jeśli stojąc przed ważną decyzją w życiu nie doświadczam uczucia pokoju, to czy jestem wystarczająco duchowa? Co jest nie tak z moim życiem chrześcijańskim? Czy mogę nazwać się osobą zbawioną?

Nasze emocje – autentyczne czy obiektywne?

Nie chcemy podważać autentyczności naszych uczuć. W zupełnie realny sposób doświadczamy zarówno pobożnych, jak i grzesznych emocji.

Czasami jak najbardziej właściwie czujemy się przygnieceni ciężarem grzechu albo przepełnieni radością, kiedy myślimy o Bożej dobroci. Bywają jednak momenty, kiedy odczuwamy niechęć wobec innych, żal wobec Boga lub gniew wobec sytuacji, które uważamy za niesprawiedliwe. Dziecko może autentycznie odczuwać, że zasady wyznaczane przez rodziców są krzywdzące, nie będąc świadome, że chronią go przed niebezpieczeństwem.

W Psalmach obserwujemy często radość Dawida, którą odczuwa myśląc o Bożym wybawieniu, smutek, którego doświadcza w wyniku grzechu i zachwyt, który go ogarnia przy oglądaniu Bożej chwały w stworzeniu. Ale wiemy, że odczuwał także zwątpienie i samotność, wątpiąc nawet momentami w Bożą obecność. Gdyby więc w trudnej chwili uznał swoje emocje za jedyny wyznacznik prawdy, to doszedłby do wniosku, że został prawdziwie porzucony przez Boga. Nasze emocje są więc autentyczne, ale niekoniecznie wynikają z właściwego obrazu rzeczywistości. Nasze spojrzenie na świat potrafi być często wypaczone przez grzeszne myśli, pragnienia lub kłamstwa, w które uwierzyliśmy o sobie i o Bogu.

To Boże objawione Słowo powinno informować to spojrzenie, karmić je prawdą, pozwalając nam ocenić, czy doświadczane emocje wynikają z właściwych postaw i biblijnego zrozumienia rzeczywistości, czy raczej są produktem grzesznych postaw lub mylnych przekonań.

(Nie) Podążaj za głosem serca

Tym bardziej więc powinniśmy być ostrożni w podejmowaniu decyzji w oparciu o emocje – zwłaszcza, kiedy stoją w wyraźnej sprzeczności z tym, do czego bezpośrednio powołuje nas Pismo. Nie jesteśmy wzywani do bezkrytycznego podążania za sercem – ani za naszymi uczuciami, ani za naszą własną mądrością. Pismo wyraża się jasno i dosadnie – „kto ufa własnemu sercu, ten jest głupi” (Przyp. Sal. 28:26). Bombardowani z każdej strony światopoglądem, który odrzuca Boga, walczący z pozostałościami naszej grzesznej natury, nie możemy uważać ani naszych emocji, ani myśli, za całkowicie niezawodny kompas postępowania.

Syndrom Jonasza

Czy Bóg może mnie powoływać, by zrobić coś sprzecznego z wyraźnym nakazem Jego słowa, jeżeli odczuwam co do tego wyraźne wewnętrzne przekonanie? Nie. Bóg nie działa w sprzeczności ze swoim Słowem. Zostaliśmy powołani w pierwszej kolejności do posłuszeństwa spisanemu objawieniu, posłuszeństwa często wbrew naszym emocjom. Jonasz został wyraźnie wezwany przez Boga, by udać się do Niniwy. Prawdopodobnie kiedy to usłyszał nie zalała go fala wewnętrznego pokoju, bo wsiadł na statek do Tarszyszu i udał się w przeciwnym kierunku. Motywowany swoimi emocjami i swoją pychą, okazał nieposłuszeństwo Bożemu klarownemu powołaniu.

Wola suwerenna a wola moralna

W refleksji nad tymi kwestiami konieczne jest dokonanie rozróżnienia pomiędzy dwoma aspektami Bożej woli – wolą suwerenną i moralną. Bóg w swojej woli suwerennej przed założeniem świata postanowił wszystko, co ma się wydarzyć i konsekwentnie realizuje swoje postanowienie. Boża suwerenna wola obejmuje również „dopuszczenie” grzechu popełnianego przez jednostki. Wiemy, że fakt wydania Jezusa przez Judasza był elementem suwerennej woli Bożej w realizacji planu odkupienia, co nie zwalniało Judasza z osobistej odpowiedzialności za grzech, który popełnił.

Wola suwerenna nie może być w żaden sposób, przez nikogo, zaburzona. Wiemy, że wszystko to, co się wydarzyło do tej pory, miało miejsce, ponieważ takie było Boże odwieczne postanowienie. Wiemy, że tak będzie i w przyszłości, i że Bóg w swoim czasie dokona tego, co postanowił. Ale dopóki tego nie dokona, konkretna treść Bożej suwerennej woli pozostaje przed nami zasłonięta.

Boża wola moralna, jak pisze R.C. Sproul, objawiona została w postaci Jego świętego prawa: „Bożą wolą jest, abyśmy nie kradli; abyśmy miłowali naszych nieprzyjaciół; abyśmy się upamiętali; abyśmy byli święci. Ten aspekt Bożej woli został objawiony zarówno w Jego Słowie, jak i w naszym sumieniu, poprzez które Bóg wypisał swoje moralne prawo na sercu człowieka.” Możemy sprzeciwić się woli moralnej – każdy sprzeciw jest grzechem, za który jesteśmy w pełni odpowiedzialni. Sproul podsumowuje to w ten sposób – jesteśmy w stanie złamać Boże przykazania, ale nie mamy do tego prawa. Jaki obraz się z tego wyłania? Nie znamy Bożej woli suwerennej, ale znamy Bożą wolę moralną, która zapisana jest na kartach Jego Słowa.

Wiemy, że Bóg nie przeczy samemu sobie i nigdy nie wzywa nas do przeciwstawienia się temu, co sam w swoim Słowie nakazał.

Nie jesteśmy więc niczym usprawiedliwieni jeżeli łamiemy Bożą wolę moralną, tylko dlatego, że myślimy, że przez to realizujemy Jego wolę suwerenną. Możemy być tymczasem pewni, że Bóg swoją suwerenną wolę zrealizuje niezależnie od naszych decyzji. Nie jest możliwe więc tkwienie „poza Bożą wolą suwerenną” – nawet popełniane przez nas błędy nie zaburzają Jego doskonałego planu. Bóg suwerennie dopuścił, że złamiemy Jego wolę moralną, aby przez to zrealizować swój najdoskonalszy plan. Bracia Józefa zgrzeszyli sprzedając swojego brata, ale ten grzech był częścią Bożej doskonałej woli, w której Józef znalazł się w Egipcie, zyskał wpływową funkcję, a przez to mógł udzielić pomocy swojej rodzinie w jej chwili potrzeby. W Księdze Rodzaju 50:20 czytamy: „Wy niegdyś knuliście zło przeciwko mnie, Bóg jednak zamierzył to jako dobro, żeby sprawić to, co jest dzisiaj, że przeżył wielki naród”. Nie oznacza to jednak, że realizacja Bożego wspaniałego celu w jakikolwiek sposób uświęciła środki, którymi bracia Józefa się posłużyli.

Weźmy przykład. Jeżeli Bożą wolą moralną, wyrażoną w Jego Słowie, jest aby każdy chrześcijanin był częścią lokalnej wspólnoty wierzących, w której będzie mógł wzrastać, służyć i oddawać cześć, a świadomie dokonuje wyboru, który mu to uniemożliwi, to w sposób otwarty sprzeciwia się Bożej moralnej woli. Nie jest tu oczywiście mowa o misjonarzach, którzy również muszą pozostawać w społeczności z innymi wierzącymi, a ich powołanie musi być potwierdzone przez innych. Nieważne, czy wydaje mi się, że znam Bożą wolę suwerenną i czuję, że On mnie użyje.

Moje uczucia, jakkolwiek silne, nie usprawiedliwiają nieposłuszeństwa.

Jeremiasz określa ludzkie serce zdradzieckim. Nawet nasze sumienie łatwo jest zmanipulować, tak aby funkcjonowało w sposób sprzeczny z Pismem.

Tu warto zadać jeszcze jedno pytanie. Czy nasze nieposłuszeństwo wobec Bożej woli moralnej nie wynika często z czystej niechęci podporządkowania się Bożej woli suwerennej, jak to było w przypadku Jonasza? Czy jako zbawione, ale wciąż grzeszne istoty, w głębi duszy często nie pragniemy po prostu realizacji naszej własnej koncepcji tego, jaka powinna być Boża wola wobec nas? Czy nie bywamy przekonani, że sami posiadamy najlepszy plan na nasze życie?

Kilka fundamentalnych zasad

Wyciągnijmy z tego kilka wniosków. Po pierwsze, nasze uczucia nie są w pełni obiektywnym kompasem moralnym. Są autentyczne, ale niekoniecznie wynikają z właściwego spojrzenia na rzeczywistość. Idąc dalej, wiemy, że nawet silne emocje i przekonania nie usprawiedliwiają nieposłuszeństwa temu, co Bóg wyraźnie zawarł w swoim Słowie. Nasz uczuciowy kompas bardzo często kieruje nas do tego, czego pragniemy, a nie do tego, co jest właściwe. Często nie chcemy, by działa się Boża wola, bo jesteśmy przekonani o tym, że mamy lepszą koncepcję. Ostatecznie, pomimo że wiemy, że nic nie może zaburzyć Bożego suwerennego planu, nie powinniśmy postępować niemądrze i niebiblijnie w nadziei, że Bóg i tak to pobłogosławi.

Kiedy więc podejmuję decyzję, nie zaczynam od prób wyobrażenia sobie dziesiątek scenariuszy, które Bóg może zrealizować. Zastanawiam się, co o danej sytuacji mówi Pismo i do czego bezpośrednio mnie wzywa. Konfrontuję sytuację, w której się znajduję z biblijnymi zasadami. Próbuję zidentyfikować moją motywację i zbadać, czy moje emocje wypływają z biblijnego rozumienia rzeczywistości. Radzę się innych, którzy obserwują moje życie z zewnątrz i są w stanie poradzić mi jako bracia i siostry w wierze. Pozwalam, by ktoś inny potwierdził moje “powołanie”. Jeśli okazuje się, że wszystkie te czynniki potwierdzają moje przekonanie, idę za tym, co zgodnie z moim sumieniem uważam za właściwe.

Ostatecznie więc – musimy weryfikować Bożym Słowem wszystkie nasze przekonania, pragnienia czy poczucie powołania.

Musimy funkcjonować w kościele i w środowisku, które będzie w stanie udzielić nam biblijnej rady. Musimy zdać sobie sprawę, że jedynym źródłem naszego obiektywizmu jest Słowo Boże, które zawiera wiarygodne kryteria oceny rzeczywistości. Nie odrzucamy emocji całkowicie w procesie podejmowania decyzji – ale traktujemy je nie jako kryterium nadrzędne, tylko towarzyszące. Przede wszystkim jednak, pamiętamy o tym, co Bóg obiecał w Psalmie 32: „pouczę ciebie i wskażę ci drogę, którą masz iść”.